hustawka-czarownicy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2006

Dzisiaj, proszę wycieczki, zapraszam Was do Paryża. Nie pokażę Wam Wieży Eiffla, Łuku Triumfalnego ani żadnej z tych dyżurnych pocztówkowych rzeczy. Pokażę Wam moje ulubione paryskie miejsca, a i to nie wszystkie, bo gdy zaczęłam selekcjonować zdjęcia do zamieszczenia na blogu, to się okazało, że tych najważniejszych jest ponad czterdzieści. Więc wybrałam najważniejsze z najważniejszych.

Montmartre, maleńki skrawek Ziemi, ale z takim klimatem, jakiego nie ma nigdzie indziej – dla mnie symbol Paryża:

Photobucket - Video and Image Hosting Photobucket - Video and Image Hosting

Photobucket - Video and Image Hosting Photobucket - Video and Image Hosting

Photobucket - Video and Image Hosting Photobucket - Video and Image Hosting

Miejsca nad Sekwaną, niedaleko Notre Dame, w których Paryż bardzo mi przypomina Wenecję:

Photobucket - Video and Image Hosting

Photobucket - Video and Image Hosting

Most Aleksandra III z przepięknymi rzeźbami i latarniami, które mnie zauroczyły:

Photobucket - Video and Image Hosting Photobucket - Video and Image Hosting

Zdjęcia robione z tarasu Muzeum d’Orsay. Na tym po lewej widać bazylikę Sacre Coeur na Montmartrze, po prawej Luwr:

Photobucket - Video and Image Hosting Photobucket - Video and Image Hosting

Ogród Luksemburski z przepięknym pałacem Marii Medycejskiej, który zbudowała dużym nakładem sił i środków, a nie mieszkała w nim ani jednego dnia. Ogród Luksemburski lubię tym bardziej, że tu jakoś mocniej niż w całym Paryżu świeci słońce:

Photobucket - Video and Image Hosting

Photobucket - Video and Image Hosting

Photobucket - Video and Image Hosting Photobucket - Video and Image Hosting

Plac z Fontanną Niewiniątek, ulubione miejsce spotkań zakochanych – tak się jakoś składało, że za każdym razem, gdy byłam w Paryżu, zawsze tamtędy przechodziłam wielokrotnie (może to jakiś znak?):

Photobucket - Video and Image Hosting

A tu po lewej kamienica vis a vis Luwru, w której mieszkał D’Artagnan, po prawej kamienica niedaleko Pałacu Inwalidów, w której mieszka Alain Delon – to ten apartament na samej górze, z drzewami na dachu:

Photobucket - Video and Image Hosting Photobucket - Video and Image Hosting

„Wrota piekieł” Rodina i mój ulubiony obraz Van Gogha, moim zdaniem piękniejszy od wszystkich „Słoneczników” razem wziętych – „Szachownice w miedzianym wazonie”:

Photobucket - Video and Image Hosting Photobucket - Video and Image Hosting

Jeśli zaś chodzi o Wieżę Eiffla, to nie sprzedano nam biletów na trzeci poziom, ponieważ lekko zaczęła się psuć pogoda i zanosiło się na deszcz, więc wjechaliśmy tylko na drugi. No i wtedy rozpętała się potężna ulewa oraz burza z piorunami, i to taka, że dosłownie nic nie było widać, poza ścianą wody i białymi wstęgami błyskawic na czarnym niebie, a słychać było tylko łomot ogromnych kropli deszczu o metalową podłogę i groźny pomruk grzmotów. I przysięgam Wam, że czułam, jak w tym szaleństwie wichru i deszczu wieża się chwieje. Na zdjęciu panorama Paryża i czarnych chmur na chwilę przed burzą:

