Kocham moją siostrę jak nie wiem co. Jest stałym elementem mojego życia – odkąd cokolwiek pamiętam, pamiętam ją. Razem bawiłyśmy się w piaskownicy, razem szalałyśmy na karuzeli, huśtałyśmy się na huśtawkach, łaziłyśmy po drzewach (ona trochę mniej), razem rozwalałyśmy sobie kolana i w ogóle robiłyśmy mnóstwo rzeczy, których nam nie było wolno (ona trochę mniej), razem sprawiałyśmy, że nasze matki (bo to jest córka siostry mojej mamy) siwiały do cna, bo byłyśmy dziećmi naprawdę z piekła rodem (ona trochę mniej).
Dziś mamy tyle lat, ile mamy i nasze bycie niegrzecznymi dziewczynkami polega trochę na innych rzeczach, poza tym obarczone dziećmi, problemami, zmartwieniami itp., nie mamy zbyt wiele siły ani czasu na jakieś wielkie ekstrawagancje i szaleństwa, ale moja siostra do dziś jest jednym z najbliższych mi ludzi i jedną z moich najlepszych przyjaciółek. Spotykamy się często i nigdy nie po to, żeby narzekać, kwękać ani nic w tym guście – przeciwnie: zawsze się dużo śmiejemy, trochę rozrabiamy, wygłupiamy się razem z naszymi dziećmi. Dużo rozmawiamy. Zawsze mnie bardzo cieszą spotkania z nią.
No i właśnie takie spotkanie z moją siostrą mam akurat za sobą. Jestem wykończona.
Jeden z jej synów wracał wczoraj bardzo późnym wieczorem z wakacji z Francji, a że ja mieszkam blisko lotniska, a moja siostra daleko – przyjechała do mnie wczoraj po południu, odebrałyśmy chłopaka z lotniska, przenocowali u mnie i dziś pojechali do domu. Chłopak, który wracał z wakacji, ma prawie siedemnaście lat, zresztą zawsze był rozważny, bardzo grzeczny (zupełnie nie jak syn mojej siostry), spokojny i w ogóle. W przeciwieństwie do tego najmłodszego, którego moja siostra przywlokła wczoraj ze sobą – dziesięciolatka, przy którym my obie w dzieciństwie razem wzięte byłyśmy wręcz święte. To nie jest dziecko – to jest półdiablę weneckie. Jakby go tak powiązać w pęczki, zakneblować i jeszcze dla pewności przywiązać do kaloryfera, a dziób zakleić plastrem – to wtedy może można by z nim było jakoś wytrzymać. On nie mówi, tylko wrzeszczy, nie chodzi, tylko biega, nawet jak usiądzie, to musi przynajmniej kiwać nogą, wymachiwać rękami itp. (od razu mówię, że nie ma ADHD). Można tysiąc razy prosić go, żeby się nie wydzierał, tylko mówił normalnie, bo nikt nie jest głuchy – grochem o ścianę. Jak ta moja siostra wytrzymuje z tym jego nieustannym wrzaskiem, marudzeniem, bieganiem, skakaniem – to ja naprawdę nie mam zielonego pojęcia. Wczoraj wprawdzie starał się zachowywać w miarę spokojnie – ze względu na Kropkę. Bo Kropka nie lubi, jak się krzyczy, biega, wykonuje jakieś nagłe ruchy albo gwałtownie gestykuluje – być może przeżyła coś, co sprawia, że ma jakiś uraz, nie wiem i nigdy się tego nie dowiem, dość na tym, że w takich wypadkach zaczyna się bać, bardzo się denerwuje, szczeka jak opętana i w ogóle. Więc ze względu na Kropkę chłopak się starał zachowywać trochę spokojniej niż zwykle, ale też – zanim do niego dotarło, że musi, bo pies ze strachu dostaje szału, minęło dobrych kilka godzin i ja przez ten czas prawie się wykończyłam nerwowo.
Ja nie mówię, że moje dzieci były święte albo że on jest jakiś tysiąc razy bardziej niegrzeczny niż normalnie dzieci bywają, bo nie. Ja tylko mówię, że ja się już kompletnie odzwyczaiłam od takich nadzwyczajnie rozwiniętych form dziecięcej ekspresji. Inna sprawa, że ja i naturę mam taką, że uwielbiam, jak jest spokój, nie znoszę krzyków, wrzasków, bieganiny, kłótni, zamieszania, a już odkąd moje dzieci wyrosły z takiego baraniego wieku rozładowywania energii na poziomie niemal fizjologicznym – to uwielbiam spokój tysiąc razy bardziej. Kiedy moja siostra i jej orszak oddalili się dzisiaj po południu na swoje włości, to z jednej strony miałam oczywiście niedosyt, bo my się wprawdzie spotykamy często, ale nie znów jakoś nadmiernie i nigdy nie możemy się nagadać, a z drugiej – odczułam niewiarygodną ulgę. Zrobiłyśmy sobie z Córcią kawy, zasiadłyśmy w tym pobojowisku, jakie zostało po przejściu Hunów w postaci dzieciątka mojej siostruni, i z pół godziny siedziałyśmy w absolutnej ciszy, delektując się tym, że po prawie dwudziestoczterogodzinnej burzy z megapiorunami życie wraca do naszej spokojnej normy. I dochodziłyśmy każda do swoich wniosków. Ja – że chwała Bogu, że moje dzieci są już dorosłe i tę nieposkromioną dziecięcą nadaktywność po pierwsze jednak przechodzili dość łagodnie, a po drugie, mają już dawno za sobą. Córcia – że spotkania z najmłodszym synem mojej siostry to jest cudowny środek antykoncepcyjny. Obie do wspólnego – że na odpoczynek po tym zwariowanym lotnisku oraz powrót do jako takiej równowagi i uspokojenie nerwów na pewno nie wystarczy nam jedno, choćby nie wiem jak spokojne popołudnie.