hustawka-czarownicy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2006

Zarazę do domu przywlokła Córcia jeszcze przed świętami, nie wiadomo skąd. Boże Narodzenie spędziła z gorączką, zadreszczona i z dwiema rolkami papieru toaletowego pod ręką (przy takim katarze jest wydajniejszy i bardziej ekonomiczny). Potem rzuciło się na Synka, ale u niego w dużo łagodniejszej postaci. Może dzięki temu, że raz w życiu wyjątkowo ugiął się pod ciężarem moich wyraźnych i stanowczych żądań i nafaszerował się lekami, w tym sudafedem, w dawkach umożliwiających mu w miarę normalne funkcjonowanie. Niestety, zajęta przeziębieniem dzieci, nie zauważyłam, że i mnie bierze.
Siedzę w domu w skarpetach i polarowym dresie, trzęsie mnie z zimna i z gorączki (wprawdzie tylko 37,6, ale u mnie to jakby u kogo innego ze 39, bo ja nigdy nie miewam gorączki, nawet moje słynne zapalenie płuc przeszłam bez temperatury podniesionej choćby o jedną kreskę). O ile dzieci mają się coraz lepiej, o tyle ja się mam coraz gorzej, bo u nich to już końcówka, a u mnie dopiero początek. No i wyszło na to, że w nowy rok wkroczę niezbyt świadoma tego, co się dzieje, bo się czuję tą gorączką lekko zamroczona. Oraz na to, że sylwestra spędzę we własnym łóżku, a przynajmniej w fotelu. Na szczęście, zaopatrzyłam się w baterię leków i stertę nowych książek (w herbatę z jaśminem zostałam zaopatrzona przez ten ktoś wie, kogo – dziękuję jak nie wiem co, za wzruszenia także!). Chciałabym, żeby już było lato. Latem nawet chorowanie nie jest żadnym wielkim kłopotem, człowiek łyknie aspirynę i zasuwa dalej do swoich zajęć i przeznaczeń, a teraz choćby wyjście na głupi kilkuminutowy spacer z psem urasta do rangi poważnego problemu.
Jednak to wszystko absolutnie nie zmienia mojego optymizmu i wiary, że nowy rok przyniesie same dobre rzeczy i wydarzenia. Życzę Wam (i sobie) szczęśliwego, pełnego radości Nowego Roku!
A teraz – przymuszona kategorycznymi żądaniami moich dzieci, które nie bez racji wypomniały mi, że raz w roku mogłabym jak prawdziwa strażniczka domowego ogniska upiec domowe ciasto – idę wprowadzić trochę odświętnego nastroju i sporządzić szarlotkę.

Natłok i intensywność wydarzeń w ciągu ostatnich dwóch miesięcy sprawiły, że święta w tym roku zaskoczyły mnie jak nie przymierzając zima drogowców. Po prostu – myślenie i zajmowanie się sprawami związanymi z mieszkaniem cały czas spychały kwestię świąt na plan dalszy, a nawet bardzo daleki. Jeszcze tydzień temu czułam się tak, jakby Boże Narodzenie miało być co najmniej za pół roku. A tu proszę – jest, i to już teraz! Chyba nigdy w życiu nie przygotowywałam świąt w takim ekspresowym tempie jak w tym roku. Na szczęście, ze wszystkim zdążyłam, jeszcze tylko jutro muszę ubrać choinkę i gotowe.
Jedyne, z czym się nie wyrobiłam, to życzenia. Mam nadzieję, że wybaczą mi Ci, do których co roku zaglądałam przed świętami i zostawiałam w komentarzach kilka ciepłych świątecznych słów – w tym roku zabrakło mi czasu. Co nie zmienia faktu, że myślę o Was wszystkich bardzo ciepło i życzę Wam miłych, spokojnych, radosnych Świąt, dużo miłości i dużo nadziei.
Wesołych Świąt, Kochani!

