hustawka-czarownicy blog

Twój nowy blog

Jakoś wyjątkowo tym razem udało mi się przeżyć święta miło, łatwo i przyjemnie. Może to za sprawą tego, że z wiekiem coraz mniej chce mi się denerwować wszystkimi niedostatkami rodzinno-uczuciowymi, które w tym okresie robią się bardziej widoczne i dolegliwe niż na co dzień. Może za sprawą tego, że mojej matce na starość jakoś łagodnieje charakter i staje się całkiem miłą i przytulną kobietą i nie wprowadza już takiego nastroju paniki i terroru jak dotąd bywało. Może dlatego, że moje dzieci coraz bardziej dorośleją i mniej muszę się nimi opiekować (w sensie emocjonalnym), stają się coraz bardziej dojrzałe i empatyczne, dzięki czemu i na co dzień mamy ciepłą atmosferę wzajemnego zrozumienia, a w święta to już na maksa. Jakakolwiek jest tego przyczyna – w święta było bardzo świątecznie, w Nowy Rok bardzo noworocznie i bardzo mi się to podobało.
Niestety, powrót do powszedniości i codzienności tym razem jest wyjątkowo bolesny.
Po pierwsze, stary rok kończyłam z zawalonym gardłem oraz powiększonymi migdałami i węzłami chłonnymi, a nowy dołożył mi jeszcze do tego katar, ból głowy i gnatów, i w ogóle takie osłabienie, że dzisiaj rano ledwo wywlokłam się z psem na spacer.
Po drugie, przedwczoraj wieczorem umarła moja znajoma, dość daleka, ale jakoś bardzo to przeżywam. Od wielu lat leżała unieruchomiona dziwną i bardzo rzadką chorobą neurologiczną, która ze zdrowego człowieka uczyniła całkowicie przytomny i sprawny psychicznie, ale kompletnie niezdolny do poruszenia choćby jednym palcem, niepanujący nad własnym ciałem wrak. Prawdopodobnie śmierć stała się dla niej wyzwoleniem. Niemniej to, że nie żyje, jak i zresztą przez wszystkie te lata świadomość jej niewytłumaczalnej (nawet dla medycyny) choroby, jest dla mnie trudna.
Może już wszystko, co najgorsze, wydarzyło się od razu na początku roku i potem będzie tylko dobrze? Bo podobno ma to być wyjątkowo dobry i udany rok, czego sobie i Wam wszystkim życzę. 
 

Kochani moi, tu Córcia. Dostałam rozkaz włamania się na blog Cotka, który w ferworze przygotowań do Świąt zaginął pod stosem kiszonej kapusty i karpia.
W imieniu Cotka chciałam Wam życzyć wesołych, pogodnych, ciepłych Świąt, spędzonych w rodzinnym gronie. Dużo spokoju, harmonii, szczęścia i miłości. Niech spełnią się wszystkie Wasze marzenia.

…była pogodna, pełna wrażeń i bardzo SŁONECZNA.
Oto Słońce:
Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket 
I jeszcze:
Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket 
A tu Soleil z Córcią:
Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket 
I tu z Córcią pod (jakby kto nie wiedział) „Sarenką”:
Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket 
I pod rzeczoną „Sarenką” tym razem z Córcią ja:
Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket 
A potem, jak już zlazłyśmy Starówkę i Nowe Miasto wzdłuż i wszerz, pojechałyśmy do mnie, gdzie odbyła się mniej męcząca, ale nie mniej aktywna część występów Soleil w Warszawie. W której to części udział wzięła Babcia Małgosia oraz (gdzie to zapisać, chyba czarną kredą w białym kominie) mój Synek. Zdjęcia mam, ale (przynajmniej na razie) nie dam, bo nie wiem, czy bm i Synek życzą sobie pokazywać oblicza swe. Było bardzo blogowo: cztery bloginie popijały herbatkę owocową dostaną kiedyś od Drugiej Mamy oraz nalewkę dostaną całkiem niedawno od Pabaisy. I bardzo realnie. Nie pierwszy i na pewno nie ostatni raz.

