hustawka-czarownicy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2007

Powszechnie wiadomo, że Warszawa pod względem komunikacyjnym jest koszmarem. Tłok, ścisk, korki i masakra. Do niedawna jeszcze tylko w godzinach szczytu, ale teraz to już bez względu na porę dnia przez to miasto nie da się normalnie przejechać. Chyba że tramwajem. No ale ja tramwajem do pracy nie jeżdżę, tylko autobusem, a to oznacza, że dzień w dzień muszę odstać swoje, co jest tym bardziej denerwujące, że nie jeżdżę z jednego końca miasta w drugi, tylko raptem cztery kilometry, a zajmuje mi to czasem godzinę. Oczywiście, zawsze można powiedzieć, że w ciągu ostatnich kilku lat liczba samochodów jeżdżących po ulicach podwoiła się, a nawet potroiła i stąd ten tłok. Oraz że z większości ludzi tacy kierowcy jak z koziej dupy trąba i na porządku dziennym jest, że ktoś z braku umiejętności albo wyobraźni robi głupoty, które hamują ruch. I to będzie prawdą. Ale prawdą jest również to, że od wielu, wielu lat w Warszawie nie miała miejsca ani jedna sensowna inwestycja drogowa, że ulice są wąskie, dziurawe i nieprzystosowane do takiego ruchu, a nie modernizuje się ich, że pełno w nim ślepych zaułków i wąskich gardeł, których udrożnienie w znaczący sposób zmieniłoby sytuację. W całym mieście jest ich mnóstwo, ale najlepiej się znam na tych, które mam najbliżej mojego domu, więc skupię się na nich.
Wołoska: piękna, wyremontowana, po trzy pasy ruchu w każdą stronę, oddzielne do skrętu w lewo, poezja dla każdego kierowcy. Niestety, z wyjątkiem blisko półtorakilometrowego odcinka tak mniej więcej pośrodku, między Dąbrowskiego a Woronicza, na którym to odcinku zwęża się w dychawiczną jednopasmówkę, na dodatek z trzema przejazdami tramwajowymi. Korki jak stąd do Murmańska. Racławicka: również niedawno wyremontowana i te rzeczy, niestety, nigdzie się nią nie dojedzie, albowiem zamiast logicznie połączyć się z kolejną przelotówką w postaci Grójeckiej, kończy się gdzieś na jakimś podwórku między piaskownicą a huśtawkami, a cały ruch idzie wąskimi osiedlowymi uliczkami bokiem i się korkuje. To samo dotyczy Woronicza, która – zamiast lecieć prosto do Żwirki i Wigury – także jest ślepa i prowadzi donikąd. Wystarczyłoby pięć–sześć kilometrów inwestycji w postaci poszerzenia Wołoskiej i przebicia Woronicza i Racławickiej do prostopadłych do nich dużych arterii i problem komunikacyjny w dwóch dzielnicach Warszawy byłby prawie rozwiązany.
Niestety, tego nie da się zrobić. I wcale nie dlatego, że na drodze tym ulicom stoją jakieś bloki mieszkalne, centra handlowe ani w ogóle żadne inne budowle. Na drodze tym drogom stoi kilkanaście drzew i jakiś hektar do półtora obsranego przez psy trawnika. Żeby te drzewa to były jeszcze jakieś pomniki przyrody, to rozumiem. Ale to są rachityczne stwory drzewopodobne, które nawet w pełnym rozkwicie lata nie wypuszczają wszystkich liści, bo są na pół uschnięte. I o te suche badyle ekolodzy drą japy, skutecznie blokując budowę ulic, czego ja nie jestem w stanie zrozumieć.
Żeby nie było niedomówień – nie jestem przeciwko ekologom ani ekologii, wręcz odwrotnie. Na maksa racjonalizuję użycie wody, wyłączam komputer, gdy przestaję z niego korzystać i światło, gdy wychodzę z jakiegoś pomieszczenia oraz wyjmuję w gniazdek wtyczki od sprzętów, z których korzystam tylko sporadycznie (bo nawet nieużywane, ale podłączone do gniazdka urządzenie pobiera 75 proc. prądu). Staram się w ogóle nie używać plastikowych toreb, nie kupuję pakowanej w folię żywności, napojów w puszcze, na skrzynce pocztowej mam nalepkę „proszę nie wrzucać reklam”, bo nie chcę przykładać ręki do marnowania papieru, a nawet sprzątam po swoim psie (choć jego odchody są jak najbardziej organiczne i rozkładają się szybko, w przeciwieństwie do plastikowych pojemników po jogurcie, które – niezutylizowane – rozłożą się dopiero za 10 tysięcy lat). Ale doprawdy nie rozumiem tej ekologicznej histerii o siedem na krzyż wiatrołomów. Dla mnie akurat w tym wypadku bilans zysków i strat jest oczywisty. Większa korzyść niż z istnienia kilku ledwo żywych drzew byłaby z tego, że tysiące samochodów nie stałyby w korkach, a więc spaliłyby mniej benzyny (co ograniczyłoby emisję zanieczyszczeń przy jej produkcji, że o oszczędności kurczących się światowych zasobów ropy nie wspomnę) oraz wypuściłyby do powietrza znacznie mniej spalin. A ludzie nie traciliby czasu i nerwów, dzięki czemu nie mieliby wrzodów na żołądku, a w każdym razie mniej. Tym bardziej że trawnik wzdłuż Wołoskiej to nie Rospuda i naprawdę nie występują tu żadne zagrożone wyginięciem formy życia. Naprawdę czasem mam wrażenie, że ekolodzy zamienili się głowami z dinozaurami.

