hustawka-czarownicy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2006

Powiem więcej: ona od czasu, jak komunę szczęśliwie szlag trafił, nawet za bardzo nie leżała w kręgu moich szczególnych zainteresowań. Po prostu: w tym momencie uznałam, że bez względu na to, kto nami będzie rządził – będzie w miarę normalnie, bo skoro nie ma komuny, to może być tylko normalnie. Raz mniej, raz więcej, ale jednak. Trudno oczywiście całkowicie politykę ignorować, bo chciał nie chciał, ma wpływ na codzienne życie każdego przeciętnego człowieka oraz obywatela, czyli moje także. Więc przez lata miałam przyzwyczajenia w postaci czytania gazet, oglądania codziennie wiadomości itd., bo po prostu chciałam wiedzieć, co się dzieje w moim kraju.
Po ubiegłorocznych wyborach, których wynik był dla mnie niezrozumiały i nie do zaakceptowania, po pierwszych światłych wystąpieniach i posunięciach zwycięzców, po pyskówkach, po ich narastającej z każdym dniem agresji, manifestowaniu niepojętej dla mnie zajadłości wobec wszystkich i wszystkiego, poczułam się jak człowiek wyrzucony na margines w moim własnym kraju i zmuszony do zejścia ze swoim życiem, ze swoimi poglądami, z niemożnością oddychania w tej dusznej atmosferze, do pewnego rodzaju podziemia, do udania się na rodzaj emigracji wewnętrznej. Miałam wrażenie, że z moją niezgodą na to, co się dzieje, znów jestem jakąś reakcją i wrogiem klasowym. Nie chciałam z tym wszystkim mieć nic wspólnego do tego stopnia, że nawet nie chciałam o tym wiedzieć. Z pełną premedytacją przestałam oglądać wiadomości i czytać gazety. Oczywiście, trudno nie wiedzieć, bo wystarczy wejść po cokolwiek do Internetu i nie ma siły, żeby się nie natknąć na jakiś serwis informacyjny, ale za każdym razem informacje, na które mi oko spadło, utwierdzały mnie w przekonaniu, że jest źle i coraz gorzej. Że to nawet Mrożkowi nawet by się nie przyśniło nawet w najbardziej rozszalałych snach.
Żaden w miarę normalny człowiek nie ma złudzeń co do tego, że polityka jest czysta. Nie jest i nigdy nie będzie z samego swojego założenia – negocjacje, układy, sojusze, zrywanie układów, zrywanie sojuszy, kompromisy dalej posunięte niżby się chciało, ustępstwa, do których jest się zmuszanym, albo na które się idzie z własnej woli, byle tylko osiągnąć cel – to jest ostra gra, w której nie ma przebacz i w której granice uczciwości, moralności, przyzwoitości są bardzo cienkie i bardzo łatwo je przekroczyć. Plus pokusa urwania z tego sukna kawałka dla siebie, której nie wszyscy potrafią się oprzeć. Ale to, co się dzieje od dwóch dni, to jest jakiś szczyt wierzchołka szpicu. Hipokryzji, zakłamania, zatwardziałości, arogancji, agresji, kompletnego braku odwagi i honoru, trzymania się stołków rękami, nogami, zębami – za wszelką cenę, pogardy i lekceważenia dla swoich własnych wyborców, dla swoich współobywateli i rodaków. To jawna manifestacja tego, że rządzący owszem, bardzo dbają o dobro, ale swoje własne i że jedyne, o co im chodzi, to możliwie najdłuższe utrzymanie się – przepraszam za wyrażenie – u koryta. Nie chciałam rok temu, a teraz nie chcę jeszcze bardziej, żeby tacy ludzie sprawowali rządy w moim kraju.
Moje dzieci, które w ubiegłym roku po raz pierwszy w swoim życiu poszły do wyborów, już się zdążyły zniechęcić na tyle, że teraz zapowiadają, że już nigdy więcej nie pójdą głosować, bo to i tak nic nie da i niczego nie zmieni. Próbuję cały czas je przekonywać, że jednak zmieni, że to właśnie takie postawy doprowadziły do tego, że teraz rządzą nami zakompleksieni, żądni władzy i zemsty, ograniczeni swoimi fobiami rewanżyści. Nigdy nie będzie idealnie, idealny świat nie istnieje, a każde wybory ostatnimi laty to wybieranie mniejszego zła. Ale od tego, co się teraz dzieje, wszystko będzie nie tylko mniejszym złem – będzie znacznie lepsze.
Idę się pakować i wyjeżdżam do Francji. Słaba to nadzieja, ale mimo wszystko ją mam, że jak wrócę, to tego sejmu już nie będzie. A jeśli będzie, to już bardzo niedługo. I że to był pierwszy i ostatni raz, kiedy na moim blogu pisałam o polityce.

