hustawka-czarownicy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2007

Graty spakowane, pan od transportu umówiony i od rana przeprowadzka!
Urobiłam się przy pakowaniu jak dziki osioł po same łokcie, ale na samą myśl, że jutrzejszą noc spędzę już w nowym domu, gęba sama mi się śmieje. Nie mam tam jeszcze Internetu, więc doniesienia, jak minęła i co mi się śniło, będą najwcześniej w poniedziałek.
Trzymajcie się, kochane ludzie, i mnie życzcie tego samego.

Kiedy dwa i pół roku temu moja przyjaciółka założyła bloga, najpierw byłam zdumiona i pytałam: „Po co ci to?”, potem poobserwowałam trochę blogową rzeczywistość, a następnie, doszedłszy do wniosku, że to całkiem przyjemna zabawa, założyłam swojego. I tak to traktowałam – jako miłą rozrywkę – do czasu, aż po pierwsze, dość szybko przekonałam się, że ludziom, z którymi łączy mnie tylko kabel Internetu, mam więcej do powiedzenia niż wielu znajomym w realu, po drugie, że tych wirtualnych znajomych znam lepiej niż wielu znajomych w realu, i po trzecie, po raz pierwszy spotkałam się z kimś znanym z blogowni i okazało się od pierwszego wejrzenia, że to nie jest żadna blogowa znajomość, tylko najprawdziwsza przyjaźń z krwi i kości, od pierwszych wymienionych rzeczywistym głosem zdań. To było spotkanie z Patunią.
Potem było wiele następnych i każde było wydarzeniem niesamowitym, jedynym w swoim rodzaju, niezwykłym, każde przyniosło mi wiele radości, a wiele z nich przeniosło się w jak najbardziej realne życie i ma w nim swój drugi – obok blogowego – nurt i ciąg dalszy. Poznałam ludzi już nawet nie miłych i sympatycznych, tylko cudownych, bo jak inaczej nazwać osoby, które przed człowiekiem znanym jedynie z pisemnej wymiany myśli gdzieś w wirtualnej przestrzeni, realnie i fizycznie otwierają swoje serca i domy? W ten oto sposób blogowanie przestało być tylko miłą zabawą, która kończy się wraz z wyłączeniem komputera, a stało się wydarzeniem takim samym jak te, które dzieją się w realu, na co dzień, i mają fizyczny wpływ na moje życie.
Jakiś czas temu przez blogownię przetoczyła się fala znacznego zmniejszenia blogowej aktywności, a w skrajnych wypadkach zamykania blogów, pod hasłem: prawdziwe życie jest gdzie indziej. Że niby miło jest, przyjemnie i sympatycznie, ale dość tej zabawy, pora wrócić do poważnych i jedynie godnych uwagi spraw w realu. Oczywiście, każdy może myśleć na temat blogowania, co chce, ale – biorąc pod uwagę moje doświadczenia z ludźmi poznanymi na blogu i przez blogi – ja się z takim punktem widzenia nie zgadzałam. Ponieważ od tych „nierzeczywistych” osób otrzymałam mnóstwo rzeczywistej pomocy i jak najbardziej realnego serca.
A teraz będzie puenta. Magda i Marek i ich dzieci to jedni z tych ludzi, których dane mi było poznać. Spędziłam w ich domu jedne z najwspanialszych dni w moim życiu. Przyjęli mnie do siebie jak członka swojej rodziny. Dostałam i dostaję od nich mnóstwo serdeczności, ciepła, troski, zrozumienia i porozumienia, mam nadzieję, że i ja umiem im dać to samo. Ten dramat, jaki się u nich teraz dzieje, dotknął mnie bardzo boleśnie, jakby dotyczył członków mojej najbliższej rodziny, bo pokochałam ich z całego serca. Kiedy wczoraj rozmawiałam z Magdą, powiedziała, że teraz otoczona jest najlepszą pomocą i opieką, jaka tylko może być, ale dobrze zdaje sobie sprawę z tego, że wraz z operacją Marka problemy się nie skończą, tylko będą ciągnęły się jeszcze wiele, wiele miesięcy, przez rekonwalescencję i rehabilitację, póki Marek całkiem nie wróci do zdrowia. I że przez cały ten czas nieraz będą potrzebować ogromnej pomocy, więc mnie na pewno do siebie wezwie.
Ale nie do tego zmierzam. Chcę powiedzieć, że niech sobie ludzie na temat blogów mówią, co chcą – że to tylko rozrywka, zabawa, sposób na zabicie czasu, wentyl bezpieczeństwa dla osamotnionych odludków (bo i z takimi opiniami się spotkałam). Nie zgadzałam się z tym nigdy, a teraz nie zgadzam się jeszcze bardziej. Prawdziwe życie jak najbardziej jest także na blogach. Tak wielka, tak nieograniczona pomoc i opieka, fizyczna i jak najbardziej realna, jaka teraz otacza Magdę i Marka, bez blogów nie byłaby możliwa. I choć to straszne, że wszystko to musiało się ujawnić w tak dramatycznych okolicznościach, to jednak budujące i wspaniałe jest to, że na świecie jest tylu dobrych, cudownych ludzi i że oni są właśnie tu, na blogowni.
Asiu i Kryniu, jesteście wspaniałe i wielkie! Mam nadzieję, że będzie mi dane osobiście opowiedzieć Wam o wdzięczności i o wszystkich wzruszeniach, których źródłem jest to, co teraz robicie. I wyściskać Was ze wszystkich sił.

