hustawka-czarownicy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2007

MOJA MAMA

12 komentarzy

Ma 81 lat. Wprawdzie jest całkowicie sprawna fizycznie, ale z racji wieku już po prostu słaba, nie ma siły, szybko się męczy, ma problemy z sercem. Poza tym ma kłopoty z koncentracją i pamięcią. Mieszka sama i choć ze względu na swój stan żyje sobie powolutku, to jednak świetnie sobie radzi i nie wymaga jakiejś szczególnej opieki.
Dzisiaj miałam wyjechać na weekend do Sopotu. Spakowana torba stała w przedpokoju, książka na podróż była w podręcznej torbie, dyspozycje na czas mojej nieobecności wydane, o dwunastej miałam wyjść z domu na pociąg dwunasta pięćdziesiąt. Dziesięć minut przed moim wyjściem zadzwoniła do mnie moja siostra cioteczna, że moja mama wczoraj wieczorem umówiła się na spotkanie z jej mamą, a swoją siostrą, na dzisiaj na dziewiątą rano, na które nie przyszła. Ciotka czekała na nią półtorej godziny, po czym wróciła do domu i zaczęła do niej dzwonić. Mama nie odbierała telefonu. Wskoczyłyśmy z Córcią w buty i pognałyśmy do niej – mieszka dosłownie cztery bloki dalej – z myślą, że pewnie ma źle odłożoną słuchawkę w telefonie, co już zdarzało się wiele razy wcześniej. Nikt nie otwierał drzwi. Zadzwoniłam do mojego brata, który ma klucze do mamy mieszkania, przyjechał w ciągu pół godziny, weszliśmy do środka, mieszkanie było puste.
Pogotowie w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin nie udzielało pomocy nikomu o takim nazwisku ani odpowiadającemu rysopisowi. Policja przyjęła zgłoszenie o zaginięciu.
Jestem ledwo żywa.