Photobucket - Video and Image Hosting

A to są fotografie szczególne, pt. „Ironia losu”. Pod piramidą na dziedzińcu Luwru miałyśmy się spotkać z Patunią, ale Patunia się rozchorowała i nie mogła przyjechać. Spotykałyśmy się już w różnych miejscach, ale tym razem miało być wyjątkowo, bo w Paryżu. Ja już oczami wyobraźni widziałam, jak się witamy w paryskiej scenerii, jak wędrujemy paryskimi ulicami, jak idziemy na przykład na mule do Leona, bo z Luwru niedaleko… Niestety. Za to przynajmniej, stojąc nieopodal dawnych apartamentów Katarzyny Medycejskiej, zrobiłam zdjęcie miejsca, w którym nas nie było.
A z Bogdą byłyśmy tak zaaferowane tym, że się widzimy, że obie zapomniałyśmy o aparatach, które miałyśmy w torebkach…

Photobucket - Video and Image Hosting Photobucket - Video and Image Hosting

I to byłoby na tyle.

dla którego związki z mężczyznami (a w każdym razie z niektórymi) nie mają szansy się udać

Ostatni tydzień strasznie dał mi w kość. Tak naprawdę to cały miesiąc, ale ostatni tydzień to był szczyt wierzchołka szpicu. Albowiem znalazłam fajne mieszkanie do kupienia, za w miarę sensowną cenę (choć i tak kwota kredytu przyprawia mnie o ból głowy i wszystkich flaków), i trzeba było z prędkością światła podjąć kroki w tym kierunku, bo rynek nieruchomości zwariował i mieszkania drożeją dosłownie z dnia na dzień – dzisiaj są średnio o 20–30 tysięcy droższe niż przez tygodniem. W związku z tym musiałam błyskawicznie podjąć decyzję, co wcale nie jest takie łatwe w ogóle, a już szczególnie wtedy, gdy człowiek ma na to jakieś dziesięć minut, a potem załatwić mnóstwo spraw, z których skali zdawałam sobie sprawę, ale nie przypuszczałam, że będzie mnie to kosztowało aż tyle wysiłku i pochłonie tyle czasu. Negocjacje (bardzo trudne) co do ceny i warunków sprzedaży, podpisanie umowy przedwstępnej, wpłacenie zadatku, zebranie wszystkich kwitów i zaświadczeń potrzebnych do wniosków kredytowych, wizyty w banku (bo na jednej się nie skończyło) – w ciągu kilku dni. Na dodatek dość nieszczęśliwie zbiegło się to w czasie z zamknięciem numeru, które nie chciało przebiec jakoś w miarę łagodnie – przeciwnie, szło jak woda pod górę, z mnóstwem komplikacji i przeszkód, z jakimi naprawdę rzadko mam w mojej pracy do czynienia. Więc przez ostatni tydzień rozdwajałam się i roztrajałam, bo nawarstwienie tych wszystkich spraw doprowadziło do takich sytuacji, że nieraz najlepiej by było, gdybym była w dwóch albo i trzech miejscach naraz. Z domu wychodziłam o ósmej rano, a wracałam o północy, sypiałam po mniej więcej cztery godziny na dobę, a z dziećmi widywałam się jakieś piętnaście minut dziennie. W efekcie, co nietrudno zgadnąć, byłam – a w zasadzie wciąż jeszcze jestem, bo nie da się porządnie odpocząć przez jedną sobotę – potwornie zmęczona.
I w tę to właśnie sobotę, kiedy po raz pierwszy od wielu dni miałam okazję pogadać z dziećmi oraz spokojnie posiedzieć sobie w moim ukochanym fotelu, robiąc nic, a moją jedyną ambicją było powoli, niespiesznie i z nieumytą głową powłóczyć się po domu w szlafroku i podrzemać trochę po południu – w tę sobotę zadzwonił do mnie mój były romans, żeby zaprosić mnie na kawę (bo my sobie od czasu do czasu chadzamy na kawę). Odmówiłam. Zawsze, ale nie teraz. Zwyczajnie nie miałam siły ani ochoty ruszyć się z domu – po tym całym ubiegłotygodniowym młynie, a przed następnym, który zacznie się lada dzień, w postaci dalszego załatwiania kredytu, remontu, przeprowadzki itd. Po prostu potrzebna mi jest chwila oddechu i totalnego lenistwa. I takie właśnie powody odmowy mu wyłuszczyłam. A on mi na to zaczął się wymądrzać, że nie powinnam się tym wszystkim tak przejmować, tak dużo i negatywnie(!) o tym myśleć, że w końcu chyba decyzja o kupnie mieszkania była świadoma, więc niech teraz nie narzekam(!), że jestem w stresie. Już wtedy, gdy się z nim rozstawałam, bardzo dokładnie wiedziałam, dlaczego z naszego związku nic nie wyjdzie, ale teraz to się upewniłam na miliard procent i niech mi ktoś powie, że nie miałam racji.

