hustawka-czarownicy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2006

KOLORY JESIENI

21 komentarzy

Życie człowieka miejskiego polega na różnych rzeczach, ale między innymi na tym, że pory roku zauważa, ponieważ ma kalendarz i termometr za oknem, więc wie, czy jest zimno, czy ciepło i czy wychodząc z domu, ma założyć sandały i bluzkę na ramiączka, czy kozaki, kożuch i czapkę. Na ogół nie jest daltonistą, więc zimą widzi, że jest biało od śniegu, a latem, gdy słońce rozświetla niebieskie niebo i odbija się w zieleni drzew – kolorowo. Ale prawdziwych barw pór roku nie zauważa. Nie ma możliwości. Prawdziwe barwy pór roku w mieście zniekształcone są czernią asfaltu, szarością chodników i budynków i ciężkim, zawiesistym jak mgła powietrzem.
Kilka dni w ubiegłym tygodniu spędziłam w Nałęczowie. To był wyjazd służbowy, ale wyjątkowo przyjemny, bo nie dość, że mogłam zabrać ze sobą Córcię, to jeszcze nie miałam tam zbyt wiele pracy i wystarczyło mi czasu, żeby sobie też trochę poodpoczywać. Luksus polegał na tym, że niezliczoną ilość godzin spędziłam na basenie i wypływałam się za wszystkie czasy oraz poszłam kilka razy na masaż i na bicze szkockie, co bardzo dobrze zrobiło mojemu zmęczonemu i poskręcanemu nieustannym stresem ciału. Ale głównie polegał na tym, że nie musiałam się nigdzie spieszyć. Dystans między Termami Pałacowymi, gdzie mieszkałyśmy, i Atrium, gdzie mieści się basen, pokonywałyśmy powoli i z dostojeństwem, spacerowym krokiem, a nie nerwowym kurcgalopkiem. Rano zamiast w biegu na śniadanie w sekundę połykać kawę, spokojnie rozsiadałyśmy się przy stoliku i celebrowałyśmy jedzenie tak długo, jak długo miałyśmy ochotę – pół godziny, godzinę. A wieczorem – co normalnie rzadko się zdarza, bo w domu człowiek do ostatniej chwili przed pójściem spać jeszcze ma coś do zrobienia w ramach organizowania rzeczywistości wokół siebie – zalegałyśmy w łóżkach i po prostu sobie leżałyśmy albo czytałyśmy książki aż do zaśnięcia.
I w tym spokojnym, a nawet nieco leniwym rytmie, w krystalicznie przezroczystym powietrzu i innych okolicznościach przyrody, które w mieście nie występują, zobaczyłam barwy jesieni.

Photobucket - Video and Image Hosting Photobucket - Video and Image Hosting

Photobucket - Video and Image Hosting

Photobucket - Video and Image Hosting Photobucket - Video and Image Hosting

Photobucket - Video and Image Hosting

Photobucket - Video and Image Hosting

Photobucket - Video and Image Hosting

Photobucket - Video and Image Hosting

Photobucket - Video and Image Hosting

Photobucket - Video and Image Hosting Photobucket - Video and Image Hosting

Powrót do codzienności jest dość dolegliwy. Także dlatego, że w perspektywie mamy zimę, która zabije te wszystkie barwy nie tylko parszywą pogodą, ale i nieustannymi ciemnościami i na to, żeby znów zobaczyć trochę światła, a w nim jakiekolwiek, nawet przyćmione szarzyzną miasta kolory, trzeba czekać pół roku.

