Moja ciągnąca się od wielu miesięcy niezbyt ciekawa sytuacja, polegająca na trudnościach ze znalezieniem stałej pracy, ma oczywiście wiele wad. Nieregularność dochodów i wynikające z nich kłopoty finansowe, brak poczucia bezpieczeństwa, świadomość, że zawód dziennikarza to jedna z najmniej, nazwijmy to, stabilnych profesji może nie na świecie, ale na pewno w Polsce – to tylko niektóre z nich. Ale ma też jedną zaletę: świetnie zweryfikowała ludzi w moim otoczeniu. W skali światowej to nie jest żadne nowe zjawisko – pewnie coś takiego codziennie przytrafia się tysiącom ludzi, więc nie powinno mnie zdziwić, kiedy przytrafiło się i mnie. I nie zdziwiło, choć faktem jest, że niektóre rozczarowania były bardzo bolesne, bo zawód spotykał mnie ze strony osób, których nigdy w życiu bym o coś takiego nie podejrzewała (w tym także rodziny, która jakby z definicji jest zobowiązana do wzajemnej pomocy). No ale trudno. Ostatecznie człowiek sam siebie do końca nie zna, a co dopiero kogoś innego.
Poza tym ja wprawdzie jakaś głupia nie jestem i potrafię odróżnić przyjaciela prawdziwego od fałszywego (zwłaszcza że w ogóle nie jestem zbyt skłonna do używania określenia „przyjaciel”), ale mam też prawo do błędu. Tym bardziej że wcześniej nie miałam wszystkich danych do dokonania prawidłowej oceny. Czyli, mówiąc wprost, w czasach, kiedy było dobrze, tak naprawdę nie miałam pojęcia i mogłam tylko snuć przypuszczenia, jak zachowają się ludzie, kiedy będzie źle. Przekonałam się o tym dopiero, kiedy było źle i okazało się, że myliłam się, sadząc o niektórych z nich, że zawsze można na nich liczyć. Ale na szczęście także odwrotnie – znajomi, z którymi wcześniej nie byłam jakoś bardzo mocno związana, pospieszyli mi z pomocą, często z własnej inicjatywy.
Tym sposobem dotarliśmy, proszę państwa, do pointy. A pointa polega przede wszystkim na tym, że chcę podziękować wszystkim tym (niektórzy tu zaglądają, więc będą wiedzieć, że to słowa skierowane do nich), którzy mi pomogli, tak po prostu, bezinteresownie, bo chcieli mi pomóc, bo uważają, że trzeba pomagać ludziom w potrzebie. Dziękuję więc serdecznie, zarówno za ten materialny wymiar pomocy, jak i równie ważny emocjonalny, bo kiedy człowiek jest w dołku, to każdy przejaw życzliwości i serca ma ogromne znaczenie, podnosi na duchu i sprawia, że człowiekowi chce się walczyć i trzymać się.
Ale pointa polega – paradoksalnie – także na tym, że chcę również podziękować tym osobom, które mi nie pomogły (choć o to prosiłam i choć wszyscy wiedzą, że proszenie o pomoc to jedna z najtrudniejszych rzeczy, jakie człowiek czasem w życiu musi robić). A dziękuję im dlatego, że teraz wiem – jakkolwiek okrutnie to zabrzmi – że są ludźmi, którym ja już nie chcę poświęcać ani swojego czasu, ani uczuć czy emocji, bo nie warto. Dzięki temu moje życie oczyściło się z różnych spraw, które – jak się okazuje – tylko marnowały mój czas i moją uwagę.