Powszechnie wiadomo, że Warszawa pod względem komunikacyjnym jest koszmarem. Tłok, ścisk, korki i masakra. Do niedawna jeszcze tylko w godzinach szczytu, ale teraz to już bez względu na porę dnia przez to miasto nie da się normalnie przejechać. Chyba że tramwajem. No ale ja tramwajem do pracy nie jeżdżę, tylko autobusem, a to oznacza, że dzień w dzień muszę odstać swoje, co jest tym bardziej denerwujące, że nie jeżdżę z jednego końca miasta w drugi, tylko raptem cztery kilometry, a zajmuje mi to czasem godzinę. Oczywiście, zawsze można powiedzieć, że w ciągu ostatnich kilku lat liczba samochodów jeżdżących po ulicach podwoiła się, a nawet potroiła i stąd ten tłok. Oraz że z większości ludzi tacy kierowcy jak z koziej dupy trąba i na porządku dziennym jest, że ktoś z braku umiejętności albo wyobraźni robi głupoty, które hamują ruch. I to będzie prawdą. Ale prawdą jest również to, że od wielu, wielu lat w Warszawie nie miała miejsca ani jedna sensowna inwestycja drogowa, że ulice są wąskie, dziurawe i nieprzystosowane do takiego ruchu, a nie modernizuje się ich, że pełno w nim ślepych zaułków i wąskich gardeł, których udrożnienie w znaczący sposób zmieniłoby sytuację. W całym mieście jest ich mnóstwo, ale najlepiej się znam na tych, które mam najbliżej mojego domu, więc skupię się na nich.
Wołoska: piękna, wyremontowana, po trzy pasy ruchu w każdą stronę, oddzielne do skrętu w lewo, poezja dla każdego kierowcy. Niestety, z wyjątkiem blisko półtorakilometrowego odcinka tak mniej więcej pośrodku, między Dąbrowskiego a Woronicza, na którym to odcinku zwęża się w dychawiczną jednopasmówkę, na dodatek z trzema przejazdami tramwajowymi. Korki jak stąd do Murmańska. Racławicka: również niedawno wyremontowana i te rzeczy, niestety, nigdzie się nią nie dojedzie, albowiem zamiast logicznie połączyć się z kolejną przelotówką w postaci Grójeckiej, kończy się gdzieś na jakimś podwórku między piaskownicą a huśtawkami, a cały ruch idzie wąskimi osiedlowymi uliczkami bokiem i się korkuje. To samo dotyczy Woronicza, która – zamiast lecieć prosto do Żwirki i Wigury – także jest ślepa i prowadzi donikąd. Wystarczyłoby pięć–sześć kilometrów inwestycji w postaci poszerzenia Wołoskiej i przebicia Woronicza i Racławickiej do prostopadłych do nich dużych arterii i problem komunikacyjny w dwóch dzielnicach Warszawy byłby prawie rozwiązany.
Niestety, tego nie da się zrobić. I wcale nie dlatego, że na drodze tym ulicom stoją jakieś bloki mieszkalne, centra handlowe ani w ogóle żadne inne budowle. Na drodze tym drogom stoi kilkanaście drzew i jakiś hektar do półtora obsranego przez psy trawnika. Żeby te drzewa to były jeszcze jakieś pomniki przyrody, to rozumiem. Ale to są rachityczne stwory drzewopodobne, które nawet w pełnym rozkwicie lata nie wypuszczają wszystkich liści, bo są na pół uschnięte. I o te suche badyle ekolodzy drą japy, skutecznie blokując budowę ulic, czego ja nie jestem w stanie zrozumieć.
Żeby nie było niedomówień – nie jestem przeciwko ekologom ani ekologii, wręcz odwrotnie. Na maksa racjonalizuję użycie wody, wyłączam komputer, gdy przestaję z niego korzystać i światło, gdy wychodzę z jakiegoś pomieszczenia oraz wyjmuję w gniazdek wtyczki od sprzętów, z których korzystam tylko sporadycznie (bo nawet nieużywane, ale podłączone do gniazdka urządzenie pobiera 75 proc. prądu). Staram się w ogóle nie używać plastikowych toreb, nie kupuję pakowanej w folię żywności, napojów w puszcze, na skrzynce pocztowej mam nalepkę „proszę nie wrzucać reklam”, bo nie chcę przykładać ręki do marnowania papieru, a nawet sprzątam po swoim psie (choć jego odchody są jak najbardziej organiczne i rozkładają się szybko, w przeciwieństwie do plastikowych pojemników po jogurcie, które – niezutylizowane – rozłożą się dopiero za 10 tysięcy lat). Ale doprawdy nie rozumiem tej ekologicznej histerii o siedem na krzyż wiatrołomów. Dla mnie akurat w tym wypadku bilans zysków i strat jest oczywisty. Większa korzyść niż z istnienia kilku ledwo żywych drzew byłaby z tego, że tysiące samochodów nie stałyby w korkach, a więc spaliłyby mniej benzyny (co ograniczyłoby emisję zanieczyszczeń przy jej produkcji, że o oszczędności kurczących się światowych zasobów ropy nie wspomnę) oraz wypuściłyby do powietrza znacznie mniej spalin. A ludzie nie traciliby czasu i nerwów, dzięki czemu nie mieliby wrzodów na żołądku, a w każdym razie mniej. Tym bardziej że trawnik wzdłuż Wołoskiej to nie Rospuda i naprawdę nie występują tu żadne zagrożone wyginięciem formy życia. Naprawdę czasem mam wrażenie, że ekolodzy zamienili się głowami z dinozaurami.

