hustawka-czarownicy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2008

DONOS

39 komentarzy

Donoszę uprzejmie, że dzisiaj Cotek ma urodziny (tak, tak, Wodnik – najlepszy znak w całym zodiaku). Ale nie powiem które. No dobrze, powiem. Okrągłe. Jeszcze w pierwszej pięćdziesiątce, ale już po półmetku, bo nie spodziewam się, że będę żyć dziewięćdziesiąt lat. Chociaż, kto to wie…
Z tej okazji Cotek z radością przyjmie życzenia zdrowia, szczęścia, pomyślności, pieniędzy i pociechy z dzieci. Chętnie wysłucha jakiegoś „sto lat” – mile widziane są wszelkie śpiewy: solo, chóralne, na głosy, a capella, z towarzyszeniem orkiestry symfonicznej – jak kto woli i jak mu lepiej wychodzi. Uwaga – „Gwiazdki pomyślności” Cotek nie lubi, za to uwielbia toasty szampanem.
Za wszystkie życzenia Cotek z góry najserdeczniej dziękuje.

Wychodzi na to, że los ma kompletnie gdzieś, co do niego mówię i o co proszę, bo ciąg dalszy nowego roku idzie równie świetnie jak jego początek. Dzisiaj dowiedzieliśmy się, że umarła moja teściowa. (Od razu wszystkim, którzy mają ochotę mnie skorygować, że była teściowa, wyjaśniam, że nie była – według polskiego prawa, związki powinowactwa nie wygasają i o ile mąż w chwili rozwodu przestaje być mężem, o tyle jego rodzina nadal jest rodziną, co oznacza, że jak ktoś raz zaposiadł teściową, to już będzie ją miał na wieki wieków).
To nie jest śmierć, która by mnie jakoś szczególnie dotknęła osobiście, to po pierwsze. Teściowa nie była osobą, którą dałoby się lubić, nigdy, nawet w najlepszych latach mojego małżeństwa z Nieboszczykiem, nie byłyśmy ze sobą blisko. Oględnie mówiąc, była dość dziwnym człowiekiem. Nie widziałam jej od rozwodu, to jest od siedemnastu lat i prawdę powiedziawszy, nie tęskniłam za nią. Ani ona za mną. Ale nie tęskniła też za moimi dziećmi, a za swoimi wnukami. Jedynymi. Albowiem Nieboszczyk jest jedynakiem. I tego nie rozumiem za bardzo. No, ale nie muszę, gdzie jest powiedziane, że muszę rozumieć wszystko, co się dzieje na świecie i co ludzie robią. Po drugie, miała 93 lata, a kiedy ktoś ma 93 lata, to naprawdę można już w każdej chwili spodziewać się, że umrze. Po trzecie, od kilku lat była bardzo chora. To znaczy, ona była chora, odkąd ją pamiętam, to jest jakieś 25 lat, ale ostatnich kilka lat była chora naprawdę. Za bardzo, żeby opiekować się nią w domu, za mało, żeby przyjął ją szpital, więc przebywała w ośrodku rehabilitacyjno-opiekuńczym, do którego trafiła po złamaniu stawu biodrowego, na rehabilitację właśnie, ale rehabilitacja się nie powiodła i teściowa już tam została. Z tym, że w tej części opiekuńczej. Kiedy moje dzieci były u niej ze dwa lata temu, już ich nie poznawała.
Ale mimo wszystko to była ich babcia i jej śmierć dotyka mnie o tyle, o ile dotyka ich. Syn jest zszokowany, Córcia zdruzgotana i gdy na nich patrzę, serce mnie boli jak cholera. Poza tym jednak umarł człowiek.
No i Nieboszczyk, a właściwie forma, w jakiej nas, a właściwie dzieci powiadomił. Mailem. Do Syna. Dzisiaj o dziesiątej wieczorem. O treści: „Informuję Was, że umarła babcia. Pogrzeb tu i tu, tego i tego dnia, o tej i o tej godzinie”. Nie podejmuję się tego skomentować, bo o ile normalnie nie mam problemów z wyrażaniem myśli, o tyle tym razem zabrakło mi słów. A właściwie nie zabrakło, ale te, które przychodzą mi do głowy, nie nadają się do publikacji. Nawet nie nadają się do tego, żeby je głośno wymówić. Co za palant.
Na dodatek jestem w dole finansowym głębszym niż Rów Mariański i będę się musiała nieźle nagimnastykować, żeby skombinować pieniądze (które, jak się okazuje, ścigają człowieka aż do grobu) na wiązankę i wszystkie inne wydatki, które w takich okolicznościach są po pierwsze nieuniknione, a po drugie, niemałe.
Czasami naprawdę mam dość tego świata.
 

Jakoś wyjątkowo tym razem udało mi się przeżyć święta miło, łatwo i przyjemnie. Może to za sprawą tego, że z wiekiem coraz mniej chce mi się denerwować wszystkimi niedostatkami rodzinno-uczuciowymi, które w tym okresie robią się bardziej widoczne i dolegliwe niż na co dzień. Może za sprawą tego, że mojej matce na starość jakoś łagodnieje charakter i staje się całkiem miłą i przytulną kobietą i nie wprowadza już takiego nastroju paniki i terroru jak dotąd bywało. Może dlatego, że moje dzieci coraz bardziej dorośleją i mniej muszę się nimi opiekować (w sensie emocjonalnym), stają się coraz bardziej dojrzałe i empatyczne, dzięki czemu i na co dzień mamy ciepłą atmosferę wzajemnego zrozumienia, a w święta to już na maksa. Jakakolwiek jest tego przyczyna – w święta było bardzo świątecznie, w Nowy Rok bardzo noworocznie i bardzo mi się to podobało.
Niestety, powrót do powszedniości i codzienności tym razem jest wyjątkowo bolesny.
Po pierwsze, stary rok kończyłam z zawalonym gardłem oraz powiększonymi migdałami i węzłami chłonnymi, a nowy dołożył mi jeszcze do tego katar, ból głowy i gnatów, i w ogóle takie osłabienie, że dzisiaj rano ledwo wywlokłam się z psem na spacer.
Po drugie, przedwczoraj wieczorem umarła moja znajoma, dość daleka, ale jakoś bardzo to przeżywam. Od wielu lat leżała unieruchomiona dziwną i bardzo rzadką chorobą neurologiczną, która ze zdrowego człowieka uczyniła całkowicie przytomny i sprawny psychicznie, ale kompletnie niezdolny do poruszenia choćby jednym palcem, niepanujący nad własnym ciałem wrak. Prawdopodobnie śmierć stała się dla niej wyzwoleniem. Niemniej to, że nie żyje, jak i zresztą przez wszystkie te lata świadomość jej niewytłumaczalnej (nawet dla medycyny) choroby, jest dla mnie trudna.
Może już wszystko, co najgorsze, wydarzyło się od razu na początku roku i potem będzie tylko dobrze? Bo podobno ma to być wyjątkowo dobry i udany rok, czego sobie i Wam wszystkim życzę. 
 


  • RSS