hustawka-czarownicy blog

Twój nowy blog

Rok jak się zaczął, tak się kończy – smutno. W wigilię umarła teściowa mojej siostry, w pierwszy dzień świąt tata mojego bliskiego kolegi. Jeśli chodzi o śmierć, to ja – jeśli można tak powiedzieć – jestem z nią już oswojona. O śmierci, nawet własnej, myślę jak o nieodłącznej części życia. Umarło mi już tyle kochanych osób, a i sama otarłam się o nią naprawdę z bardzo bliska. Paradoksalnie, od tamtego czasu przestałam się jej bać. Tak jest ten świat urządzony, że kto się urodził, to musi i umrzeć. Ale to ja tak myślę i tak czuję, poza tym tym razem to nie moja strata i nie moja rozpacz. Mój jest żal i współczucie dla tych moich bliskich, którzy muszą to teraz przeżyć i z ich powodu jest mi smutno. Na dodatek w święta. Ludzie nie powinni umierać w święta. Żaden moment nie jest dobry, ale nie ma gorszego niż Boże Narodzenie. Mam tylko nadzieję, że te śmierci na początku roku i te teraz na końcu zatoczyły koło, zamknęły jakiś krąg i przyszły rok będzie wolny od takiego smutku. 
Moje święta minęły ciepło i spokojnie. Mamie, jak już kiedyś pisałam, z wiekiem złagodniał charakter, więc przebywanie z nią stało się nawet przyjemnością. Ale większe znaczenie ma to, że ona ma już swoje lata, konkretnie osiemdziesiąt trzy. Trzyma się całkiem nieźle, poza tym nasza rodzina jest długowieczna, ludzie, a zwłaszcza kobiety, spokojnie dożywają prawie dziewięćdziesiątki, jednak wiek robi swoje i mama jest coraz słabsza, ma coraz mniej siły, męczy ją nawet chodzenie po domu. Nie oszukujmy się, każda Wigilia może być jej ostatnią, dlatego każda chwila z nią spędzona jest na wagę złota. Więc w święta było cicho, ciepło, leniwie i przyjemnie. 
Jeśli zaś chodzi o nowy rok, który już puka do drzwi, to tym razem zapominam o tym, co kiedyś powiedział Dalajlama: „Nowy rok, nowe stulecie – jakie to ma znaczenie? Księżyc i gwiazdy wciąż są te same”. Tym razem ta cezura jest mi bardzo potrzebna. Potrzebuję jakiegoś progu, jakiegoś nawet takiego umownego nowego początku. Mam tyle spraw do uporządkowania w sobie i wokół siebie, że przyda mi się granica między tym, co było a tym, co będzie. Tradycyjnie, żadnych postanowień noworocznych nie robię, bo i bez tego świetnie wiem, nad czym mam w swoim życiu popracować. Z wyjątkiem jednego, które z wrodzonym wdziękiem zarąbałam mojej przyjaciółce Elce, za jej pozwoleniem, a wręcz na jej prośbę. Bo Elka zawsze ma jedno postanowienie, ale za to dobre i je spełnia. Dwa lata temu postanowiła, że będzie później przychodzić do pracy i wcześniej wychodzić. Jakkolwiek humorystycznie to brzmi, ale w naszym wypadku miało głęboki i bardzo realny sens. Udało się jej. Rok temu postanowiła, że będzie więcej zarabiać i znów się jej udało – została naczelną w jednym luksusowym tygodniku. Więc w myśl zasady, którą mi dziś wyłożyła: „Żeby z jakiegoś postanowienia coś wyszło, Cotek, to trzeba je w ogóle mieć. Bierz moje, co będziesz wymyślać, poza tym jest bardzo dobre”, niniejszym postanawiam, że będę w przyszłym roku więcej zarabiać. Nie żebym była taką materialistką, bo nie jestem, ale po pierwsze, w ramach zapobiegania kryzysowi zwolniono w mojej firmie kilkadziesiąt osób, w tym moją zastępczynię i zostałam z podwójną robotą za pojedynczą pensję, a wolałabym za taką ilość pracy być odpowiednio wynagradzana, a po drugie zabijają mnie raty kredytu mieszkaniowego i ledwo ciągnę, więc każdy grosz więcej niż to, co mam, jest na wagę złota. Ja pewnie naczelną nie zostanę, ale może trzeba by nalać sobie ołowiu do tyłka, usiąść i skończyć tę książkę, co ją zaczęłam ze trzy lata temu. Albo poszukać jakiejś dodatkowej roboty. Gdyby ktoś z was słyszał o ciekawym zatrudnieniu dla wyjątkowo zdolnego redaktora, to się uprzejmie polecam pamięci.  
I w tym roku to by było na tyle. Życzę Wam wszystkim dobrego, pełnego życzliwości Nowego Roku. Żebyście spełniali swoje marzenia, żeby otaczali Was serdeczni i kochający ludzie, żeby było Wam w życiu dobrze i żebyście byli szczęśliwi.