A właściwie to tak jakby autoreklamy, bo rzecz dotyczy Córci. Nosiła się z tym zamiarem od dawna. Jakiś czas temu znalazła kogoś, kto myśli tak samo jak ona. Wczoraj, po całym dniu pracy, ich pomysł zamienił się w ciało. Do obejrzenia tutaj Córci głos w słusznej sprawie.

Na zarzut, że jest mnie tu strasznie mało, odpowiadam: jest mnie tu strasznie mało, ponieważ gdzie indziej jest mnie strasznie dużo. Przez ostatni miesiąc z kawałkiem kiblowałam w pracy jak chłop pańszczyźniany na roli. Jeden numer, potem dodatek, potem drugi numer, potem drugi dodatek oraz trzeci, teraz znów kolejny numer, a właściwie to dwa naraz, bo z powodu zbliżającego się Bożego Narodzenia (!) mamy lekkie przyspieszenie. Fakt, że potem na długo przed świętami i długo po nowym roku będzie święty spokój, ale za to teraz trzeba się nieźle nazasuwać. Krótko mówiąc, życie zawodowe całkowicie mi zdominowało życie. W którym to życiu notabene akurat teraz nic ciekawego się nie dzieje. Nie wiem wprawdzie, czy po prostu dlatego, że nic się dzieje, czy dlatego, że nie ma za bardzo czasu na dzianie, a może robi się z tego błędne koło, jedno wynika z drugiego i prowadzi do trzeciego tak, że trudno dociec, co jest skutkiem, a co przyczyną – no nie wiem. Wiem natomiast, że kursuję jak czarter: praca–dom, dom–praca i rzadko, bardzo rzadko zbaczam z tej trasy, bo nie mam na to zbaczanie czasu ani atłasu, czyli siły i, prawdę mówiąc, chęci.
Poza tym dochodzę do mało optymistycznego (i mało odkrywczego, ale jakże prawdziwego) wniosku, że się starzeję. Zmiana czasu nigdy nie miała u mnie wpływu na pracę silnika. Owszem, wiosną cieszyłam się, że będzie więcej światła, a jesienią wkurzałam, że mniej, ale organizm mi się nie rozregulowywał ani nic w tym guście. A w tym roku, panie dzieju, i owszem, i to na dodatek w nieprawidłową stronę, co mnie z jednej strony zdumiewa, a z drugiej doprowadza do białej gorączki, bo to oznacza jeszcze większe kłopoty ze spaniem niż do tej pory. No bo tak: normalnie sen mnie zaczynał morzyć gdzieś około drugiej w nocy, czyli teraz, po zmianie czasu, powinien około pierwszej, czyż nie? Co prawdę mówiąc, byłoby zjawiskiem (skoro już jakieś muszą zachodzić) nawet mi całkiem na rękę, bo wcześniej kładłabym się spać i może wreszcie nie miałabym takiego problemu z budzeniem się rano. A tymczasem guzik – jeszcze o trzeciej spanie to jest ostatnia rzecz, o której myślę. Córcia twierdzi, że jestem dziwolągiem i pewnie ma rację. I to by było na tyle.
Chociaż nie. Jest pewien poważny sukces, który odniosłam w ciągu tych dwóch miesięcy, z którego cieszę się jak dziecko i nie mam pojęcia, jakim cudem do niego doszło. Przytyłam trzy kilo! Wprawdzie wchodzę jeszcze w spodnie, ale dopinam je z wielkim trudem, a jak już je dopnę, to mnie cisną tu i ówdzie i średnio mi w nich wygodnie. Muszę wyciągnąć takie, które kilka miesięcy temu zakopałam głęboko w szafie jako bezużyteczne, albowiem wisiały na mnie jak na wieszaku. Mam nadzieję (znając moje tendencje do niekontrolowanego, samoistnego oraz całkowicie niepożądanego chudnięcia), że trochę w nich pochodzę.
A teraz idę dokonać heroicznego – biorąc pod uwagę, że są zaledwie dwa stopnie powyżej zera – wyczynu odsiusiania psa. Po powrocie muszę jeszcze wyciągnąć kozaki, które po przeprowadzce utknęłam gdzieś w szafie i za cholerę nie pamiętam, gdzie, a szafa duża i poszukiwania mogą trochę potrwać. Mam nadzieję, że jak już je znajdę, to nie będzie jeszcze za wcześnie, żeby się położyć spać.

