Krysia się ostatnio pytała, co słychać w Warszawie, prawdopodobnie w nadziei, że w Warszawie słychać trochę lepiej niż u niej, bo u niej słychać głównie zimę i gołe gałęzie. Krysiu, uprzejmie donoszę, że w Warszawie również słychać zimę i gołe gałęzie. Dzisiaj, 26 marca, dwa dni po Wielkanocy i trzy dni przed zmianą czasu na letni (!), od rana jest regularna śnieżyca. 
Poza tym słychać wydawanie pieniędzy, których się nie ma, ale jak zachodzi potrzeba, to trzeba je nagle mieć. Ja naprawdę nie wiem, jak ja to robię, ale w sytuacjach wyższej konieczności jakoś je znajduję. A sytuacje wyższej konieczności mają związek z moim Synkiem, który zawsze był wybitnie zdolną jednostką i tak ma do dzisiaj, choć lat ma nie pięć, a dwadzieścia dwa. Boję się, że tak mu już zostanie na zawsze, bo to chyba jest uszkodzenie na poziomie chromosomalnym. Mianowicie niezwykły talent do masakrowania siebie i rzeczywistości wokół siebie. Wyczyny jego kiedyś pewnie opiszę (nie omijając mistrzostwa świata w jego wykonaniu, mianowicie dżinsów, które kupiłam mu w sobotę, a on w poniedziałek wrócił ze szkoły z portkami niemal w strzępach), a ma ich sporo na swoim koncie; dziś skupię się na najświeższych. Dwa tygodnie temu Synek skręcił na łyżwach nogę, i to tak, że jeszcze mu się nie zagoiła. Gdzie pieniądze? Pojawiły się na ostrym dyżurze, na którym o godzinie siódmej wieczorem dowiedział się, że będzie musiał czekać cztery-pięć godzin na wizytę u lekarza. Oczywiście poszedł prywatnie – lekarz, rentgen, opaska, leki = trzy stówy. A dzisiaj stłukł sobie okulary. Rozwalił je tak, że trzeba zrobić nowe, i to jak najszybciej, bo on bez okularów nie może funkcjonować – po prostu mało co widzi. Jak najszybciej oznacza w jego wypadku około dwóch tygodni, bo przy jego pokręconej wadzie wzroku szkła mu się za każdym razem robi w Niemczech i to trwa. No i kosztuje. Około siedemset zeta. Miałam nadzieję, że Synek jako osoba dorosła zapanuje trochę nad tą swoją autodestrukcją i moją portfelodestrukcją. Ale jak widać, z bycia czołgiem się nie wyrasta. 
Ale to było tak na marginesie, bo generalnie chciałam się dziś skupić na tej cholernej zimie, którą już womituję. Oraz – prawem kontrastu – na słońcu. Wczoraj dostałam jeszcze kilka hiszpańskich zdjęć, o których Córcia powiedziała: „No, nareszcie ty jesteś na jakichś zdjęciach, a nie tylko architektura!”.  
No więc dziś Wam pokażę Cotka w Andaluzji. W lutym!

Photobucket   Photobucket

Photobucket   Photobucket   Photobucket

A tak wyglądał stół po hiszpańskim obiedzie w oczekiwaniu na deser:


Photobucket


Co by człowiek zrobił bez wspomnień!

*Autorem zdjęć jest człowiek, który nas dzielnie po Hiszpanii pilotował, Jacek R.