To nie będzie ani optymistyczna, ani dowcipna notka. Prawdę mówiąc, nawet nie powinnam nic pisać, ale nie odzywałam się już tak dawno, że to aż nieprzyzwoite, więc dziś nadzwyczajnym wysiłkiem woli zmusiłam się do tego, żeby włączyć komputer. Od razu mówię, że nic się nie stało. Po prostu wyczerpały mi się akumulatory tak, że mi organizm odmawia współpracy pod każdym względem. Coś jak komunikat, że wystąpił nieoczekiwany błąd i nastąpi zamknięcie systemu, proszę zresetować komputer. Jestem w fatalnej formie, nie mam na nic sił, za to mam fatalny nastrój, rozpad podstawowych struktur osobowości i kryzys poczucia własnej wartości oraz wiary w siebie, we własne siły i możliwości. Nie znoszę takiego stanu, nie znoszę samej siebie w takim stanie. Na szczęście takie całkowite zaniki kondycji i fizycznej, i psychicznej nie zdarzają mi się często, mniej więcej raz na dwa–trzy lata, ale to i tak wystarczająco, żeby dać człowiekowi solidnie w kość. Jedyna pociecha w tym, że kiedyś mijają, jak i zresztą wszystko inne na tym świecie.
Może to przez to, że w ciągu ostatnich ośmiu miesięcy w życiu moim i mojej rodziny tyle się wydarzyło, zaszło tyle tak poważnych, że aż fundamentalnych zmian, a przeprowadzenie ich kosztowało mnie wysiłek naprawdę ponad ludzkie możliwości, bez odrobiny odpoczynku ani w trakcie, ani po.
Może to przez to potężne zmęczenie, na które nie działa już nic. Każdy normalny weekend jest co najmniej o połowę za krótki, każdy dłuższy weekend (a w ciągu ostatnich dwóch miesięcy było ich chyba ze dwa czy nawet ze trzy) mija mi z prędkością światła i nie czuję się już nawet nie tylko jak trochę odpoczęty człowiek, ale nawet nie jak człowiek, który złapał odrobinę oddechu. Mam wrażenie, że życie mi po prostu zasuwa jednym tchem, a ja nie mam możliwości na sekundę zwolnić, tylko wręcz muszę bez przerwy zasuwać jeszcze szybciej, bo za nim nie nadążam. Jedyny ratunek to normalny, uczciwy i z prawdziwego zdarzenia co najmniej dwutygodniowy urlop, do którego zostało mi jeszcze – jak dobrze pójdzie – dwadzieścia dwa dni. Tak na marginesie, to będzie mój pierwszy dwutygodniowy urlop nie pytajcie od ilu lat. Od sześciu chyba. Przez cały ten czas łatałam siły a to o dzień–dwa dni dłuższymi weekendami, a to kawałkiem urlopu, powiedzmy, cztero- czy siedmiodniowym. No ile tak można pociągnąć? W każdym razie o ile bardzo lubię moją pracę i nigdy nie miałam odrzutów od niej ani nic w tym guście, o tyle teraz od jakiegoś czasu głównie myślę o tym, ile jeszcze zostało do weekendu, a moja pierwsza myśl po przebudzeniu to co tu zrobić, żeby mieć wolny dzień. Tym bardziej że właśnie mam za sobą bardzo burzliwe zamknięcie numeru, natomiast przez sobą nawet grama nadziei na chwilę spokoju, albowiem już mnie gonią terminy z zamknięciem dwóch (jednocześnie!) dodatków.
Może to przez tę sagę wodno-kanalizacyjną, która ciągnie się tyle, ile mieszkam w nowym domu. Jeśli kto zagląda na blog Córci, to wie. Mówiąc krótko, od trzech miesięcy zalewam sąsiadów. Nawet nie ja, tylko rura kanalizacyjna, która po pierwsze pierdyknęła tuż pod stropem u sąsiadki, a po drugie jest własnością administracji i jakoś jej nie można naprawić. Sprawa ma burzliwy przebieg, ale nie będę się nad nią tu pochylać, bo nie warto, w każdym razie zasłużyła nawet na wizytę inspekcji budowlanej. Jeśli zaś chodzi o mnie, to mi mocno utrudnia życie, choćby w ten sposób, że – choć w tym zalewaniu nie ma mojej winy – za każdym razem, gdy włączam pralkę albo nalewam wodę do wanny, mam w pewnym sensie wyrzuty sumienia. Ile, cholera, można naprawiać jedną rurę?
Może to przez trudności finansowe, w które się wpakowałam – w pewnym sensie na własne życzenie – przez remont? Jednym słowem – przeholowałam, a teraz nie wyrabiam się z kasą na zakrętach. Oczywiście, nie jest tragicznie, głodem nie przymieramy, ale zanim się wydobędę z tego finansowego doła, minie parę miesięcy, bo pozatykanie tych wszystkich dziur to nie jest sprawa, którą się da załatwić z jednej pensji. No a to nie jest sytuacja, która kogokolwiek wprawiałaby w euforię, przeciwnie. Kłopoty finansowe to zawsze było coś, co działało na mnie wyjątkowo przygnębiająco.
Może to przez… Cholera, sama już nie wiem, co. Chyba przez to, że na pochyłe drzewo wszystkie kozy skaczą. Ponieważ z wyżej wymienionych powodów ogólnie jestem w kiepskiej kondycji, zrobiłam się jakaś wyjątkowo mało odporna i na inne sprawy. Bardzo łatwo się denerwuję, bardzo łatwo dopadają mnie wszelkie smutki – racjonalne i niekoniecznie. Bez problemu siedem razy dziennie dochodzę do wniosku, że się do niczego nie nadaję, że sobie z niczym nie radzę, że miałam i mam nadal pokręcone i trudne życie i że to jest cholernie niesprawiedliwe, i takie tam. Wprawdzie jeszcze nie doszłam do stanu użalania się nad sobą, bo w końcu zostały mi jeszcze jakieś resztki zdrowego rozsądku, ale tak naprawdę dzieli mnie od tego jeden maleńki krok.
Efekt jest taki, że ostatnio kompletnie nic mi się nie chce. Nie chce mi się wstawać do pracy, nie chce mi się sprzątnąć domu, nie chce mi się jechać w weekend służbowo do Trójmiasta, co normalnie bardzo bym się cieszyła, a teraz myśl o tej podróży wydaje mi się niemal wstrętna, nie chce mi się czytać, nie chce mi się włączać komputera… Moja ulubiona forma aktywności to siedzenie w fotelu i rozwiązywanie sudoku. Cudowna sprawa. Równie daleka od totalnego odmóżdżenia, jak mu bliska – angażuje umysł w spory wysiłek, jednocześnie całkowicie eliminując możliwość myślenia o czymkolwiek innym. Taka wyższa – a może tylko inna – forma bezmyślności.
Do urlopu jeszcze dwadzieścia dwa dni.


  • RSS