Czyli dowcipy, które krążą po Internecie

WARSZTATY DLA MĘŻCZYZN
Kurs jest dwudniowy i obejmuje następujące zagadnienia:

DZIEŃ PIERWSZY
1. JAK WYKONAĆ KOSTKI LODU
Instrukcja krok po kroku wraz z prezentacją.
2. PAPIER TOALETOWY – CZY WYRASTA NA UCHWYTACH?
Dyskusja.
3. RÓŻNICE POMIĘDZY KOSZEM NA PRANIE A PODŁOGĄ
Ćwiczenia praktyczne z pomocą zdjęć i wykresów.
4. NACZYNIA I SZTUĆCE: CZY LEWITUJĄ, SAMODZIELNIE KIERUJĄC SIĘ DO ZMYWARKI ALBO ZLEWU?
Debata panelowa z udziałem ekspertów.
5. PILOT DO TELEWIZORA – UTRATA PILOTA
Linia pomocy i grupy wsparcia.
6. NAUKA ODNAJDYWANIA RZECZY
Otwarte forum tematyczne – Strategia szukania we właściwych miejscach a przewracanie domu do góry nogami w takt rytmicznego pokrzykiwania.
7. ZAPAMIĘTYWANIE WAŻNYCH DAT I POWIADAMIANIE W WYPADKU SPÓŹNIENIA
Pamiętaj o zabraniu własnego kalendarza lub telefonu komórkowego.

DZIEŃ DRUGI
1. PUSTE KARTONY I BUTELKI – LODÓWKA CZY KOSZ?
Dyskusja w grupach i ćwiczenia praktyczne
2. ZDROWIE – PRZYNOSZENIE JEJ KWIATÓW NIE JEST GROŹNE DLA ZDROWIA
Prezentacja PowerPoint.
3. PRAWDZIWI MĘŻCZYŹNI PYTAJĄ O KIERUNEK, KIEDY SIĘ ZGUBIĄ
Wspomnienia tych, którzy przeżyli.
4. CZY MOŻNA SIEDZIEĆ CICHO, GDY ONA PROWADZI
Gra na symulatorze.
5. DOROSŁE ŻYCIE – PODSTAWOWE RÓŻNICE POMIĘDZY TWOJĄ MATKĄ A TWOJĄ PARTNERKĄ
Ćwiczenia praktyczne i odgrywanie ról.
6. JAK BYĆ IDEALNYM PARTNEREM NA ZAKUPACH
Ćwiczenia relaksacyjne, medytacja i techniki oddechowe.
7. TECHNIKI PRZEŻYCIA – JAK ŻYĆ, BĘDĄC CAŁY CZAS W BŁĘDZIE
Dostępni indywidualni psychoterapeuci.