KRYZYS

58 komentarzy

Są takie momenty, kiedy człowiekowi staje serce. I mi właśnie dzisiaj stanęło. Albowiem ja stanęłam przed pewną nierozwiązywalną kwadraturą koła, z której nie umiem znaleźć wyjścia. Na mojej trudnej drodze do kupienia mieszkania pokonałam jak dotąd wiele niepokonywalnych przeszkód, rozwiązałam wiele problemów, które wydawały się nie mieć rozwiązania, a potknęłam się o marnych (w porównaniu do całego kosztu tej inwestycji) parę tysięcy na podatek i opłaty notarialne, upadłam jak długa i nie jestem w stanie się podnieść. Co gorsze, w tym potknięciu bardzo wydatnie pomógł mi mój własny rodzony brat, zgrabnie podstawiając nóżkę.
Na początku był wkład własny, ale było go ciut za mało, więc resztę kasy, jaka była potrzebna na zadatek, pożyczyłam. Pomogło mi wtedy kilkoro bliższych i dalszych przyjaciół oraz znajomych, a także rodzina, między innymi mój brat. Ponieważ nie przewidywałam wtedy (i nie przewiduję nadal, niestety) jakiegoś cudownego nagłego przypływu większej gotówki, we wniosku o kredyt mieszkaniowy wpisałam trochę wyższą sumę niż tylko wartość mieszkania, przewidzianą właśnie na zwrot zadatku, różne PCC i inne takie. Pożyczając kasę, głośno i wyraźnie informowałam wszystkich pożyczających, że będę mogła oddać, kiedy dostanę kredyt.
I teraz dochodzimy do podstawienia nóżki. Z podatkiem i opłatami notarialnymi jest tak, że trzeba je uiścić w momencie podpisywania aktu notarialnego, natomiast z kredytem jest tak, że bank go uruchamia dopiero, gdy na własne oczy zobaczy podpisany akt notarialny. Mając więc świadomość, że mam te pieniądze w kredycie, ale najpierw będę je musiała wyłożyć, a dopiero potem mieć, zostawiłam je sobie w gotowiźnie, żeby potem u notariusza tylko wyjąć i cześć, a następnie odebrać je z kredytu. Tymczasem mój brat zadzwonił do mnie kilka dni temu z żądaniem, żeby mu oddać pieniądze, bo on wyjeżdża na urlop i są mu potrzebne. Nawet nie zdążyłam go zapytać, czy nie może poczekać jeszcze ten tydzień – zanim wzięłam oddech, on powiedział, że nie może. Jego kasa, jego prawo chcieć ją z powrotem w dowolnym momencie. Oddałam. Tą metodą zostałam bez pieniędzy na podatek i na umówionego na poniedziałek, czyli na pojutrze, notariusza.
Czuję się jak człowiek, który przebiegł cały maraton, a wywalił się tuż przez linią mety i na dodatek złamał sobie nogę w kostce, więc nie jest w stanie podnieść się i mimo wszystko jakoś do tej mety dokuśtykać. Trzy ostatnie dni spędziłam na szukaniu ratunku. Dzisiaj wściekła się ostatnia możliwość, jaka wchodziła w grę. Przepłakałam dziś całe popołudnie. Może jestem nieudolna, ale nie umiem znaleźć z tej sytuacji wyjścia. Może zbyt wiele energii i wysiłku kosztowało mnie porozwiązywanie tych problemów, z którymi wcześniej miałam do czynienia, i na ten ostatni nie mam już sił. Może mój mózg, przemęczony nieustanną od dwóch miesięcy pracą na najwyższych obrotach przy kombinowaniu na temat innych kłopotów i pokonywaniu innych przeszkód, już po prostu odmówił współpracy.
I jest tak, że ja, optymistka, której dzięki wierze w pomyślne zakończenia i w to, że każdy problem da się rozwiązać, udało się pokonać w życiu naprawdę mnóstwo przeciwności, kryzysów i koszmarów, teraz widzę przed sobą wyłącznie czarną dziurę. A zgrabna kwestia, którą wygłosił mój brat, pożyczając mi pieniądze: „Na kogo masz liczyć, jak nie na mnie?”, nabrała karykaturalnego wymiaru i brzmi jak kpina.