WOJNA DOMOWA

20 komentarzy

Nawet się nie spodziewałam, że pomysł zakręcenia się wokół większego mieszkania wywoła takie zamieszanie w mojej rodzinie. Albowiem ujawnił się w tym momencie tak spolaryzowany konflikt interesów, że zupełnie nie mam pojęcia, jak to wszystko rozwiązać, żeby wilk był syty i owca cała.
Pomysł większego mieszkania wziął się stąd, że skoro dzieci się podostawały na studia, co oznacza, że jeszcze parę ładnych lat pomieszkamy razem, to bym wolała, żebyśmy mieszkali na trochę większym metrażu, bo już mam serdecznie dość gnieżdżenia się w tej ciasnocie. Ciasnota była fajna, jak dzieci były małe, a nawet nie była wtedy taką straszną ciasnotą. Teraz jest nas troje dorosłych ludzi i te czterdzieści metrów to dla nas dużo za mało. Na dodatek uczelnia jest w drugim końcu miasta, moja praca takoż, co oznacza, że wszyscy troje tracimy średnio dwie i pół do trzech godzin dziennie na dojazdy. Więc wymyśliłam większe mieszkanie i bliżej miejsc, z którymi codziennie mamy do czynienia.
No i się zaczęła polka galopka. Córci metraż jest zasadniczo obojętny, pod warunkiem, że większy niż teraz i że będzie blisko do szkoły. Dla Syna natomiast może być i trzydzieści metrów, bylebyśmy tylko zostali w obecnej dzielnicy. Względy ekonomiczne oraz argument, że to ja będę spłacać kredyt mieszkaniowy, sprawiły, że oboje chodzą z chandrą jak stąd do Zaleszczyk i co chwila się kłócą, wyzywając się od nieczułych egoistów, a na mnie patrzą wilkiem, bo nie jestem w stanie znaleźć takiego rozwiązania, które by zadowalało ich oboje.
Na ile się na tym znam, to się w jakimś momencie sytuacja unormuje, tylko że ja do tego czasu osiwieję do reszty. Na dodatek szukanie mieszkania okazało się zajęciem strasznie absorbującym i pożerającym dosłownie każdziusieńką wolną, a nawet i nie wolną chwilę… Nie powiem, że mam już dość, bo w końcu mam to na własne życzenie, ale chciałabym to całe zamieszanie z zamianą mieszkania mieć już za sobą.
Wszystko to sprawia, że notka o Paryżu odwleka się w bliżej nieokreśloną przyszłość. Poza tym, jak przejrzałam któregoś dnia zdjęcia, żeby znaleźć kilka moich najbardziej ulubionych do pokazania na blogu, to się okazało, że jest ich ze trzydzieści, czyli dużo za dużo. Więc muszę zrobić kolejną selekcję, a na to brakuje mi czasu. Ale może któregoś dnia się zmobilizuję i przynajmniej czasowo moje randez-vous z agencjami nieruchomości zamienię na paryskie klimaty.

OGŁOSZENIE

21 komentarzy

Szukam mieszkania do wynajęcia od zaraz, 50–60 metrów, trzy pokoje, najlepiej oczywiście na takich warunkach, na które będzie mnie stać. Albo do kupienia, jeśli za rozsądną cenę. Jakby się komuś obiła o uszy jakaś sensowna oferta, bardzo proszę dać mi znać.