Święta zmuszają człowieka do robienia rzeczy, na które kompletnie nie ma ochoty. Mnie zmusiły do pójścia do centrum handlowego pod tytułem Galeria Mokotów. Zaglądam tam od czasu do czasu, po pierwsze dlatego, że jest tam jedyny sklep w okolicy mojej pracy, gdzie można kupić coś rozsądnego do żarcia, a po drugie dlatego, że jest tam jedyny sklep w okolicy mojego domu, gdzie można kupić tak zwaną chemię gospodarczą. Więc jak się kończy calgon, domestos czy inny bref z przeproszeniem do kibla, to chadzamy z Córcią właśnie tam, ale nigdy nie jest to tak dolegliwe, jak przed świętami. Dzisiaj polazłyśmy, bo Córcia uświadomiła mi, że do Wigilii został zaledwie tydzień, a ja z przerażeniem stwierdziłam, że nie dość, że ma rację, to na dodatek ja nie mam jeszcze żadnego (podkreślam – żadnego) prezentu. Poza tym jest tam Carrefour, w którym to zacnym supermarkecie mogę zrealizować kupon podarunkowy na dwie butelki 0,75 litra kalifornijskiego półsłodkiego różowego wina Grenache Rosé lub jedną butelkę 0,75 litra włoskiego słodkiego wina musującego Cinzano Asti, a takiej okazji nie przepuszczę za nic w świecie. Oczywiście, wybieram różowe półsłodkie. I żeby było jasne, nie tylko dlatego, że jest go więcej.
Wracam do zmuszania. Co roku obiecuję sobie, że następnym razem kwestię prezentów załatwię wcześniej, najlepiej jeszcze we wrześniu, żeby uniknąć tej ogólnospołecznej psychozy zakupowej i cholernego tłoku. Połaziłyśmy trochę po tej Galerii i skończyło się tym, że zanabyłyśmy sałatę karbowaną, lenor, bułeczki mleczne oraz żel pod prysznic, wypiłyśmy tradycyjnie kawę w dawnym Mercersie, obecnie Icoffee, i zwiałyśmy do domu. Może dlatego, że jeszcze nie do końca dobrze się czuję po ubiegłotygodniowej operacji zatok, a do tego doszło zmęczenie po całym dniu w pracy – w każdym razie nie miałam siły przedzierać się przez dziki tłum ludzi, których nie dość, że jest tłum, to jeszcze poruszają się jak czołgi, gotowe stratować wszystko, co napotykają na drodze. Na przykład takiego małego, spokojnego, kompletnie nieagresywnego Cotka, który nie potrafi torować sobie drogi, szarżując na innych ludzi łokciami, torbami z zakupami, a w ekstremalnych wypadkach całym cielskiem. I nawet nie mówią przepraszam. Prawdopodobnie w tym amoku nawet nie zauważają, że właśnie kogoś prawie rozdeptali. Efekt jest taki, że prezentów jak nie miałam, tak nie mam i muszę – chcę czy nie – iść na zakupy jeszcze psia mać raz. Czy ja już kiedyś mówiłam, że nie lubię świąt? No dobra, tak naprawdę to z paru powodów, ale także dlatego, że ludzi opętuje jakiś przedświąteczny demon, a ja się w tym kompletnie nie umiem odnaleźć.
PS Wina też nie nabyłam, bo Córcia zapomniała zabrać z domu rzeczony kupon podarunkowy.

