hustawka-czarownicy blog

Twój nowy blog

Wpisy w kategorii: Bez kategorii

Dzisiaj
pozwolę sobie na trochę reklamy, czyli będę reklamować. Nie siebie (choć jak by
się uprzeć, to właściwie siebie też mam powody), tylko moje dzieci.

CÓRCIA
Córcia
jest manikiurzystką. Bardzo dobrą. Dyplomowaną. Po kilku miesiącach pracy w
salonie bez umowy i za wynagrodzenie dużo niższe niż najniższe krajowe, znudziło
jej się zarabianie na cokwartalne zagraniczne wyjazdy pani właścicielki i
postanowiła zarabiać na swoje własne wyjazdy. Ale przede wszystkim na życie.
Wprawdzie nie jest w stanie jeszcze otworzyć własnego salonu, ale i na to
przyjdzie czas, a na razie wozi salon do klientów, to znaczy świadczy usługi u
ludzi w domu (albo w biurze, jeśli ktoś może sobie na to pozwolić w godzinach
pracy i szefa, który nie ma nic przeciwko wizytom manikiurzystki).
Jeśli
się komuś nie chce jechać na manikiur do salonu kosmetycznego albo nie ma na to
czasu, albo po prostu woli mieć zrobiony manikiur we własnym domowym zaciszu –
Córcia przyjedzie i zrobi. Manikiur, pedikiur, z malowaniem, bez malowania, damski,
męski, w dowolnym terminie, profesjonalnie i za bardzo rozsądną cenę.
Jeśli
więc ktoś z Was tu zaglądających miałby ochotę skorzystać w Córci usług –
polecam gorąco. Kontakt albo na mój mail blogowy: hustawka-czarownicy@wp.pl, albo
bezpośrednio do Córci: ania.manicure@gmail.com.

SYNEK
Synek
pracuje jako agent ubezpieczeniowy (wszystkie rodzaje ubezpieczeń –
komunikacyjne, majątkowe, na życie; w różnych firmach ubezpieczeniowych) oraz
doradca finansowy i inwestycyjny. Jeśli ktoś z Was ma jakieś potrzeby ubezpieczeniowe
albo inwestycyjne, to polecam jego usługi.

Córcia
wprawdzie schudła prawie 30 (słownie: trzydzieści) kilo i zrobiła się z niej
niezła laska, ale figurę ma dosyć trudną i kupienie dla niej dobrych dżinsów to
wcale nie jest prosta sprawa. Ostatnio zwiedziłyśmy w Galerii kilka sklepów z
ciuchami i psińco. Jak dobre w pupie, to za długie, jak dobre na długość, to za
wąskie w udach, jak dobre w udach i w pupie, to odstają w talii, jak nie odstają
w talii, to za bardzo biodrówki i tak w kółko Macieju. A dżinsy kupić trzeba,
bo poprzednie wiszą na niej jak po starszym bracie i wygląda w nich jak menel,
poza tym wiadomo – bez dobrych dżinsów nie ma życia i choć jedną parę trzeba
mieć. Po kolejnych bezowocnych wygibasach w kolejnej przymierzalni (tym
bardziej uciążliwych, że trzeba walczyć z kurtkami, kożuchami, kozakami,
człowiek się poci jak ruda mysz, na dodatek przymierzalnie jak dla krasnoludków
i nie ma gdzie się poutykać w tą stertą łachów) już mam dość i wiedziona wieloletnim
doświadczeniem dżinsowym mówię do niej:
– Mówię ci,
chodźmy do Levisa. Gdzie jak gdzie, ale tam na pewno coś kupimy, bo tam mają
milion przeróżnych fasonów i na dwieście procent dobiorą ci dżinsy odpowiednie
dla ciebie.
– Nie idę do
żadnego Levisa – Córcia na to. – Szkoda mi wydawać trzy stówy na spodnie. Wiesz,
ile za to można kupić książek?