Jutro, a właściwie to już dzisiaj, od rana Marka operacja. Ja wiem, że do wszystkich tych, którzy przez ostatnie dni odwiedzili blogi Magdy i Asi, nie trzeba kierować specjalnych próśb o gorące myśli i wsparcie, niemniej – bądźcie od rana myślami z Markiem tam, na sali operacyjnej w Ligocie, i z Magdą – pod salą operacyjną. Głęboko wierzę, że tyle dobra, ile się teraz wokół nich skupiło, musi zaowocować i że wszystko jutro pójdzie dobrze.
Najnowsze wieści o Magdzie i Marku u Drugiej-Mamy (druga-mama.blog.pl) i u Waterloo (moje-waterloo.blog.pl) – w linkach po lewej.

Klasówka z biologii 2007

Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

1. Wczoraj zaczęło się cyklinowanie podłóg. To oznacza, że mniej więcej do wtorku nie ma po co wchodzić do mieszkania, bo wali lakierem i grozi zatruciem. A mnie skręca z niecierpliwości, bo już bym chciała obejrzeć efekt, tym bardziej że moi panowie od remontu przez telefon mi zeznali, że „podłogę będziesz miała pięęękną”.
2. Ponieważ z powodu utwardzającego się lakieru do mieszkania wstęp jest wzbroniony, mocno się zastanawiam, co też ja jutro przy sobocie zrobię z tym monstrualnym nadmiarem wolnego czasu. Chyba się zacznę pakować albo coś, albowiem:
3. Punkt 1 oznacza, że przeprowadzka chyba jednak się odbędzie do końca tego miesiąca. Poza tym mój pokój powoli zaczyna przypominać magazyn mebli oraz różnych innych sprzętów domowych i czas zacząć doprowadzać to do porządku, bo zaraz nie będzie gdzie się ruszyć. Więc może jak to trochę popakuję, to się zrobi, hm.. przestronniej. Nowe mieszkanie nowym mieszkaniem, ale i w starym trzeba jakoś jeszcze trochę pofunkcjonować, no nie?
4. Również wczoraj schowałam kożuch i wyjęłam mój ukochany skórzany płaszcz rodem z Matrixa oraz założyłam pantofle! Teraz już tylko czekam na zmianę czasu na letni, które to cudowne zjawisko nastąpi za dwa tygodnie! Krótko mówiąc – po pół roku egzystencji w zimowym podziemiu przyszła WIOSNA i życie wraca do normy.
5. Pojutrze moja ukochana przyjaciółka wraca do Francji i znów zobaczę ją dopiero za kilka miesięcy. Już za nią tęsknię.
6. Wczorajszy Dzień Kobiet uczciłam wieczorem spędzonym w zacnym towarzystwie cudownych kobiet i widział Bóg, że to było dobre. Ja tam feministką nie jestem, ale nie ma to jak dobry babski sabacik, a faceci to podgatunek.
7. Również wczoraj minęło równo szesnaście lat od czasu, kiedy Nieboszczyk z okazji Dnia Kobiet spalił mi mieszkanie.
8. Autoryzacja kilkuzdaniowej wypowiedzi pewnej sławnej aktorki przebiega tak, jakby dama owa napisała co najmniej wielokolumnowy oraz wysoce specjalistyczny artykuł do „Financial Timesa”, pełen bezcennych pereł, złotych myśli i rewolucyjnych idei na miarę teorii względności. Podczas gdy w rzeczywistości z ust jej, a przy autoryzacji spod pióra (a raczej klawiatury) wydobywa się jeden wielki bełkot. Jeszcze jedna taka „gwiazda” i przestanę gadać, tylko naprawdę zacznę organizować jakieś lobby albo coś w tym guście za znowelizowaniem odpowiednich ustaw i zniesieniem autoryzacji w jasną cholerę.
9. Z utraconych na skutek megastresu związanego z kupowaniem mieszkania czterech kilogramów (co przy mojej wadze robi dużą różnicę) szczęśliwie udało mi się już odzyskać dwa (co przy mojej wadze robi dużą różnicę). Niemniej jeśli nadal to będzie szło w takim ślimaczym tempie, to nic mnie nie uratuje przed kupieniem nowych dżinsów, albowiem te, które mam, nadal na mnie wiszą, a przyszła wiosna i już tego nie ukryję pod zimowymi ciuchami. Więc wychodzi na to, że zostałam bez dżinsów, a jak wiadomo, bez dżinsów nie ma życia.
10. Popsuł mi się telewizor, i to na śmierć – padł mu kineskop. Niby miał prawo, bo właśnie mu niedawno stuknęło 12 wiosen, ale szlag! Po pierwsze, nie miał kiedy, tylko teraz, kiedy ja wszystkie pieniądze, jakie miałam, utopiłam w remoncie? A po drugie – ja go wprawdzie mało oglądam, ale lubię go mieć, i to sprawnego, na wypadek, gdybym jednak chciała coś obejrzeć.
11. Postanowiłam (już dawno, ale teraz ujawniam), że kiedy się przeprowadzę, rzucę palenie. A w każdym razie spróbuję, amen.