No więc nadszedł ten moment, który obiecywałam już od dłuższego czasu, a który jakoś się nie mógł zmaterializować – postanowiłam przeprosić się z blogiem. Nie żebym się na niego obraziła albo chciała go zamknąć – ani jedna, ani druga myśl nawet nie przemknęła mi przez głowę. Po prostu – nawet od najlepszego trzeba czasem odpocząć. No więc się naodpoczywałam i ze świeżymi siłami jestem z powrotem, silna, zwarta i gotowa. Poza tym – mimo że nie wymeldowałam się z sieci na stałe i regularnie zaglądałam do Was, czasem nawet zostawiając jakiś widomy ślad mojej obecności – zwyczajnie stęskniłam się za Wami i doszłam do wniosku, że pora intensywniej popracować nad ponownym zacieśnieniem więzi.
A teraz Was rozczaruję. Jeśli myślicie, że przez ten czas nie wiadomo co się w moim życiu nadziało i nazmieniało, to jesteście w mylnym błędzie. Nie uporałam się z większością moich problemów, gorzej – przybyły nowe. Na moje ulubione pytanie „co słychać”, z czystym sumieniem mogę odpowiedzieć: „stara bida” i to będzie najczystsza prawda. Jedno dziecko miało po drodze kolejne urodziny, drugie kolejne życiowe zakręty, czyli nic nowego. Faceta jak nie było, tak nie ma i może to i dobrze, bo jakby się który tylko z grubsza rozejrzał po tym moim życiowym bałaganie, to nie wiem, czy by mu się chciało zadać sobie trud ogarnięcia struktury tego chaosu. Wprawdzie horoskop na przyszły rok zapowiada mi zmianę mojego stosunku do tej kwestii – czyli że niby dostrzegę zasadność i sens wpuszczenia jakiegoś męskiego osobnika do mojego życia i że niby mam już tej mojej niezależności i samodzielności mieć po dziurki w nosie, ale czy to się może taki przełom dokonać w tak krótkim czasie? Przypuszczam, że wątpię. Palenia nadal nie rzuciłam, choć nad tym pracuję. Pracy w pracy, jak zwykle, mam od cholery, a nawet jeszcze więcej, bo wprawdzie u nas kryzysu nadal nie ma (i raczej nie będzie, a jeśli, to tylko jakieś jego echo), za to jest panika i histeria na wszelki wypadek, więc się w firmie odbywają jakieś dziwne, profilaktyczne ruchy, których efektem jest jeszcze więcej pracy za tę samą kasę. I tylko pies i koty coraz bardziej rozpieszczone i rozbestwione, śpią w naszych łóżkach i wchodzą nam na głowę z każdym dniem bardziej.
I to było na tyle. I tak uważam, że jak na pierwszą notkę po tak długim czasie, to całkiem sporo. Muszę się od nowa przyzwyczaić do pisania, a to trochę musi potrwać, no nie?

Kochana mamusiu
W Dniu Twojego święta chciałam Ci podziękować za te lata, która dla nas poświęciłaś, za serce i miłość jakie włożyłaś w moje i Synalka wychowanie. Za cierpliwość i pomocną dłoń. Każde słowo otuchy i za każde złe słowo. Za to, że nam pokazałaś co dobre a co złe, jak kochać, jak być dobrym człowiekiem. Dziękuję Ci za to, że tak dobrze nas wychowałaś. Dziękuję z całego serca i życzę Ci abyś zawsze była zdrowa, radosna, szczęśliwa i spełniła swoje marzenia:) Kocham Cię mamuniu:)
Córcia:)

*Klucz zostawiłaś na wierzchu, więc weszłam:)