Moja ciągnąca się od wielu miesięcy niezbyt ciekawa sytuacja, polegająca na trudnościach ze znalezieniem stałej pracy, ma oczywiście wiele wad. Nieregularność dochodów i wynikające z nich kłopoty finansowe, brak poczucia bezpieczeństwa, świadomość, że zawód dziennikarza to jedna z najmniej, nazwijmy to, stabilnych profesji może nie na świecie, ale na pewno w Polsce – to tylko niektóre z nich. Ale ma też jedną zaletę: świetnie zweryfikowała ludzi w moim otoczeniu. W skali światowej to nie jest żadne nowe zjawisko – pewnie coś takiego codziennie przytrafia się tysiącom ludzi, więc nie powinno mnie zdziwić, kiedy przytrafiło się i mnie. I nie zdziwiło, choć faktem jest, że niektóre rozczarowania były bardzo bolesne, bo zawód spotykał mnie ze strony osób, których nigdy w życiu bym o coś takiego nie podejrzewała (w tym także rodziny, która jakby z definicji jest zobowiązana do wzajemnej pomocy). No ale trudno. Ostatecznie człowiek sam siebie do końca nie zna, a co dopiero kogoś innego.
Poza tym ja wprawdzie jakaś głupia nie jestem i potrafię odróżnić przyjaciela prawdziwego od fałszywego (zwłaszcza że w ogóle nie jestem zbyt skłonna do używania określenia „przyjaciel”), ale mam też prawo do błędu. Tym bardziej że wcześniej nie miałam wszystkich danych do dokonania prawidłowej oceny. Czyli, mówiąc wprost, w czasach, kiedy było dobrze, tak naprawdę nie miałam pojęcia i mogłam tylko snuć przypuszczenia, jak zachowają się ludzie, kiedy będzie źle. Przekonałam się o tym dopiero, kiedy było źle i okazało się, że myliłam się, sadząc o niektórych z nich, że zawsze można na nich liczyć. Ale na szczęście także odwrotnie – znajomi, z którymi wcześniej nie byłam jakoś bardzo mocno związana, pospieszyli mi z pomocą, często z własnej inicjatywy.
Tym sposobem dotarliśmy, proszę państwa, do pointy. A pointa polega przede wszystkim na tym, że chcę podziękować wszystkim tym (niektórzy tu zaglądają, więc będą wiedzieć, że to słowa skierowane do nich), którzy mi pomogli, tak po prostu, bezinteresownie, bo chcieli mi pomóc, bo uważają, że trzeba pomagać ludziom w potrzebie. Dziękuję więc serdecznie, zarówno za ten materialny wymiar pomocy, jak i równie ważny emocjonalny, bo kiedy człowiek jest w dołku, to każdy przejaw życzliwości i serca ma ogromne znaczenie, podnosi na duchu i sprawia, że człowiekowi chce się walczyć i trzymać się.
Ale pointa polega – paradoksalnie – także na tym, że chcę również podziękować tym osobom, które mi nie pomogły (choć o to prosiłam i choć wszyscy wiedzą, że proszenie o pomoc to jedna z najtrudniejszych rzeczy, jakie człowiek czasem w życiu musi robić). A dziękuję im dlatego, że teraz wiem – jakkolwiek okrutnie to zabrzmi – że są ludźmi, którym ja już nie chcę poświęcać ani swojego czasu, ani uczuć czy emocji, bo nie warto. Dzięki temu moje życie oczyściło się z różnych spraw, które – jak się okazuje – tylko marnowały mój czas i moją uwagę.

I znikąd ratunku.

Całe życie okoliczności zmuszały mnie do tego, że większość rzeczy,
które robiłam i którymi się zajmowałam, robiłam nie dla siebie, tylko dla
innych. Moje potrzeby, moje sprawy i ogólnie ja – to wszystko było gdzieś w
przedostatniej kolejności odśnieżania. Miałam nadzieję, że przyjdzie taki
moment, kiedy będę mogła zająć się sobą. Niestety, wciąż jest tak samo, a nawet
gorzej. Nadal muszę kierować się nie swoimi priorytetami i podejmując różne
decyzje, brać pod uwagę zaspokajanie nie swoich potrzeb. Na dodatek w sytuacji,
gdy sama potrzebuję, żeby ktoś się mną zajął – nie mogę na to liczyć.
Wprawdzie nikt nam nie obiecywał, że w życiu będzie łatwo i sprawiedliwie, mimo
to moje rozczarowanie jest olbrzymie. Zawiodło mnie tyle osób. I wciąż – z powodu
zobowiązań, których nikt oprócz mnie nie tylko nie chce na siebie wziąć, ale
nawet nie zauważa, że one istnieją – nie mogę zrobić ze swoim życiem i dla
siebie tego, co bym chciała.
Smutno mi.

Czas zamknąć pewien etap i zacząć kolejny.
Czas zacząć szukać nowej pracy.