Niby to żadna rewelacja – taki jest cykl przyrody, że po lecie przychodzi jesień – ale dla mnie nigdy to nie jest to fakt radosny, a w tym roku szczególnie. Bo przyszła za szybko, za bardzo, za intensywnie, za nagle. Czuję się rozczarowana i oszukana i tyle. Żeby człowiek na samiusieńkim początku września musiał z przepastnych czeluści szafy odkopywać gdzieś wiosną głęboko i z dużą przyjemnością schowane rękawiczki?! Żeby teraz było jak w połowie listopada: przenikliwie zimno, przygnębiająco szaro, apokaliptycznie mokro, a do tego wieje tak, że łeb urywa z kołnierzykiem?! To jest, uważam, chamstwo. Z tego zaskakującego i zupełnie niestosownego o tej porze roku zimna moje siły witalne plasują się gdzieś już nawet nie tylko poniżej poziomu morza, ale wręcz w Rowie Mariańskim i zupełnie nie wiem, jak je stamtąd wyciągnąć.
W pierwszym odruchu na pocieszenie poszłam do fryzjera – inna sprawa, że już nie miałam wyboru, bo moje siwe odrosty świeciły mi się nad głową w charakterze aureoli. Ale odrosty odrostami, a wizyta u fryzjera czy z konieczności, czy nie – powinna poprawić człowiekowi nastrój. Guzik – nie poprawiła. W drugim odruchu powymieniałam w domu wszystkie sześćdziesiątki na setki, żeby było więcej światła. Guzik taki sam. W trzecim odruchu wysprzątałam dziś dom – ale tak dogłębnie, z zaglądaniem we wszystkie możliwe kąty. Zazwyczaj takie megasprzątanie działa rewelacyjnie, przynajmniej w moim wypadku – rozprawia się z moimi chandrami i innymi takimi nastrojami tak, że nie ma lepiej. Ale nie tym razem. Dom błyszczy, ja więdnę nadal.
Efekt jest taki, że oczywiście żyję i normalnie funkcjonuję, bo przecież nie mam innego wyjścia, ale na bardzo zwolnionych obrotach, a jak muszę trochę przyspieszyć, na przykład w pracy, to mnie to kosztuje dwa, a nawet trzy razy tyle energii, co normalnie. Najchętniej zakopałabym się z książką i kubkiem gorącej herbaty pod kocem i przeczekała do wiosny, a przynajmniej do czasu, aż organizm się przystosuje do tej nagłej zmiany okoliczności przyrody. Bo przecież po jakimś czasie musi się przystosować, prawda?
Ja się naprawdę urodziłam nie pod tą szerokością geograficzną, co potrzeba. Jak sobie przypomnę, że w zeszłym roku w Paryżu w październiku jadłam kolację na jednym z tych statków pływających po Sekwanie, ubrana w sukienkę na ramiączkach, to mnie szlag chce trafić! Nie mogłoby to i u nas być tak ciepło?
Na pociechę mam to, że w środę mój Synek wraca ze swojej kolejnej wakacyjnej podróży – tym razem ze Szwecji – i dobrze, bo już się za nim stęskniłam okrutnie. Oraz to, że jeszcze jakieś osiem–dziewięć miesięcy i znów będzie lato.

