Niby to żadna rewelacja – taki jest cykl przyrody, że po lecie przychodzi jesień – ale dla mnie nigdy to nie jest to fakt radosny, a w tym roku szczególnie. Bo przyszła za szybko, za bardzo, za intensywnie, za nagle. Czuję się rozczarowana i oszukana i tyle. Żeby człowiek na samiusieńkim początku września musiał z przepastnych czeluści szafy odkopywać gdzieś wiosną głęboko i z dużą przyjemnością schowane rękawiczki?! Żeby teraz było jak w połowie listopada: przenikliwie zimno, przygnębiająco szaro, apokaliptycznie mokro, a do tego wieje tak, że łeb urywa z kołnierzykiem?! To jest, uważam, chamstwo. Z tego zaskakującego i zupełnie niestosownego o tej porze roku zimna moje siły witalne plasują się gdzieś już nawet nie tylko poniżej poziomu morza, ale wręcz w Rowie Mariańskim i zupełnie nie wiem, jak je stamtąd wyciągnąć.
W pierwszym odruchu na pocieszenie poszłam do fryzjera – inna sprawa, że już nie miałam wyboru, bo moje siwe odrosty świeciły mi się nad głową w charakterze aureoli. Ale odrosty odrostami, a wizyta u fryzjera czy z konieczności, czy nie – powinna poprawić człowiekowi nastrój. Guzik – nie poprawiła. W drugim odruchu powymieniałam w domu wszystkie sześćdziesiątki na setki, żeby było więcej światła. Guzik taki sam. W trzecim odruchu wysprzątałam dziś dom – ale tak dogłębnie, z zaglądaniem we wszystkie możliwe kąty. Zazwyczaj takie megasprzątanie działa rewelacyjnie, przynajmniej w moim wypadku – rozprawia się z moimi chandrami i innymi takimi nastrojami tak, że nie ma lepiej. Ale nie tym razem. Dom błyszczy, ja więdnę nadal.
Efekt jest taki, że oczywiście żyję i normalnie funkcjonuję, bo przecież nie mam innego wyjścia, ale na bardzo zwolnionych obrotach, a jak muszę trochę przyspieszyć, na przykład w pracy, to mnie to kosztuje dwa, a nawet trzy razy tyle energii, co normalnie. Najchętniej zakopałabym się z książką i kubkiem gorącej herbaty pod kocem i przeczekała do wiosny, a przynajmniej do czasu, aż organizm się przystosuje do tej nagłej zmiany okoliczności przyrody. Bo przecież po jakimś czasie musi się przystosować, prawda?
Ja się naprawdę urodziłam nie pod tą szerokością geograficzną, co potrzeba. Jak sobie przypomnę, że w zeszłym roku w Paryżu w październiku jadłam kolację na jednym z tych statków pływających po Sekwanie, ubrana w sukienkę na ramiączkach, to mnie szlag chce trafić! Nie mogłoby to i u nas być tak ciepło?
Na pociechę mam to, że w środę mój Synek wraca ze swojej kolejnej wakacyjnej podróży – tym razem ze Szwecji – i dobrze, bo już się za nim stęskniłam okrutnie. Oraz to, że jeszcze jakieś osiem–dziewięć miesięcy i znów będzie lato.