ŻYCIE

6 komentarzy

Mieszkam po jednej stronie Żwirki i Wigury, jakieś 500 metrów od tej ulicy, pracuję po drugiej. Oba te miejsca dzieli niecałe pięć kilomerów. I wczoraj, i dziś przez pół dnia niemal nad samym budynkiem, w którym pracuję, wisiał Błękitny 24, slychać było hałas jego śmigła. Dziś wróciłam z pracy ostatnim autobusem, który przejechał normalnym ruchem przed zablokowaniem Żwirek przed przejazdem z Okęcia konduktu z trumnami ofiar katastrofy pod Smoleńskiem. Widok poruszający do żywego. Poruszająca również była cisza, w jakiej po obu stronach ulicy stał tlum ludzi podczas przejazdu 34 karawanów i kolumny samochodów wiozących rodziny ofiar. Trzy metry ode mnie stali moi sąsiedzi z naprzeciwka, małżeństwo i ich dorosła córka.
Kiedy szłam od Żwirek do domu, dostałam od mojego operatora komórkowego SMS-a, że mam niezapłacony rachunek za telefon. Wstąpiłam do sklepu po jedzenie dla psa. Po powrocie do domu włączyłam pranie. Pół godziny temu u sąsiadów słyszałam odkurzacz. Piętnaście minut temu słyszałam przejeżdżający pod moim oknem samochód zakładu oczyszczania miasta i pracujące jego wielkie okrągłe szczotki czyszczące jezdnię. Teraz Córcia szykuje kolację, w całym domu pachnie czosnkiem, octem balsamicznym, pomidorami i goracą herbatą.

Od ponad dwudziestu pięciu lat definiowały mnie dzieci. To znaczy sam fakt ich istnienia, bycia matką, a jeszcze bardziej – samotną matką. (Każda samotna matka rozumie, że między byciem matką a byciem samotną matką jest różnica jak stąd do Kalifornii.) Oczywiście, zajmowałam się mnóstwem innych rzeczy i zajmowałabym się jeszcze bardziej i więcej, gdybym miała więcej czasu, ale odpowiedzialność za dwa ludzkie istnienia, które poza mną nie miały kompletnie nikogo, decydowała o wszystkim, co się ze mną działo, co robiłam, a czego nie robiłam. Decydowała o moim sposobie myślenia, stosunku do życia – do wszystkiego. Krótko mówiąc – o mnie i tym, kim byłam.
Dzisiaj moje dzieci są dorosłe i już nie jestem im potrzebna. To znaczy jestem, ale inaczej. Nie muszę się nimi opiekować, dbać o ich codzienność, podejmować za nich decyzji. Martwić się o nie będę zawsze, bo matki już tak są skonstruowane, ale byt moich dzieci i jakość ich życia już nie zależą ode mnie. Przyznaję – duży ciężar został zdjęty z moich (wątłych bądź co bądź) barków. Dzisiaj mogę zająć się sama sobą i swoim życiem. A to oznacza, że muszę odpowiedzieć sobie na parę pytań, z czego dwa podstawowe to takie, czy, po pierwsze, wszystkie te rzeczy, które przez lata chciałam robić, ale nie miałam czasu i możliwości, nadal leżą w kręgu moich zainteresowań i czy nadal ich chcę, i po drugie, ale w prostej linii wynikające z pierwszego i tak naprawdę znacznie od niego ważniejsze – kim właściwie jestem?
Nie spodziewam się, że pełną i satysfakcjonującą mnie odpowiedź znajdę w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin. Ani nawet dwudziestu czterech dni. Dobrze będzie, jeśli zamknę się w dwudziestu czterech miesiącach, bo sam proces wyzwalania się – także w sposobie myślenia – od bycia matką-kwoką trochę potrwa (i mam nadzieję, że się powiedzie, co tylko wyszłoby na dobre i moim dzieciom, i mnie). W pewnym sensie znajduję się właśnie na początku mojej własnej drogi życiowej. (Czy to nie brzmi patetycznie? Ale nawet jeśli – to trudno.) No i oczywiście mam nadzieję, że jeszcze spory kawałek tej drogi przede mną.
Trzymajcie za mnie kciuki.

Słońca, ciepła i światła!
Bo już zaczynam gnić z zimowego przemęczenia i ciągłych ciemności. Zawsze mówiłam, że ja jestem na baterie słoneczne.
Na szczęście dziś zmieniamy czas i może się zacznie jakieś normalne życie.

Czy ktoś pamięta, jak się nazywa taki owoc, co wygląda jak jabłko, a smakuje jak gruszka?


  • RSS