Dzień dzisiaj ponury, szary i przygnębiający – spadł pierwszy śnieg. Wprawdzie trwało to jakieś najwyżej dwadzieścia minut, ale wystarczyło, żeby wprowadzić człowieka w paskudny nastrój. Pewnie to przez to, że jesień nas w tym roku wyjątkowo rozpieściła. Jeszcze parę dni temu mieliśmy piętnaście stopni i piękne słońce, więc dziś rozczarowanie, a zwłaszcza zaskoczenie jest tym większe – jak to, to już jest czas na śnieg? Ano, jest. Szkoda tylko, że walnęło znienacka i od razu z grubej rury, z przymrozkiem, wichurą, która łeb urywa z kołnierzykiem i wyje mi w przewodach kominowych na cały dom, nie dało człowiekowi stopniowo oswoić się z myślą o kozakach, czapce, ciepłej kapocie. Ach, żegnaj mój przecudnej urody skórzany płaszczu rodem z „Matrixa”, żegnaj aż do wiosny…
W każdym razie siedzę w domu i bardzo, ale to bardzo się cieszę, że nie muszę dziś nigdzie wychodzić. Najchętniej owinęłabym się kocem i zapakowała z książką na kanapę, ale tego się nie da zrobić, bo przecież wpadłam na genialny pomysł kupienia większego mieszkania i to jest zajęcie, które organizuje mi czas do najostatniejszej sekundy. Od szukania mieszkania przegrzewa mi się komputer i telefon, o własnych zwojach mózgowych już nie wspomnę.
Zasoby Internetu, jak wiadomo, są nieprzebrane i czegokolwiek potrzebujący człowiek tu kieruje swoje pierwsze kroki. Skierowałam i ja. Pierwsze i następne, bo ofert jest od… mnóstwo. Na stronach agencji nieruchomości, w niezliczonych serwisach – można dostać oczopląsu. Problem polega na tym, że większość to albo wywalone w kosmos apartamenty o nieziemskich cenach, albo lokalizacje kompletnie nieodpowiadające moim zapotrzebowaniom, albo mieszkania niepodpadające pod kredyt hipoteczny, albo do bardzo generalnego remontu. Mieszkań w ludzkich miejscach i za ludzkie pieniądze, do których można by się wprowadzić po, powiedzmy, odświeżeniu, jest bardzo mało. Na dodatek, jak się człowiek zagłębi w to zagadnienie, czyli skontaktuje z agentem, to się okazuje, że większość ofert już jest nieaktualna albo w łazience razem z WC metr na półtora jest oryginalna czarna glazura.
No i agenci nieruchomości… Och, agenci nieruchomości to jest oddzielny gatunek człowieka. Najpierw przez pół godziny odpytują przez telefon na okoliczność wymagań i oczekiwań, więc cierpliwie zeznaję, że szukam mieszkania na Rakowcu lub Grochowie, albo na Mokotowie i Ursynowie, ale wzdłuż linii metra, trzy pokoje i to jest warunek konieczny, metraż ma już mniejsze znaczenie, piętro obojętne, cena max 360-380 tysięcy, bez konieczności remontu, do zamieszkania od już. A oni mi przysyłają oferty – na Sadybie, na Stegnach, na Czerniakowie, na Służewcu, Na Uboczu oraz w Wilanowie, 80 metrów za 500 tysięcy, 50 metrów do kapitalnego remontu albo strych do zaadaptowania. Czyli wszystko, tylko nie to, czego szukam. Nie odpisują na maile, nie oddzwaniają, choć obiecali…
Znam już na pamięć całą mapę Warszawy, łącznie z uliczkami, o których istnieniu nie miałam pojęcia, choć to jest miasto, w którym się urodziłam i mieszkam całe życie. Wiecie, gdzie jest ulica Urle? Albo Wesoła? Albo Wiartel? Nie? A ja wiem. Tyle że ta wiedza jest mi średnio potrzebna, bo tam akurat nie chciałabym mieszkać.
Jak się na dwadzieścia ofert trafi jedna mniej więcej odpowiadająca moim potrzebom, to się nie można skontaktować z właścicielem. Jak można, to się okazuje, że właśnie wczoraj podpisał umowę przedwstępną albo jest już jakiś potencjalny nabywca, który się namyśla i prosił o wstrzymanie sprzedaży, albo cena podskoczyła o trzydzieści tysięcy, albo mieszkanie można kupić już, ale zamieszkać w nim dopiero w kwietniu przyszłego roku, bo do tego czasu ktoś będzie jeszcze w nim mieszkał.
Jak mi się uda to mieszkanie kupić do końca roku, to będzie cud boski. Tym bardziej że pogoda nie sprzyja żadnej aktywności poza polegiwaniem na kanapie z okładem z ciepłego psa albo kota. No, ale sama tego chciałam – jak życie chwilowo przystopuje i nie zapewnia człowiekowi żadnych atrakcji, to sam je sobie znajdzie.


  • RSS