hustawka-czarownicy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2008

Rok jak się zaczął, tak się kończy – smutno. W wigilię umarła teściowa mojej siostry, w pierwszy dzień świąt tata mojego bliskiego kolegi. Jeśli chodzi o śmierć, to ja – jeśli można tak powiedzieć – jestem z nią już oswojona. O śmierci, nawet własnej, myślę jak o nieodłącznej części życia. Umarło mi już tyle kochanych osób, a i sama otarłam się o nią naprawdę z bardzo bliska. Paradoksalnie, od tamtego czasu przestałam się jej bać. Tak jest ten świat urządzony, że kto się urodził, to musi i umrzeć. Ale to ja tak myślę i tak czuję, poza tym tym razem to nie moja strata i nie moja rozpacz. Mój jest żal i współczucie dla tych moich bliskich, którzy muszą to teraz przeżyć i z ich powodu jest mi smutno. Na dodatek w święta. Ludzie nie powinni umierać w święta. Żaden moment nie jest dobry, ale nie ma gorszego niż Boże Narodzenie. Mam tylko nadzieję, że te śmierci na początku roku i te teraz na końcu zatoczyły koło, zamknęły jakiś krąg i przyszły rok będzie wolny od takiego smutku. 
Moje święta minęły ciepło i spokojnie. Mamie, jak już kiedyś pisałam, z wiekiem złagodniał charakter, więc przebywanie z nią stało się nawet przyjemnością. Ale większe znaczenie ma to, że ona ma już swoje lata, konkretnie osiemdziesiąt trzy. Trzyma się całkiem nieźle, poza tym nasza rodzina jest długowieczna, ludzie, a zwłaszcza kobiety, spokojnie dożywają prawie dziewięćdziesiątki, jednak wiek robi swoje i mama jest coraz słabsza, ma coraz mniej siły, męczy ją nawet chodzenie po domu. Nie oszukujmy się, każda Wigilia może być jej ostatnią, dlatego każda chwila z nią spędzona jest na wagę złota. Więc w święta było cicho, ciepło, leniwie i przyjemnie. 
Jeśli zaś chodzi o nowy rok, który już puka do drzwi, to tym razem zapominam o tym, co kiedyś powiedział Dalajlama: „Nowy rok, nowe stulecie – jakie to ma znaczenie? Księżyc i gwiazdy wciąż są te same”. Tym razem ta cezura jest mi bardzo potrzebna. Potrzebuję jakiegoś progu, jakiegoś nawet takiego umownego nowego początku. Mam tyle spraw do uporządkowania w sobie i wokół siebie, że przyda mi się granica między tym, co było a tym, co będzie. Tradycyjnie, żadnych postanowień noworocznych nie robię, bo i bez tego świetnie wiem, nad czym mam w swoim życiu popracować. Z wyjątkiem jednego, które z wrodzonym wdziękiem zarąbałam mojej przyjaciółce Elce, za jej pozwoleniem, a wręcz na jej prośbę. Bo Elka zawsze ma jedno postanowienie, ale za to dobre i je spełnia. Dwa lata temu postanowiła, że będzie później przychodzić do pracy i wcześniej wychodzić. Jakkolwiek humorystycznie to brzmi, ale w naszym wypadku miało głęboki i bardzo realny sens. Udało się jej. Rok temu postanowiła, że będzie więcej zarabiać i znów się jej udało – została naczelną w jednym luksusowym tygodniku. Więc w myśl zasady, którą mi dziś wyłożyła: „Żeby z jakiegoś postanowienia coś wyszło, Cotek, to trzeba je w ogóle mieć. Bierz moje, co będziesz wymyślać, poza tym jest bardzo dobre”, niniejszym postanawiam, że będę w przyszłym roku więcej zarabiać. Nie żebym była taką materialistką, bo nie jestem, ale po pierwsze, w ramach zapobiegania kryzysowi zwolniono w mojej firmie kilkadziesiąt osób, w tym moją zastępczynię i zostałam z podwójną robotą za pojedynczą pensję, a wolałabym za taką ilość pracy być odpowiednio wynagradzana, a po drugie zabijają mnie raty kredytu mieszkaniowego i ledwo ciągnę, więc każdy grosz więcej niż to, co mam, jest na wagę złota. Ja pewnie naczelną nie zostanę, ale może trzeba by nalać sobie ołowiu do tyłka, usiąść i skończyć tę książkę, co ją zaczęłam ze trzy lata temu. Albo poszukać jakiejś dodatkowej roboty. Gdyby ktoś z was słyszał o ciekawym zatrudnieniu dla wyjątkowo zdolnego redaktora, to się uprzejmie polecam pamięci.  
I w tym roku to by było na tyle. Życzę Wam wszystkim dobrego, pełnego życzliwości Nowego Roku. Żebyście spełniali swoje marzenia, żeby otaczali Was serdeczni i kochający ludzie, żeby było Wam w życiu dobrze i żebyście byli szczęśliwi.