W kwietniu słychać to, że się szczęśliwie skończył i od paru ładnych dni mamy maj, a więc bliżej do prawdziwego ciepła. Mamy nawet za sobą pierwszy z majowych długich weekendów i z utęsknieniem czekamy na drugi. Albowiem słychać również strasznego lenia. Ogromnego. Może to jakieś osłabienie wiosenne, może przemęczenie skumulowane (jak wygrana w totka, tylko na odwrót) – nie wiem, grunt, że nie chce mi się kompletnie nic. Najchętniej spędzałabym czas na urlopie (zaległym z zeszłego roku – 25 dni) w moim najwygodniejszym na świecie fotelu, ewentualnie przed komputerem, grając w gry zręcznościowe, które – jak to gry zręcznościowe – nie wymagają od grającego nawet grama wysiłku. Jedyna forma aktywności, którą jestem w stanie znieść bez bólu, to sprzątnięcie chałupy oraz wyprawa na kawę z dzieckiem do Galerii Mokotów. Wszystkie inne rzeczy, które muszę robić (a ograniczam się tylko – jak lekarze w czasie strajku – do tych ratujących życie, czyli koniecznych do przeżycia mojego własnego oraz mojej rodziny, wliczam w to wizytę u fryzjera) dolegają mi bardzo oraz wywołują lawinę myśli ubranych w słowa nienadające się do publikacji.
Poza tym słychać oglądanie horrorów vel thrillerów. Dosłownie. Córcia mnie zabije za to, co zaraz napiszę, ale trudno, nie mogę się powstrzymać. Bo to śmieszne jest. Dla ułatwienia dodam, że Córcia strasznie nie lubi oglądać horrorów, bo się boi, ale ogląda je pasjami. Samotnie. Bo ja nie lubię oglądać horrorów jeszcze bardziej. Może dlatego, że się nie boję.
Więc okoliczności przyrody są takie. Ja siedzę w jednym pokoju i cichutko rżnę sobie na kompie w eggsuckera. Córcia w drugim, ogląda jakiś thriller. Sama, jeśli nie liczyć kota, bo pies i drugi kot siedzą ze mną, jedno pod moim krzesłem, drugie na moim łóżku. A właściwie nie tyle siedzą, co drzemią. Więc Córcia z tym kotem w drugim pokoju, sama, bo towarzystwo kota przyjemne jest, ale filmu to on raczej z nią nie ogląda ani nie nadaje się do prowadzenia konwersacji. (Choć my często prowadzimy, ale to nie jest ten przypadek). I słyszę. Jak Córcia ogląda thriller:
– Aaa!
– Nie właź tam! Nie właź do tej windy, idiotko!
– O matko! Teraz go znajdą!
– Dajcie reklamę! Dajcie reklamę!
– Weź coś wymyśl, kobieto! Przecież nie jesteś jakaś głupia! Weź go walnij w brzuch!
– O Boże! Nie!
– To sukinsyn! Nie ruszaj jej! Zostaw ją!
– Mamo!!! Chodź tu do mnie!!!
A skoro jesteśmy przy filmach – w jednym tygodniku telewizyjnym, co go kupujemy z Córcią, choć nie wiem, po co, bo i tak w TV nic nie ma (poza CSI i Doktorem House’em, ale nadawanymi w stałych porach, więc bez programu można się obejść), znalazłam dowód na to, że kreatywność i wyobraźnia ludzka nie zna granic, mianowicie taki oto opis gatunku filmu: horror romantyczny fantasy. Cudne, nieprawdaż? 