SAJGON

38 komentarzy

Kocham moją siostrę jak nie wiem co. Jest stałym elementem mojego życia – odkąd cokolwiek pamiętam, pamiętam ją. Razem bawiłyśmy się w piaskownicy, razem szalałyśmy na karuzeli, huśtałyśmy się na huśtawkach, łaziłyśmy po drzewach (ona trochę mniej), razem rozwalałyśmy sobie kolana i w ogóle robiłyśmy mnóstwo rzeczy, których nam nie było wolno (ona trochę mniej), razem sprawiałyśmy, że nasze matki (bo to jest córka siostry mojej mamy) siwiały do cna, bo byłyśmy dziećmi naprawdę z piekła rodem (ona trochę mniej).
Dziś mamy tyle lat, ile mamy i nasze bycie niegrzecznymi dziewczynkami polega trochę na innych rzeczach, poza tym obarczone dziećmi, problemami, zmartwieniami itp., nie mamy zbyt wiele siły ani czasu na jakieś wielkie ekstrawagancje i szaleństwa, ale moja siostra do dziś jest jednym z najbliższych mi ludzi i jedną z moich najlepszych przyjaciółek. Spotykamy się często i nigdy nie po to, żeby narzekać, kwękać ani nic w tym guście – przeciwnie: zawsze się dużo śmiejemy, trochę rozrabiamy, wygłupiamy się razem z naszymi dziećmi. Dużo rozmawiamy. Zawsze mnie bardzo cieszą spotkania z nią.
No i właśnie takie spotkanie z moją siostrą mam akurat za sobą. Jestem wykończona.
Jeden z jej synów wracał wczoraj bardzo późnym wieczorem z wakacji z Francji, a że ja mieszkam blisko lotniska, a moja siostra daleko – przyjechała do mnie wczoraj po południu, odebrałyśmy chłopaka z lotniska, przenocowali u mnie i dziś pojechali do domu. Chłopak, który wracał z wakacji, ma prawie siedemnaście lat, zresztą zawsze był rozważny, bardzo grzeczny (zupełnie nie jak syn mojej siostry), spokojny i w ogóle. W przeciwieństwie do tego najmłodszego, którego moja siostra przywlokła wczoraj ze sobą – dziesięciolatka, przy którym my obie w dzieciństwie razem wzięte byłyśmy wręcz święte. To nie jest dziecko – to jest półdiablę weneckie. Jakby go tak powiązać w pęczki, zakneblować i jeszcze dla pewności przywiązać do kaloryfera, a dziób zakleić plastrem – to wtedy może można by z nim było jakoś wytrzymać. On nie mówi, tylko wrzeszczy, nie chodzi, tylko biega, nawet jak usiądzie, to musi przynajmniej kiwać nogą, wymachiwać rękami itp. (od razu mówię, że nie ma ADHD). Można tysiąc razy prosić go, żeby się nie wydzierał, tylko mówił normalnie, bo nikt nie jest głuchy – grochem o ścianę. Jak ta moja siostra wytrzymuje z tym jego nieustannym wrzaskiem, marudzeniem, bieganiem, skakaniem – to ja naprawdę nie mam zielonego pojęcia. Wczoraj wprawdzie starał się zachowywać w miarę spokojnie – ze względu na Kropkę. Bo Kropka nie lubi, jak się krzyczy, biega, wykonuje jakieś nagłe ruchy albo gwałtownie gestykuluje – być może przeżyła coś, co sprawia, że ma jakiś uraz, nie wiem i nigdy się tego nie dowiem, dość na tym, że w takich wypadkach zaczyna się bać, bardzo się denerwuje, szczeka jak opętana i w ogóle. Więc ze względu na Kropkę chłopak się starał zachowywać trochę spokojniej niż zwykle, ale też – zanim do niego dotarło, że musi, bo pies ze strachu dostaje szału, minęło dobrych kilka godzin i ja przez ten czas prawie się wykończyłam nerwowo.
Ja nie mówię, że moje dzieci były święte albo że on jest jakiś tysiąc razy bardziej niegrzeczny niż normalnie dzieci bywają, bo nie. Ja tylko mówię, że ja się już kompletnie odzwyczaiłam od takich nadzwyczajnie rozwiniętych form dziecięcej ekspresji. Inna sprawa, że ja i naturę mam taką, że uwielbiam, jak jest spokój, nie znoszę krzyków, wrzasków, bieganiny, kłótni, zamieszania, a już odkąd moje dzieci wyrosły z takiego baraniego wieku rozładowywania energii na poziomie niemal fizjologicznym – to uwielbiam spokój tysiąc razy bardziej. Kiedy moja siostra i jej orszak oddalili się dzisiaj po południu na swoje włości, to z jednej strony miałam oczywiście niedosyt, bo my się wprawdzie spotykamy często, ale nie znów jakoś nadmiernie i nigdy nie możemy się nagadać, a z drugiej – odczułam niewiarygodną ulgę. Zrobiłyśmy sobie z Córcią kawy, zasiadłyśmy w tym pobojowisku, jakie zostało po przejściu Hunów w postaci dzieciątka mojej siostruni, i z pół godziny siedziałyśmy w absolutnej ciszy, delektując się tym, że po prawie dwudziestoczterogodzinnej burzy z megapiorunami życie wraca do naszej spokojnej normy. I dochodziłyśmy każda do swoich wniosków. Ja – że chwała Bogu, że moje dzieci są już dorosłe i tę nieposkromioną dziecięcą nadaktywność po pierwsze jednak przechodzili dość łagodnie, a po drugie, mają już dawno za sobą. Córcia – że spotkania z najmłodszym synem mojej siostry to jest cudowny środek antykoncepcyjny. Obie do wspólnego – że na odpoczynek po tym zwariowanym lotnisku oraz powrót do jako takiej równowagi i uspokojenie nerwów na pewno nie wystarczy nam jedno, choćby nie wiem jak spokojne popołudnie.