Święta zmuszają człowieka do robienia rzeczy, na które kompletnie nie ma ochoty. Mnie zmusiły do pójścia do centrum handlowego pod tytułem Galeria Mokotów. Zaglądam tam od czasu do czasu, po pierwsze dlatego, że jest tam jedyny sklep w okolicy mojej pracy, gdzie można kupić coś rozsądnego do żarcia, a po drugie dlatego, że jest tam jedyny sklep w okolicy mojego domu, gdzie można kupić tak zwaną chemię gospodarczą. Więc jak się kończy calgon, domestos czy inny bref z przeproszeniem do kibla, to chadzamy z Córcią właśnie tam, ale nigdy nie jest to tak dolegliwe, jak przed świętami. Dzisiaj polazłyśmy, bo Córcia uświadomiła mi, że do Wigilii został zaledwie tydzień, a ja z przerażeniem stwierdziłam, że nie dość, że ma rację, to na dodatek ja nie mam jeszcze żadnego (podkreślam – żadnego) prezentu. Poza tym jest tam Carrefour, w którym to zacnym supermarkecie mogę zrealizować kupon podarunkowy na dwie butelki 0,75 litra kalifornijskiego półsłodkiego różowego wina Grenache Rosé lub jedną butelkę 0,75 litra włoskiego słodkiego wina musującego Cinzano Asti, a takiej okazji nie przepuszczę za nic w świecie. Oczywiście, wybieram różowe półsłodkie. I żeby było jasne, nie tylko dlatego, że jest go więcej.
Wracam do zmuszania. Co roku obiecuję sobie, że następnym razem kwestię prezentów załatwię wcześniej, najlepiej jeszcze we wrześniu, żeby uniknąć tej ogólnospołecznej psychozy zakupowej i cholernego tłoku. Połaziłyśmy trochę po tej Galerii i skończyło się tym, że zanabyłyśmy sałatę karbowaną, lenor, bułeczki mleczne oraz żel pod prysznic, wypiłyśmy tradycyjnie kawę w dawnym Mercersie, obecnie Icoffee, i zwiałyśmy do domu. Może dlatego, że jeszcze nie do końca dobrze się czuję po ubiegłotygodniowej operacji zatok, a do tego doszło zmęczenie po całym dniu w pracy – w każdym razie nie miałam siły przedzierać się przez dziki tłum ludzi, których nie dość, że jest tłum, to jeszcze poruszają się jak czołgi, gotowe stratować wszystko, co napotykają na drodze. Na przykład takiego małego, spokojnego, kompletnie nieagresywnego Cotka, który nie potrafi torować sobie drogi, szarżując na innych ludzi łokciami, torbami z zakupami, a w ekstremalnych wypadkach całym cielskiem. I nawet nie mówią przepraszam. Prawdopodobnie w tym amoku nawet nie zauważają, że właśnie kogoś prawie rozdeptali. Efekt jest taki, że prezentów jak nie miałam, tak nie mam i muszę – chcę czy nie – iść na zakupy jeszcze psia mać raz. Czy ja już kiedyś mówiłam, że nie lubię świąt? No dobra, tak naprawdę to z paru powodów, ale także dlatego, że ludzi opętuje jakiś przedświąteczny demon, a ja się w tym kompletnie nie umiem odnaleźć.
PS Wina też nie nabyłam, bo Córcia zapomniała zabrać z domu rzeczony kupon podarunkowy.

No więc nadszedł ten moment, który obiecywałam już od dłuższego czasu, a który jakoś się nie mógł zmaterializować – postanowiłam przeprosić się z blogiem. Nie żebym się na niego obraziła albo chciała go zamknąć – ani jedna, ani druga myśl nawet nie przemknęła mi przez głowę. Po prostu – nawet od najlepszego trzeba czasem odpocząć. No więc się naodpoczywałam i ze świeżymi siłami jestem z powrotem, silna, zwarta i gotowa. Poza tym – mimo że nie wymeldowałam się z sieci na stałe i regularnie zaglądałam do Was, czasem nawet zostawiając jakiś widomy ślad mojej obecności – zwyczajnie stęskniłam się za Wami i doszłam do wniosku, że pora intensywniej popracować nad ponownym zacieśnieniem więzi.
A teraz Was rozczaruję. Jeśli myślicie, że przez ten czas nie wiadomo co się w moim życiu nadziało i nazmieniało, to jesteście w mylnym błędzie. Nie uporałam się z większością moich problemów, gorzej – przybyły nowe. Na moje ulubione pytanie „co słychać”, z czystym sumieniem mogę odpowiedzieć: „stara bida” i to będzie najczystsza prawda. Jedno dziecko miało po drodze kolejne urodziny, drugie kolejne życiowe zakręty, czyli nic nowego. Faceta jak nie było, tak nie ma i może to i dobrze, bo jakby się który tylko z grubsza rozejrzał po tym moim życiowym bałaganie, to nie wiem, czy by mu się chciało zadać sobie trud ogarnięcia struktury tego chaosu. Wprawdzie horoskop na przyszły rok zapowiada mi zmianę mojego stosunku do tej kwestii – czyli że niby dostrzegę zasadność i sens wpuszczenia jakiegoś męskiego osobnika do mojego życia i że niby mam już tej mojej niezależności i samodzielności mieć po dziurki w nosie, ale czy to się może taki przełom dokonać w tak krótkim czasie? Przypuszczam, że wątpię. Palenia nadal nie rzuciłam, choć nad tym pracuję. Pracy w pracy, jak zwykle, mam od cholery, a nawet jeszcze więcej, bo wprawdzie u nas kryzysu nadal nie ma (i raczej nie będzie, a jeśli, to tylko jakieś jego echo), za to jest panika i histeria na wszelki wypadek, więc się w firmie odbywają jakieś dziwne, profilaktyczne ruchy, których efektem jest jeszcze więcej pracy za tę samą kasę. I tylko pies i koty coraz bardziej rozpieszczone i rozbestwione, śpią w naszych łóżkach i wchodzą nam na głowę z każdym dniem bardziej.
I to było na tyle. I tak uważam, że jak na pierwszą notkę po tak długim czasie, to całkiem sporo. Muszę się od nowa przyzwyczaić do pisania, a to trochę musi potrwać, no nie?


  • RSS