Krysia się ostatnio pytała, co słychać w Warszawie, prawdopodobnie w nadziei, że w Warszawie słychać trochę lepiej niż u niej, bo u niej słychać głównie zimę i gołe gałęzie. Krysiu, uprzejmie donoszę, że w Warszawie również słychać zimę i gołe gałęzie. Dzisiaj, 26 marca, dwa dni po Wielkanocy i trzy dni przed zmianą czasu na letni (!), od rana jest regularna śnieżyca. 
Poza tym słychać wydawanie pieniędzy, których się nie ma, ale jak zachodzi potrzeba, to trzeba je nagle mieć. Ja naprawdę nie wiem, jak ja to robię, ale w sytuacjach wyższej konieczności jakoś je znajduję. A sytuacje wyższej konieczności mają związek z moim Synkiem, który zawsze był wybitnie zdolną jednostką i tak ma do dzisiaj, choć lat ma nie pięć, a dwadzieścia dwa. Boję się, że tak mu już zostanie na zawsze, bo to chyba jest uszkodzenie na poziomie chromosomalnym. Mianowicie niezwykły talent do masakrowania siebie i rzeczywistości wokół siebie. Wyczyny jego kiedyś pewnie opiszę (nie omijając mistrzostwa świata w jego wykonaniu, mianowicie dżinsów, które kupiłam mu w sobotę, a on w poniedziałek wrócił ze szkoły z portkami niemal w strzępach), a ma ich sporo na swoim koncie; dziś skupię się na najświeższych. Dwa tygodnie temu Synek skręcił na łyżwach nogę, i to tak, że jeszcze mu się nie zagoiła. Gdzie pieniądze? Pojawiły się na ostrym dyżurze, na którym o godzinie siódmej wieczorem dowiedział się, że będzie musiał czekać cztery-pięć godzin na wizytę u lekarza. Oczywiście poszedł prywatnie – lekarz, rentgen, opaska, leki = trzy stówy. A dzisiaj stłukł sobie okulary. Rozwalił je tak, że trzeba zrobić nowe, i to jak najszybciej, bo on bez okularów nie może funkcjonować – po prostu mało co widzi. Jak najszybciej oznacza w jego wypadku około dwóch tygodni, bo przy jego pokręconej wadzie wzroku szkła mu się za każdym razem robi w Niemczech i to trwa. No i kosztuje. Około siedemset zeta. Miałam nadzieję, że Synek jako osoba dorosła zapanuje trochę nad tą swoją autodestrukcją i moją portfelodestrukcją. Ale jak widać, z bycia czołgiem się nie wyrasta. 
Ale to było tak na marginesie, bo generalnie chciałam się dziś skupić na tej cholernej zimie, którą już womituję. Oraz – prawem kontrastu – na słońcu. Wczoraj dostałam jeszcze kilka hiszpańskich zdjęć, o których Córcia powiedziała: „No, nareszcie ty jesteś na jakichś zdjęciach, a nie tylko architektura!”.  
No więc dziś Wam pokażę Cotka w Andaluzji. W lutym!

Photobucket   Photobucket

Photobucket   Photobucket   Photobucket

A tak wyglądał stół po hiszpańskim obiedzie w oczekiwaniu na deser:


Photobucket


Co by człowiek zrobił bez wspomnień!

*Autorem zdjęć jest człowiek, który nas dzielnie po Hiszpanii pilotował, Jacek R.

 

HOLA!

25 komentarzy

Hiszpania, a konkretnie Andaluzja o tej porze roku to jest naprawdę znakomity pomysł:

Photobucket

Byłam tam wprawdzie tylko cztery dni, ale za to bardzo intensywne i to w zupełności wystarczyło, żebym się totalnie zresetowała. Przez te cztery dni kompletnie nie myślałam o domu, pracy ani o żadnych tego typu sprawach. Oderwałam się od mojej codzienności całkowicie (wyjąwszy te momenty, kiedy przychodziły SMS-y od Córci, ale na szczęście było ich tylko parę). Wsiąkłam w Andaluzję ciałem i duszą i wróciłam (aczkolwiek niechętnie, bo jeśli o mnie chodzi, to mogłabym tam zostać już na zawsze) do domu jak nowo narodzona. Z Granady, Malagi i Mijas, urokliwego miasteczka leżącego tuż na brzegiem Morza Śródziemnego, przywiozłam wspomnienie ciepła i słońca, drzewek cytrynowych i pomarańczowych rosnących na ulicach, wciąż żywy smak niezliczonej ilości gatunków wina i dwieście czterdzieści osiem zdjęć, którymi na starość będę odświeżać sobie pamięć (chyba że na emeryturze przeniosę się gdzieś na Costa del Sol). 

Alhambra i jej dziedzińce, pałace i ogrody:

Photobucket    Photobucket

Photobucket

Photobucket    Photobucket

Photobucket

Photobucket    Photobucket

…i śliczna trzykolorowa kotka, najwyraźniej dzisiejsza mieszkanka Alhambry:


Photobucket    Photobucket


Zaułki starej Granady:

Photobucket    Photobucket

Photobucket    Photobucket


A potem jeszcze zdjęcie obsypanego owocami drzewka pomarańczowego…

Photobucket

…i z pamięcią pełną ciepła można dalej znosić nasze długie zimowe wieczory.
Chyba że sprawdzą się pogodowe przepowiednie i już zaraz i u nas będzie wiosna.