Padło i na mnie. Żeby jeszcze z jednego bloga, to bym ostatecznie mogła udać, że nie zauważyłam, tym bardziej że moja natura indywidualisty, samotnika i wywrotowca raczej nigdy nie skłaniała mnie do żadnych gier zespołowych. Ale zawezwano mnie z trzech, na których bywam, i tego się już zignorować nie da.
Voila.

1. Kiedy ja i moja ówczesna przyjaciółka miałyśmy po mniej więcej szesnaście lat, zachwyciłyśmy się w filmie „Narodziny gwiazdy” z Barbrą Streisand i Krisem Kristoffersonem tak cholernie mocno, że byłyśmy na nim w kinie trzynaście razy. Potrafiłyśmy codziennie wertować repertuary w gazetach i sprawdzać, czy jeszcze gdzieś to grają, a jeśli tak, to jechać na drugi koniec Warszawy do kina „Wisła” na dawny plac Wilsona, wtedy Komuny, obecnie znów Wilsona, bo to już prawdopodobnie jeden z ostatnich seansów. A żeby było bardziej perwersyjnie, to pociągał nas nie tyle męski urok zabójczo przystojnego Kristoffersona, co geniusz Baśki i jej przepiękny głos. Nie wiem, czy tej mojej eks-przyjaciółce przeszło, bo to była młodzieńcza przyjaźń i nie powiem, ile lat temu się skończyła, zresztą to ma być moja tajemnica, więc będę pisać tylko o sobie. A mi trochę przeszło, bo oczywiście od tamtej pory „Narodzinami gwiazdy” się nie ekscytuję, choć Baśkę nadal uwielbiam, a trochę chyba nie przeszło, ale bardziej z sentymentu do czasów, kiedy byłam piękna i młoda niż z jakiegokolwiek innego powodu. W każdym razie kiedy niedawno na Allegro ktoś mi przed nosem wylicytował DVD z tym filmem, które jest zjawiskiem równie rzadkim jak kometa Haleya, to byłam bardzo zawiedziona, bo już oczami wyobraźni widziałam, jak sobie zapuszczam „Narodziny gwiazdy” i – uśmiechając się pod nosem przy co bardziej pretensjonalnych fragmentach – przez chwilę we własnym fotelu w roku 2007 czuję się trochę tak, jakbym miała znowu szesnaście lat i siedziała w obskurnym kinie „Ochota”. No i strasznie mi żal, gdy oglądam Kristoffersona w stosunkowo świeżych filmach i widzę, jak się, hm, postarzał. Baśka nie – Baśka ciągle jest młoda.
2. Do dzisiaj mam niedużego, czarno-białego misia, którego dostałam od pewnej pielęgniarki o kruczoczarnych zrośniętych brwiach, kiedy miałam cztery lata i byłam w szpitalu. To były czasy, kiedy rodzice nie tylko nie mogli zostawać w szpitalach ze swoimi dziećmi i opiekować się nimi, ale nawet nie mogli ich odwiedzać. Byłam bardzo chora, po ciężkiej operacji, od wielu tygodni nie widziałam mojej mamy i miś był na pocieszenie. Twarzy tej pielęgniarki nie jestem w stanie sobie przypomnieć, ale jej brwi na zawsze wdrukowały mi się w pamięć, a czarno-biały miś w życie.
3. Uwielbiam, zwłaszcza latem, kanapki ze świeżej bułki z dużą ilością masła, białym serem oraz miodem lub powidłami śliwkowymi, zagryzane obficie posoloną i popieprzoną sałatką z pomidorów i cebuli.
4. Wzruszam się na filmach. Nawet na „Czterech pancernych”, gdy Janek odnajduje ojca, zawsze mam łzy w oczach. No ale – znowu – bardziej ma to wymiar sentymentalny niż jakikolwiek inny. Ergo – wychodzi na to, że jestem sentymentalna, choć na ogół z uporem maniaka stanowczo twierdzę, że nie.