Ostatnio notorycznie się nie wysypiam. To znaczy ja właściwie nigdy się nie wysypiam, bo choć uwielbiam spać, a już zwłaszcza rano, to tak naprawdę ciągle mi szkoda czasu na spanie, a już zwłaszcza wieczorem, no i chodzę spać bardzo późno. Ale ostatnimi czasy zjawisko niewysypiania – na skutek przyspieszenia w pracy przed świętami (zaraz święta! o matko!) oraz stresu i nawału spraw związanych z kupnem mieszkania – przybrało dramatyczne rozmiary. W ciągu dnia nie bardzo mi to dokucza, bo na ogół bez względu na stopień zmęczenia muszę być silna, zwarta i gotowa, co daje taki efekt, że tak naprawdę nie wiem, jak bardzo jestem niewyspana. Ale jak tylko wystawię nogi za próg firmy, konieczność mobilizacji przestaje istnieć i się robię jak balonik, z którego uszło powietrze. I tu dochodzimy do tramwaju. Albowiem tramwaj to mój miernik niewyspania. Skala jest długa jak droga ze Służewca na Grochów z przesiadką przy Centralnej i ma kilka punktów kontrolnych: Galeria Mokotów, szpital na Wołoskiej, stacja metra przy Rakowieckiej, Koszykowa, a dalej rogatki mostu Poniatowskiego, Międzynarodowa, Kinowa, rondo Wiatraczna. Sposób pomiaru jest prosty: miejsce, w którym zaczynam przysypiać w tramwaju, mówi mi o tym, jak bardzo niewyspana wstałam rano. Warunek konieczny to miejsce siedzące, ale że wsiadam na przystanku zaledwie drugim za pętlą, to na ogół miejsca nie tylko są, ale jeszcze mam spory wybór. Dodatkową okolicznością sprzyjającą jest to, że moja droga z pracy do domu jest długa – godzina piętnaście w porywach do trzydzieści, jeśli trafię na lukę komunikacyjną i kwitnę na przystankach.
Zazwyczaj powieki zaczynają mi opadać w okolicach Rakowieckiej, a jak jestem bardzo padnięta, to wcześniej – przy szpitalu na Wołoskiej. Jeśli jestem w niezłej formie, sen mnie zaczyna morzyć dopiero koło Koszykowej, ale to wbrew pozorom wcale nie jest takie fajne, bo już na następnym przystanku muszę wysiąść i ta przesiadka to zawsze jest mało przyjemne przebudzenie. Mimo to kiedy już się zapakuję do tramwaju zmierzającego w stronę Grochowa, następuje walki ze snem ciąg dalszy.
I tak sobie jadę, próbując za wszelką cenę mieć oczy otwarte, i po pierwsze, zaczynam aż za dobrze rozumieć, na czym polegała chińska tortura braku snu (bo przecież nie mogę zasnąć w tym tramwaju, no tak?). A po drugie, zawsze się w tej drzemce zastanawiam, dlaczego, cholera, nie chce mi się tak spać wieczorem już we własnym łóżku? Bo nawet jeśli w drodze z pracy głowa zaczyna mi się kiwać już koło Galerii Mokotów, to wieczorem, gdy się położę spać, i tak muszę odbyć obowiązkowe minimum pół godziny przewalania się z boku na bok, zanim zasnę.
Zła wiadomość jest taka, że od dawna nie zdarzyło się, żeby tramwaj w ogóle mnie nie ukołysał. Ale jest i dobra – nigdy nie przespałam przystanku koło domu.

PS Podpisałam dziś umowę kredytową. Jak sobie pomyślę, na jakim etapie życia jestem dzisiaj, a na jakim będę, gdy skończę ten kredyt spłacać, to mi się słabo robi – już dawno na emeryturze. „O ile dożyjesz” – jak zauważył celnie jeden mój kolega zaraz po tym, jak złożył mi gratulacje. W każdym razie te cztery ściany, które czekają na mnie na Ochocie, coraz bardziej robią się moje.


  • RSS