Świętowanie urodzinowe się skończyło, czas wracać do normalnego życia. A normalne życie jak ta łaska pańska – na pstrym koniu jeździ i raz jest tak, raz jest siak (żeby nie powiedzieć: raz na wozie, raz w nawozie). No więc u mnie akurat teraz jest siak, a nawet bardzo siak, przez co humor mój, samopoczucie oraz ogólny nastrój są pod zdechłym psem. No dobra, nie bawmy się w eufemizmy – mam chandrę jak stąd do Władywostoku. Rzadko mi się to zdarza, tak mniej więcej raz na rok, ale jak już mnie dopadnie, to to nie jest chandra, to nawet nie jest chandra-gigant, tylko najczarniejsza rozpacz na granicy deprechy. Żebym ja jeszcze umiała sobie usiąść i popłakać, to może by mi lżej było, ale querva nie umiem za bardzo.
Oczywiście, powody są ogólnie znane: wszystko jest do kitu. A co konkretnie? No, wszystko, jak to zwykle w chandrze, która z natury swojej nie jest racjonalnym stanem ducha nawet w najmniejszym stopniu.
Rok zaczął się fatalnie: dwa pogrzeby w ciągu trzech tygodni plus trzeci wśród bliskich znajomych – taka, że tak powiem, kumulacja zdarza się raz na stulecie. W domu marazm i ogólne przygnębienie. Cukru do cukierniczki jak ja nie nasypię, to nikt nie nasypie i stoi pusta. Wczoraj rano ni stąd ni z owąd panie dzieju nie było żadnej wody i nie mogłam się umyć jak człowiek. Telefon stacjonarny od paru tygodni nie działa i nie mogę się zmusić, żeby zadwonić do operatora, żeby naprawił. Włosy błagają o fryzjera, a ja nie mam pomysłu, co z nimi zrobić, więc wyglądam jak strach na wróble po przejściu trąby powietrznej. Życie uczuciowe oraz osobiste istnieje głównie w moich wspomnieniach, w pracy… No właśnie, w pracy. W pracy powodów do narzekania też nie brakuje. Podstawowy to ten, że w moim wypadku stara prawda, że nagrodą za dobrą pracę jest jeszcze więcej pracy, sprawdza się w dwustu procentach. Obowiązków i zajęć wciąż mi przybywa, a pieniędzy niekoniecznie. Nie wiem, może ja po prostu ciężki frajer jestem i nie umiem się upomnieć o swoje. Tak czy inaczej, kwestie finansowe, a konkretnie brak podwyżki o choćby złotówkę od pięciu lat, brak jakiejkolwiek premii czy czegoś w tym guście, strasznie mnie dołuje. Na dodatek akurat w tym momencie musi wypadać deadline, czyli pracy siedem razy tyle co normalnie. W zwykłych okolicznościach mam przynajmniej satysfakcję, że znów dokonałam rzeczy niemożliwych, że udało mi się coś, co wydawało się niewykonalne (deadliny naprawdę czasem tak dramatycznie wyglądają), a dzisiaj to ja, owszem, mam satysfakcję, ale gdzieś.
Ja wiem, jako kobieta na ogół rozsądna, że za parę dni mi przejdzie i znów się wezmę za normalną walkę z codziennością. Bo tak już jest, że ciągle trzeba o coś walczyć, że życie nie znosi próżni i zawsze musi się coś dziać, że ten mój wymarzony, wyśniony i upragniony święty spokój to jest jakiś stan abstrakcyjny, którego człowiek tak naprawdę nie ma szansy doświadczyć w życiu. I nawet normalnie mnie to jakoś niespecjalnie boli, więcej: na ogół potrafię w tym wszystkim znaleźć jeszcze trochę radości życia, a nawet ją odczuwać. Ale dzisiaj nie. Dzisiaj nie chce mi się walczyć, nie chce mi się starać, nawet nie chce mi się chcieć, bo w niczym nie widzę sensu. Dzisiaj się poddaję, a na dowód tego wykonuję ostatni wysiłek judoki i trzykrotnie otwartą dłonią klepię w matę. Klep, klep. Klep.

