hustawka-czarownicy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2008

HOLA!

25 komentarzy

Hiszpania, a konkretnie Andaluzja o tej porze roku to jest naprawdę znakomity pomysł:

Photobucket

Byłam tam wprawdzie tylko cztery dni, ale za to bardzo intensywne i to w zupełności wystarczyło, żebym się totalnie zresetowała. Przez te cztery dni kompletnie nie myślałam o domu, pracy ani o żadnych tego typu sprawach. Oderwałam się od mojej codzienności całkowicie (wyjąwszy te momenty, kiedy przychodziły SMS-y od Córci, ale na szczęście było ich tylko parę). Wsiąkłam w Andaluzję ciałem i duszą i wróciłam (aczkolwiek niechętnie, bo jeśli o mnie chodzi, to mogłabym tam zostać już na zawsze) do domu jak nowo narodzona. Z Granady, Malagi i Mijas, urokliwego miasteczka leżącego tuż na brzegiem Morza Śródziemnego, przywiozłam wspomnienie ciepła i słońca, drzewek cytrynowych i pomarańczowych rosnących na ulicach, wciąż żywy smak niezliczonej ilości gatunków wina i dwieście czterdzieści osiem zdjęć, którymi na starość będę odświeżać sobie pamięć (chyba że na emeryturze przeniosę się gdzieś na Costa del Sol). 

Alhambra i jej dziedzińce, pałace i ogrody:

Photobucket    Photobucket

Photobucket

Photobucket    Photobucket

Photobucket

Photobucket    Photobucket

…i śliczna trzykolorowa kotka, najwyraźniej dzisiejsza mieszkanka Alhambry:


Photobucket    Photobucket


Zaułki starej Granady:

Photobucket    Photobucket

Photobucket    Photobucket


A potem jeszcze zdjęcie obsypanego owocami drzewka pomarańczowego…

Photobucket

…i z pamięcią pełną ciepła można dalej znosić nasze długie zimowe wieczory.
Chyba że sprawdzą się pogodowe przepowiednie i już zaraz i u nas będzie wiosna.

Świętowanie urodzinowe się skończyło, czas wracać do normalnego życia. A normalne życie jak ta łaska pańska – na pstrym koniu jeździ i raz jest tak, raz jest siak (żeby nie powiedzieć: raz na wozie, raz w nawozie). No więc u mnie akurat teraz jest siak, a nawet bardzo siak, przez co humor mój, samopoczucie oraz ogólny nastrój są pod zdechłym psem. No dobra, nie bawmy się w eufemizmy – mam chandrę jak stąd do Władywostoku. Rzadko mi się to zdarza, tak mniej więcej raz na rok, ale jak już mnie dopadnie, to to nie jest chandra, to nawet nie jest chandra-gigant, tylko najczarniejsza rozpacz na granicy deprechy. Żebym ja jeszcze umiała sobie usiąść i popłakać, to może by mi lżej było, ale querva nie umiem za bardzo.
Oczywiście, powody są ogólnie znane: wszystko jest do kitu. A co konkretnie? No, wszystko, jak to zwykle w chandrze, która z natury swojej nie jest racjonalnym stanem ducha nawet w najmniejszym stopniu.
Rok zaczął się fatalnie: dwa pogrzeby w ciągu trzech tygodni plus trzeci wśród bliskich znajomych – taka, że tak powiem, kumulacja zdarza się raz na stulecie. W domu marazm i ogólne przygnębienie. Cukru do cukierniczki jak ja nie nasypię, to nikt nie nasypie i stoi pusta. Wczoraj rano ni stąd ni z owąd panie dzieju nie było żadnej wody i nie mogłam się umyć jak człowiek. Telefon stacjonarny od paru tygodni nie działa i nie mogę się zmusić, żeby zadwonić do operatora, żeby naprawił. Włosy błagają o fryzjera, a ja nie mam pomysłu, co z nimi zrobić, więc wyglądam jak strach na wróble po przejściu trąby powietrznej. Życie uczuciowe oraz osobiste istnieje głównie w moich wspomnieniach, w pracy… No właśnie, w pracy. W pracy powodów do narzekania też nie brakuje. Podstawowy to ten, że w moim wypadku stara prawda, że nagrodą za dobrą pracę jest jeszcze więcej pracy, sprawdza się w dwustu procentach. Obowiązków i zajęć wciąż mi przybywa, a pieniędzy niekoniecznie. Nie wiem, może ja po prostu ciężki frajer jestem i nie umiem się upomnieć o swoje. Tak czy inaczej, kwestie finansowe, a konkretnie brak podwyżki o choćby złotówkę od pięciu lat, brak jakiejkolwiek premii czy czegoś w tym guście, strasznie mnie dołuje. Na dodatek akurat w tym momencie musi wypadać deadline, czyli pracy siedem razy tyle co normalnie. W zwykłych okolicznościach mam przynajmniej satysfakcję, że znów dokonałam rzeczy niemożliwych, że udało mi się coś, co wydawało się niewykonalne (deadliny naprawdę czasem tak dramatycznie wyglądają), a dzisiaj to ja, owszem, mam satysfakcję, ale gdzieś.
Ja wiem, jako kobieta na ogół rozsądna, że za parę dni mi przejdzie i znów się wezmę za normalną walkę z codziennością. Bo tak już jest, że ciągle trzeba o coś walczyć, że życie nie znosi próżni i zawsze musi się coś dziać, że ten mój wymarzony, wyśniony i upragniony święty spokój to jest jakiś stan abstrakcyjny, którego człowiek tak naprawdę nie ma szansy doświadczyć w życiu. I nawet normalnie mnie to jakoś niespecjalnie boli, więcej: na ogół potrafię w tym wszystkim znaleźć jeszcze trochę radości życia, a nawet ją odczuwać. Ale dzisiaj nie. Dzisiaj nie chce mi się walczyć, nie chce mi się starać, nawet nie chce mi się chcieć, bo w niczym nie widzę sensu. Dzisiaj się poddaję, a na dowód tego wykonuję ostatni wysiłek judoki i trzykrotnie otwartą dłonią klepię w matę. Klep, klep. Klep.


  • RSS