Córcia
wprawdzie schudła prawie 30 (słownie: trzydzieści) kilo i zrobiła się z niej
niezła laska, ale figurę ma dosyć trudną i kupienie dla niej dobrych dżinsów to
wcale nie jest prosta sprawa. Ostatnio zwiedziłyśmy w Galerii kilka sklepów z
ciuchami i psińco. Jak dobre w pupie, to za długie, jak dobre na długość, to za
wąskie w udach, jak dobre w udach i w pupie, to odstają w talii, jak nie odstają
w talii, to za bardzo biodrówki i tak w kółko Macieju. A dżinsy kupić trzeba,
bo poprzednie wiszą na niej jak po starszym bracie i wygląda w nich jak menel,
poza tym wiadomo – bez dobrych dżinsów nie ma życia i choć jedną parę trzeba
mieć. Po kolejnych bezowocnych wygibasach w kolejnej przymierzalni (tym
bardziej uciążliwych, że trzeba walczyć z kurtkami, kożuchami, kozakami,
człowiek się poci jak ruda mysz, na dodatek przymierzalnie jak dla krasnoludków
i nie ma gdzie się poutykać w tą stertą łachów) już mam dość i wiedziona wieloletnim
doświadczeniem dżinsowym mówię do niej:
– Mówię ci,
chodźmy do Levisa. Gdzie jak gdzie, ale tam na pewno coś kupimy, bo tam mają
milion przeróżnych fasonów i na dwieście procent dobiorą ci dżinsy odpowiednie
dla ciebie.
– Nie idę do
żadnego Levisa – Córcia na to. – Szkoda mi wydawać trzy stówy na spodnie. Wiesz,
ile za to można kupić książek?