DONOS

39 komentarzy

Donoszę uprzejmie, że dzisiaj Cotek ma urodziny (tak, tak, Wodnik – najlepszy znak w całym zodiaku). Ale nie powiem które. No dobrze, powiem. Okrągłe. Jeszcze w pierwszej pięćdziesiątce, ale już po półmetku, bo nie spodziewam się, że będę żyć dziewięćdziesiąt lat. Chociaż, kto to wie…
Z tej okazji Cotek z radością przyjmie życzenia zdrowia, szczęścia, pomyślności, pieniędzy i pociechy z dzieci. Chętnie wysłucha jakiegoś „sto lat” – mile widziane są wszelkie śpiewy: solo, chóralne, na głosy, a capella, z towarzyszeniem orkiestry symfonicznej – jak kto woli i jak mu lepiej wychodzi. Uwaga – „Gwiazdki pomyślności” Cotek nie lubi, za to uwielbia toasty szampanem.
Za wszystkie życzenia Cotek z góry najserdeczniej dziękuje.

Wychodzi na to, że los ma kompletnie gdzieś, co do niego mówię i o co proszę, bo ciąg dalszy nowego roku idzie równie świetnie jak jego początek. Dzisiaj dowiedzieliśmy się, że umarła moja teściowa. (Od razu wszystkim, którzy mają ochotę mnie skorygować, że była teściowa, wyjaśniam, że nie była – według polskiego prawa, związki powinowactwa nie wygasają i o ile mąż w chwili rozwodu przestaje być mężem, o tyle jego rodzina nadal jest rodziną, co oznacza, że jak ktoś raz zaposiadł teściową, to już będzie ją miał na wieki wieków).
To nie jest śmierć, która by mnie jakoś szczególnie dotknęła osobiście, to po pierwsze. Teściowa nie była osobą, którą dałoby się lubić, nigdy, nawet w najlepszych latach mojego małżeństwa z Nieboszczykiem, nie byłyśmy ze sobą blisko. Oględnie mówiąc, była dość dziwnym człowiekiem. Nie widziałam jej od rozwodu, to jest od siedemnastu lat i prawdę powiedziawszy, nie tęskniłam za nią. Ani ona za mną. Ale nie tęskniła też za moimi dziećmi, a za swoimi wnukami. Jedynymi. Albowiem Nieboszczyk jest jedynakiem. I tego nie rozumiem za bardzo. No, ale nie muszę, gdzie jest powiedziane, że muszę rozumieć wszystko, co się dzieje na świecie i co ludzie robią. Po drugie, miała 93 lata, a kiedy ktoś ma 93 lata, to naprawdę można już w każdej chwili spodziewać się, że umrze. Po trzecie, od kilku lat była bardzo chora. To znaczy, ona była chora, odkąd ją pamiętam, to jest jakieś 25 lat, ale ostatnich kilka lat była chora naprawdę. Za bardzo, żeby opiekować się nią w domu, za mało, żeby przyjął ją szpital, więc przebywała w ośrodku rehabilitacyjno-opiekuńczym, do którego trafiła po złamaniu stawu biodrowego, na rehabilitację właśnie, ale rehabilitacja się nie powiodła i teściowa już tam została. Z tym, że w tej części opiekuńczej. Kiedy moje dzieci były u niej ze dwa lata temu, już ich nie poznawała.
Ale mimo wszystko to była ich babcia i jej śmierć dotyka mnie o tyle, o ile dotyka ich. Syn jest zszokowany, Córcia zdruzgotana i gdy na nich patrzę, serce mnie boli jak cholera. Poza tym jednak umarł człowiek.
No i Nieboszczyk, a właściwie forma, w jakiej nas, a właściwie dzieci powiadomił. Mailem. Do Syna. Dzisiaj o dziesiątej wieczorem. O treści: „Informuję Was, że umarła babcia. Pogrzeb tu i tu, tego i tego dnia, o tej i o tej godzinie”. Nie podejmuję się tego skomentować, bo o ile normalnie nie mam problemów z wyrażaniem myśli, o tyle tym razem zabrakło mi słów. A właściwie nie zabrakło, ale te, które przychodzą mi do głowy, nie nadają się do publikacji. Nawet nie nadają się do tego, żeby je głośno wymówić. Co za palant.
Na dodatek jestem w dole finansowym głębszym niż Rów Mariański i będę się musiała nieźle nagimnastykować, żeby skombinować pieniądze (które, jak się okazuje, ścigają człowieka aż do grobu) na wiązankę i wszystkie inne wydatki, które w takich okolicznościach są po pierwsze nieuniknione, a po drugie, niemałe.
Czasami naprawdę mam dość tego świata.
 


  • RSS