A właściwie to tak jakby autoreklamy, bo rzecz dotyczy Córci. Nosiła się z tym zamiarem od dawna. Jakiś czas temu znalazła kogoś, kto myśli tak samo jak ona. Wczoraj, po całym dniu pracy, ich pomysł zamienił się w ciało. Do obejrzenia tutaj Córci głos w słusznej sprawie.

Na zarzut, że jest mnie tu strasznie mało, odpowiadam: jest mnie tu strasznie mało, ponieważ gdzie indziej jest mnie strasznie dużo. Przez ostatni miesiąc z kawałkiem kiblowałam w pracy jak chłop pańszczyźniany na roli. Jeden numer, potem dodatek, potem drugi numer, potem drugi dodatek oraz trzeci, teraz znów kolejny numer, a właściwie to dwa naraz, bo z powodu zbliżającego się Bożego Narodzenia (!) mamy lekkie przyspieszenie. Fakt, że potem na długo przed świętami i długo po nowym roku będzie święty spokój, ale za to teraz trzeba się nieźle nazasuwać. Krótko mówiąc, życie zawodowe całkowicie mi zdominowało życie. W którym to życiu notabene akurat teraz nic ciekawego się nie dzieje. Nie wiem wprawdzie, czy po prostu dlatego, że nic się dzieje, czy dlatego, że nie ma za bardzo czasu na dzianie, a może robi się z tego błędne koło, jedno wynika z drugiego i prowadzi do trzeciego tak, że trudno dociec, co jest skutkiem, a co przyczyną – no nie wiem. Wiem natomiast, że kursuję jak czarter: praca–dom, dom–praca i rzadko, bardzo rzadko zbaczam z tej trasy, bo nie mam na to zbaczanie czasu ani atłasu, czyli siły i, prawdę mówiąc, chęci.
Poza tym dochodzę do mało optymistycznego (i mało odkrywczego, ale jakże prawdziwego) wniosku, że się starzeję. Zmiana czasu nigdy nie miała u mnie wpływu na pracę silnika. Owszem, wiosną cieszyłam się, że będzie więcej światła, a jesienią wkurzałam, że mniej, ale organizm mi się nie rozregulowywał ani nic w tym guście. A w tym roku, panie dzieju, i owszem, i to na dodatek w nieprawidłową stronę, co mnie z jednej strony zdumiewa, a z drugiej doprowadza do białej gorączki, bo to oznacza jeszcze większe kłopoty ze spaniem niż do tej pory. No bo tak: normalnie sen mnie zaczynał morzyć gdzieś około drugiej w nocy, czyli teraz, po zmianie czasu, powinien około pierwszej, czyż nie? Co prawdę mówiąc, byłoby zjawiskiem (skoro już jakieś muszą zachodzić) nawet mi całkiem na rękę, bo wcześniej kładłabym się spać i może wreszcie nie miałabym takiego problemu z budzeniem się rano. A tymczasem guzik – jeszcze o trzeciej spanie to jest ostatnia rzecz, o której myślę. Córcia twierdzi, że jestem dziwolągiem i pewnie ma rację. I to by było na tyle.
Chociaż nie. Jest pewien poważny sukces, który odniosłam w ciągu tych dwóch miesięcy, z którego cieszę się jak dziecko i nie mam pojęcia, jakim cudem do niego doszło. Przytyłam trzy kilo! Wprawdzie wchodzę jeszcze w spodnie, ale dopinam je z wielkim trudem, a jak już je dopnę, to mnie cisną tu i ówdzie i średnio mi w nich wygodnie. Muszę wyciągnąć takie, które kilka miesięcy temu zakopałam głęboko w szafie jako bezużyteczne, albowiem wisiały na mnie jak na wieszaku. Mam nadzieję (znając moje tendencje do niekontrolowanego, samoistnego oraz całkowicie niepożądanego chudnięcia), że trochę w nich pochodzę.
A teraz idę dokonać heroicznego – biorąc pod uwagę, że są zaledwie dwa stopnie powyżej zera – wyczynu odsiusiania psa. Po powrocie muszę jeszcze wyciągnąć kozaki, które po przeprowadzce utknęłam gdzieś w szafie i za cholerę nie pamiętam, gdzie, a szafa duża i poszukiwania mogą trochę potrwać. Mam nadzieję, że jak już je znajdę, to nie będzie jeszcze za wcześnie, żeby się położyć spać.


  • RSS