…było gorąco od upału, od emocji, uczuć i wzruszeń, od rozmów, od napojów rozgrzewających, od śpiewów, toastów, od ogniska…

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Po kolei: Krysia, Beatka (Teściowa), ja, Marysia (Lumpiata), Beti (Mama-Ciocia), Agnieszek (niestety, odwróciła się tyłem do obiektywu), Marek. I dzieci. Mnóstwo dzieci, których było naprawdę mnóstwo, a zachowywały się tak, jakby ich wcale nie było. Niestety, wychodzi na to, że zdjęcia WSZYSTKICH dzieci w basenie nikt nie zrobił. Do dziś nie wiem, choć basen całkiem spory, jak one się tam pomieściły.
W tym mniej więcej czasie Babcia Małgosia z mężem byli gdzieś pod Tarnowem.

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Po lewej Magda z Markiem i z plecami Roberta, męża Agnieszki.

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Tutaj Babcia Małgosia musiała opowiadać o szalonej podróży nie dość, że przez całą Polskę, to jeszcze z emocjonującymi przygodami, skoro tak gestykuluje, bo ona na ogół w gestach jest raczej oszczędna. Ten pan z dostojną brodą mędrca to mąż Małgosi, rzeczywiście mędrzec.

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Po prawej i po lewej na dole Agnieszek tym razem twarzą do obiektywu.

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Krysi (jak wszystkim zresztą) zrobiłam sporo zdjęć, ale to jest moje ulubione.
A po prawej to chyba jest ten moment, kiedy Marek w myślach wypowiadał życzenie tuż przed zdmuchnięciem urodzinowych świeczek. W tle Jacek, mąż Beti.

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

Od lewej siedzą: Magda i jej słynne najpiękniejsze nogi na świecie, Agnieszek, Babcia Małgosia oraz jej dostojny małżonek. Z gitarą najszacowniejszy jubilat – żywy dowód na istnienie cudów i tak naprawdę główna przyczyna tego spotkania, które było wielkim świętem życia, miłości i przyjaźni.

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

No i dalej: Robert, Marysia i Beatka, która jest totalnym zaprzeczeniem stereotypu teściowej. I kawałek Michasi, najstarszej córki Magdy i Marka. Pokazałabym całą Michasię, ale jest na zdjęciu ze swoim chłopakiem, a on nie wiem, czy chciałby się tu na blogowni ujawnić. Beti i Jacek jakoś do ogniska nie dotrwali.
Więcej zdjęć tu i tu.
Niestety, zdjęć z rozmów Magdy, Babci Małgosi i moich na ganku do białego rana nie ma.
Powiem Wam na zakończenie tylko tyle, że było cudownie.

Osoby, które były na urodzinowym przyjęciu u Drugich Rodziców, uprzejmie uprasza się, by w komentarzach pod tą notką dały znać, czy zgadzają się, byśmy Druga Mama i ja upubliczniły zdjęcia, na których się znajdują i pokazanie swoich twarzy. Bo na razie jedyne, co mogę zaprezentować, to podobizna Marka, czyli tort zrobiony przez Agnieszkę (pyszny był!), a na portret przerobiony przez licencjonowane artystki: Babcię Małgosię i Teściową.

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

I podziękować Magdzie, Markowi i ich dzieciom już oni wiedzą, za co – za to, że są tacy kochani i że mi zawsze u nich serce bije normalnym, spokojnym rytmem. A wszystkim, których dane mi było w tę sobotę i spotkać, i poznać, za cudowny wieczór (i kawał nocy), za świetną zabawę, za przepyszne towarzystwo, za ciepło, śmiech i „O mój rozmarynie”.
Więcej o imprezie będzie, jak już mi powiecie, co ze zdjęciami – czy można je pokazać, czy nie. No.


  • RSS