hustawka-czarownicy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2007

Nie wyrabiam się ostatnio na zakrętach i mam jak ten pies z ozdobnego magnesu ma mojej lodówce, który leży w melancholijno-garfieldowej pozie, a napis nad nim głosi: „Dopiero co przyzwyczaiłem się do wczorajszego dnia, a już jest dziś”. Tylko u mnie to wynika z nadmiaru zajęć, braku czasu i ciągłego pośpiechu. Ledwo wstanę, zapamiętam datę i jaki jest dzień tygodnia, a już za chwilę jest wieczór, a w nim ja z poczuciem, że znów czegoś nie zdążyłam załatwić, czegoś zrobić… Najczęściej okazuje się, że to, czego nie zdążyłam, to odpocząć.
W pracy znowu nieśmiertelny deadline połączony z jednoczesnym robieniem dodatku i przygotowaniami do następnego. W jednym domu remont, który nie tylko trwa, ale wręcz się rozrasta, albowiem jest modelowym przykładem efektu domina – ruszysz jedną rzecz, to od razu trzeba ruszyć dwie następne. Właśnie się ostatnio po zdemontowaniu starych szafek w kuchni okazało, że jednak trzeba będzie zrobić nową glazurę, bo o ile obecna w towarzystwie umeblowania prezentowała się całkiem przyzwoicie, o tyle łysa ukazała wszystkie swoje wybrzuszenia, puszczający klej i inne takie. No i jest problem, ale nie z glazurnikiem ani inny równie doniosły, tylko tak cholernie prozaiczny, że aż zabawny – nie mam kiedy kupić glazury. A żeby było jeszcze śmieszniej, to nie dość, że glazurę chcę białą, zwykłą i bez żadnych bajerów, czyli taką, której w każdej hurtowni jest od metra, to jeszcze w okolicy mojej pracy są cztery (słownie cztery) hurtownie, tyle że nie mam jak z tej pracy wyskoczyć i przespacerować się na sąsiednią ulicę. Może jutro, jak już będzie trochę w redakcji spokojniej, mi się uda? Tak czy inaczej, to oznacza, że łazienkę się zacznie co najmniej tydzień później niż było planowane… Ach, czy ja się kiedyś przeprowadzę? Czy nadejdzie ten dzień, który już widzę oczami wyobraźni, że robię sobie filiżankę bardzo aromatycznej kawy z dużą ilością mleka, zasiadam w moim ulubionym fotelu, nogi kładę na pufie i spokojnie rozglądam się po moim nowym, wyremontowanym, rozpakowanym i urządzonym domu?
W drugim domu dzieci właśnie mają sesję, która szła, szła, szła i się potknęła o własne sznurówki. Zaliczali wszystko jak leci, nawet takie dziwne rzeczy, jak metrologia czy chemia oraz metodologia czegośtam, nie pamiętam czego, bo to są terminy, które się ni cholery nie chcą trzymać mojej humanistycznej głowy. A tu nagle Córcia utknęła na logice i coś jej nie może przewalczyć, a Synek nawet nie poszedł na fizykę, tylko od razu szykuje się na termin poprawkowy. Myślałam, że jak już będą na studiach, to nie będę się przejmować, a przynajmniej nie tak bardzo, a tymczasem ręce mi drżą i podskakuje ciśnienie.
A dziś weekend, pierwszy od wielu tygodni, w którym nic się nie działo. Nie musiałam nigdzie iść, z nikim się spotkać – z żadnym panem od remontu w celu ustalenia, gdzie dokładnie mają znajdować się gniazdka ani oglądać okapu, a raczej tego, co po nim zostało, w celu podjęcia decyzji, czy zakładamy nowy, czy klajstrujemy dziury i będzie bez okapu. Nawet pół minuty nie poświęciłam na zastanawianie się, czy wanna Koło, czy Cersanit, czy bateria Ferro Padwa, czy Deante, a może Franke, czy kibel dolnopłuk, czy ze stelażem podtynkowym i że powinnam kupić nowe żelazko, bo to, które mam, chyba trzeba zostawić Synkowi, w końcu jemu też żelazko będzie potrzebne. Jedyne, co zrobiłam, to ogarnęłam nieco chałupę, bo już się domagała bardzo wielkim głosem, oraz wykonałam cztery przelewy przez Internet – trzy rachunki i jeden za lampkę nocną do nowego pokoju Córci. Z weekendu wprawdzie został mi już tylko jeden wieczór, ale zamierzam go spędzić równie powoli i z dostojeństwem, robiąc nic. Bo od jutra znowu deadline, remont, egzamin Synka z fizyki i Córci z logiki, koci piasek do kupienia i pozostałe rachunki do zapłacenia.

Dziękuję Ci, Babciu Małgosiu, że mi się wreszcie zmaterializowałaś i że tak cudownie pasujesz do wszystkich moich przez dwa lata zbieranych wyobrażeń o Tobie. I czekam na orzeszki – daj znać, kiedy, bo czuję ogromny niedosyt Twojej materialnej postaci. Poza tym wino się już prawie zamroziło.
I dziękuję Tobie, Soleil, za zorganizowanie tej prywatki w hotelowym pokoju i pokazanie mi swojej pogodnej, pełnej optymizmu twarzy. Do zobaczenia że w Warszawie, to już wiem, ale może i w Łodzi, kto wie…


  • RSS