5. Jeden z najszczęśliwszych momentów mojego życia to była moja podróż do Kapsztadu. Włóczyłam się całymi dniami sama po tym przepięknym, ale zupełnie dla mnie niezrozumiałym mieście, kilkanaście tysięcy kilometrów od domu i te dwie rzeczy – odległość oraz otaczające mnie ze wszystkich stron poczucie obcości, świadomość, że nic, ale to absolutnie nic nie łączy mnie z tymi tysiącami ludzi, których mijałam na ulicach, turystami takimi samymi jak ja i tymi, którzy tuż obok mnie, w tym samym czasie równolegle do mnie, włóczącej się niespiesznie po mieście w charakterze przelotnego gościa, prowadzili swoje normalne, codzienne życie, a które mnie nie dotyczyło nawet w najmniejszym stopniu – sprawiły, że czułam się trochę tak, jakbym była na bezludnej wyspie, i było mi z tym cudownie. Do dziś z dokładnością fotografii pamiętam wszystko, co tam widziałam i przeżyłam. Niemal każdy liść na drzewach, fakturę asfaltu i kostki na chodnikach, wyszczerbione schodki prowadzące do sklepu, w którym kupiłam śliczne pudełeczko ze srebra i kości słoniowej. Wszystkie dźwięki, stukot kropel deszczu o parasol nad restauracyjnym stolikiem, metaliczny brzęk samochodów nadjeżdżających zaskakująco z prawej strony, szum wiatru w palmach na bulwarze tuż nad oceanem. Barwy miasta, roślin, ludzi, Góry Stołowej i nieba nad nią, czerwień Wieży Zegarowej i granat tabliczek informujących mnie, że znajduję się 17 tys. km od San Francisco, 14 tys. km od Chicago, 12 tys. od Sydney oraz 6 tys. km od Buenos Aires i 6 tys. km od Bieguna Południowego. Zapachy potraw, powietrza i oceanu, a właściwie dwóch oceanów, urokliwą mglistość zmierzchu, półcienie na placykach między budynkami i światło pełnego słońca… Szczególnie zaś pamiętam ten moment, kiedy na Waterfroncie, zmęczona całodziennym łażeniem, z obolałymi i poobcieranymi (w japonkach!) stopami, usiadłam na najdalej na całym nabrzeżu wysuniętej w stronę zatoki ławce, równie samotnej jak ja na tym końcu świata. Za mną kłębił się tłum turystów, bo Waterfront to najbardziej turystyczne miejsce Kapsztadu, może dlatego, że jedyne, gdzie sklepy i restauracje są otwarte dłużej niż do siedemnastej. Więc za mną kłębił się tłum ludzi, ale dla mnie w tamtej chwili oni nie istnieli. Nie istniał w ogóle cały świat ze swoimi 17 tysiącami kilometrów do San Francisco, 14 do Chicago itd. Byłam tylko ja na ostatnim skrawku lądu na świecie i tylko to, co przede mną: oślepiające, gorące słońce, pięćdziesiąt centymetrów betonowego nabrzeża, a dalej zatoka, za zatoką dwa oceany: Indyjski i Atlantycki i sześć tysięcy kilometrów wody do Bieguna Południowego. Siedziałam na tej ławce – wpatrując się w odległy horyzont, trudny do zidentyfikowania, bo w oddali błękit oceanu zlewał się z błękitem nieba – może dziesięć minut, może piętnaście, i to było dla mnie jedno z tych nieczęsto zdarzających się piętnastu minut w życiu, kiedy człowiek doświadcza szczęścia w najczystszej postaci.

A teraz jak powiedziało się „A”, to trzeba powiedzieć i „B”. Kiwam więc paluszkiem na:
Juttę
Kleo
Matkę dzieciom
MiA
Soleil

Dopisek kilka dni później
Na sugestię Dagny, że piąta tajemnica jest mało tajemnicza, odpowiadam – masz rację. Rozgadałam się o jakichś dygresjach zamiast o sednie. A sedno jest takie, że tajemnica polega na odczuwaniu bezgranicznego i upajającego szczęścia w momencie, gdy czułam niesamowitą samotność i kompletną izolację od calutkiego świata i ludzi.


  • RSS