Ślub mojej koleżanki Marty odbył się w kościele ojców dominikanów na Freta. O ile mnie pamięć nie myli, to jest to ulubiony kościół Babci Małgosi i po dzisiejszej ceremonii doskonale rozumiem, dlaczego. Prostota, skromność, trochę surowe, ale dostojne wnętrze. Wprawdzie ojciec, który udzielał ślubu, w kazaniu palnął kilka dowcipów, które ludziom niewierzącym i z poczuciem humoru podobnym do mojego niekoniecznie się musiały podobać, ale przynajmniej miał poczucie humoru i nie powiedział niczego w rodzaju „kto nie wierzy w Boga, ten nie umie kochać ani w ogóle nie wie, co to są uczucia”, jak to się zdarzyło na komunii jednego mojego siostrzeńca. Nie przemawiał też do zgromadzonych gości protekcjonalnie jak do stada baranów, a do młodej pary jak do dwójki dzieciaków, które wczoraj przyszły na świat i pobierając się, nie wiedzą, co robią ani co to jest małżeństwo i dopiero wszechwiedzący Kościół ich tego nauczy. Żadnych dzwonków na podniesienie, żadnych ministrantów, żadnego pompatycznego zawodzenia „Ojcze nasz”, żadnych organów z nawiedzonym organistą, tylko kilkuosobowy chór młodych ludzi z gitarą i wiolonczelą i zwykła, prosta modlitwa. „Ja też będę brała ślub u dominikanów – powiedziała Córcia. – Taki ślub kościelny mogę wziąć.” Ja natomiast uświadomiłam sobie, że gdy Córcia będzie brała ślub, to ja będę ryczała jak bóbr.
*
Ślub mojej koleżanki Marty odbywał się dokładnie o tej samej porze, co anty- i prorządowe demonstracje. Kiedy wyszłyśmy z Córcią z kościoła i dotarłyśmy na plac Zamkowy, było już po ptokach. Została tylko pusta scena, ekipa demontująca sprzęt nagłaśniający, kupa śmieci i mnóstwo zwykłych turystów. Pomyślałam, że dziś polityka nas ominęła. Głęboko się jednak myliłam. Albowiem gdy tak sobie szłyśmy spacerowym krokiem przez Krakowskie Przedmieście, bo pogoda była piękna, słoneczna i ciepła, dopadł nas nagły głód i postanowiłyśmy wstąpić gdzieś na drobny lunchyk i kawę. Więc wstąpiłyśmy. Knajpka, na ogół cicha, pusta i spokojna, dziś tętniła życiem. Rozsiadłyśmy się przy stoliku, złożyłyśmy zamówienie i dopiero w tym momencie zorientowałam się, że to „życie” to jakaś zorganizowana grupa, która właśnie raczyła się poobiednim piwem w ogromnych szklanicach. Robili raban jak na dworcu, przekrzykując się między stolikami i wędrując wte i wewte jakby byli sami. „Powiecowy piknik” – postawiła diagnozę Córcia i miała rację, niestety. Ponieważ w jakimś momencie na środek wystąpił pan, który w pierwszych słowach swojego listu podziękował wszystkim za przybycie oraz za poparcie, w następnym przedstawił się jako dziennikarz „Gazety Polskiej”, a jeszcze w następnym pojechał tekstem w rodzaju „oby Polska rosła w siłę, a ludziom się żyło dostatniej”. Oczywiście, nie tymi słowy, bo przecież człowiekowi tej opcji przez gardło by nie przeszły, ale taki był niepokojący sens jego wypowiedzi.
Gdyby nie to, że właśnie na stół wjechały kanapki z grillowanym kurczakiem i frytkami dla Córci oraz placki ziemniaczane z łososiem i śmietaną dla mnie, które to dania odznaczają się nie tylko wysokimi walorami smakowymi, ale także ceną, i gdyby nie to, że kelner uśmiechnął się do nas porozumiewawczo i powiedział: „Najmocniej przepraszam, że znalazły się panie w epicentrum tego zamieszania” – to byśmy stamtąd wyszły.
*
Pośród kawiarnianej grupy podstarzałych zwolenniczek jedynie słusznej opcji i ich równie wiekowych kolegów po ideologii, w okularach ze szkłami grubości denek od butelek, w workowatych portkach i koszulach non-iron wypisz wymaluj z lat siedemdziesiątych, znalazła się też korpulentna, zaniedbana młoda mama z tłustymi włosami, dla niepoznaki spiętymi w gustowny koczek, z trójką dość upiornych, biegających po całej knajpie i wydzierających się dzieciątek. Zainteresowała się nimi dopiero wtedy, gdy ich ekscesy osiągnęły apogeum i groziło jakąś młodocianą bijatyką. A zainteresowała się tymi słowy: „Uspokójcie się, bo przyjdzie pan z Platformy i z wami porozmawia!”, a następnie poprosiła kelnerkę o trzy kartki papieru, usadziła tę przyszłość narodu przy wolnym stoliku, wręczyła po pudełku kredek i oznajmiła: „Robimy konkurs, kto narysuje najładniejszą kaczkę!”.
Na szczęście w tym momencie już byłyśmy po kawie i po rachunku, więc opuściłyśmy lokal, zostawiając kelnerowi suty napiwek.
*
Ponieważ nie dane mi było być na „błękitnym marszu”, w ramach mojego osobistego protestu przeciwko rządzącym moim krajem szowinistom i różnego rodzaju -fobom oraz zamanifestowania poparcia dla demokratycznej wolności i liberalnej tolerancji, w drodze do domu wstąpiłam do empiku i zanabyłam pięć płyt DVD z figurującym na czarnej liście telewizji publicznej serialem „Czterej pancerni i pies”. Nie wiem, czy to był w ogóle ostatni egzemplarz w sklepie, ale na pewno ostatni, jaki stał na półce.


  • RSS