Po raz pierwszy od ponad dwóch tygodni dzisiaj wróciłam do domu o przyzwoitej porze. Konkretnie o wpół do siódmej, jeszcze po drodze zaliczywszy sklep, w którym zanabyłam sobie nowe kapcie, bo stare rozwaliły mi się w drobny mak. To znaczy nie kapcie kupiłam, tylko takie klapki w podobie Scholla, które mi robią za obuwie domowe. Bo kapci nie znoszę, a jeszcze nie daj Boże z jakimiś pomponikami czy czymś takim – kojarzą mi się ze starą ciotą kanapową. No, takim grubym babskiem z monstrualnych rozmiarów biustem, w kwiecistym szlafroku, z całodziennymi papilotami na głowie. Taką, która czas spędza w oknie na wnikliwym oraz życzliwym obserwowaniu sąsiadów, a żeby sobie łokietków nie poodgniatać o parapecik, podkłada pod nie oraz pod ten wielki biust poduchę haftowaną w różyczki lubo w jelonki ściegiem krzyżykowym. W każdym razie dziś wróciłam z pracy normalnie i to zapowiada, że przez najbliższe dwa tygodnie będzie względny spokój. Być może teraz dane mi będzie nie tylko zauważyć, że wciąż jeszcze mamy przepiękną, niemal letnią pogodę, ale i nawet trochę się nią podelektować. Ale z pewną nutką pesymistycznego realizmu – na potęgę linieją mi wszystkie zwierzęta w domu, co poza tym, że mam sprzątania dziesięć razy więcej niż normalnie, oznacza, że nieuchronnie zbliżamy się do ciemnej strony rocznego cyklu w przyrodzie. Niemniej jak na razie da się jeszcze poranną kawę w weekend (bo w tygodniu nie mam czasu na takie luksusy) wypić na leżaku na balkonie, ku pokrzepieniu naszych żyjących w ciasnocie 40 metrów serc szumnie zwanym tarasem, i to jest dobra wiadomość.
Dzisiaj jest w ogóle dzień dobrych wiadomości. Udało mi się pomyślnie rozwiązać jeden bardzo ważny oraz terminowo palący problem – dziękuję, Patuniu, stokrotnie, bo bez pomocy Twojej i Twojego taty byłoby to znacznie trudniejsze. (Przy okazji – znowu mi nie napisałaś maila). Dalej: jest szansa, że się nareszcie wyśpię – już pojutrze weekend, więc aby jeszcze przetrzymać jakoś jutro i już będzie lepiej. Bo dzisiaj to się czuję, jakbym nie spała ze cztery noce z rzędu: w oczach mam piasek ze wszystkich pięciuset kilometrów bałtyckich plaż, powieki mi ważą osiemnaście ton, przy każdym ruchu głową czuję, jak mózg mi się przelewa z jednej strony na drugą, i potwornie bolą mnie nogi. Taką mam cechę osobniczą, że przy takim kosmicznym niewyspaniu i zmęczeniu strasznie bolą mnie nogi, takim bólem ciągnącym się po kościach jak przy bólach reumatycznych. Ale nic to – dwanaście godzin snu załatwi mi ten problem. No i odebrałam dzisiaj bilet do Paryża – lecę za tydzień i strasznie się z tego cieszę. Już się nie mogę doczekać…

W odpowiedzi na pewne pytanie w komentarzach pod poprzednią notką, które w podtekście jest tak naprawdę postulatem o nową notkę, odpowiadam, że owszem, opitalam się blogowo, ponieważ zapitalam pracowo.
A poważnie: ciężko wywalczony urlop – niestety, jak to zwykle w mojej branży bywa – został okupiony nawałem pracy przed oraz jeszcze większym nawałem pracy po. Krótko mówiąc – moja tygodniowa nieobecność sprawiła, że teraz nie mogę odkopać się spod roboty nad właśnie zamykającym się numerem. Na dodatek robimy dodatek, takiej samej objętości jak numer (oba grube, żeby nie było, i na oba jest ten sam deadline). Na dodatek moja zastępczyni po wczorajszym KTG wyszła od lekarza z taką wiedzą, że w zasadzie może zacząć rodzić już w każdej chwili. Wprawdzie czuje się świetnie i cały czas dzielnie nie tylko przychodzi do pracy, ale i rzetelnie pracuje, ale mimo wszystko – jest, jak to się mówi i to powiedzenie bardzo mi się podoba – na ostatnich nogach, więc nie mam sumienia jakoś specjalnie obarczać jej pracą. Przeciwnie – zasuwam jak mały samochodzik, żeby ona mogła komfortowo iść do domu na kanapę o przyzwoitej porze.
Efekt jest wiadomo jaki – w domu tylko nocuję, i to dużo za krótko. Mój organizm z przemęczenia zaczyna bzikować i wydziwia nieziemsko, zwłaszcza w questii żywieniowej, a objawia się to na przykład tym, że dziś na kolację z dużą przyjemnością (co normalnie mi się raczej nie zdarza) pochłonęłam tonę chemii w najczystszej postaci, czyli cheeseburgera oraz dwa muffiny czekoladowe z macdonalda i smakowały mi, cholera, tak, że zjadłabym jeszcze ze dwa, gdybym je tylko miała.
Ale to nie koniec historyjki. Bo jeśli przez chwilę miałam złudzenia, że jak już szczęśliwie zamkniemy ten numer wraz z przyległościami, co nastąpi w przyszły piątek, to będę mogła sobie chwilę odsapnąć – głęboko się myliłam. Za chwilę czekają mnie dwa wyjazdy służbowe, jeden pod koniec września, drugi na początku października, i sytuacja z nawałem pracy powtórzy się ta sama, co na okoliczność urlopu, tylko że gorsza, bo tym razem z robotą, którą zawsze robimy we dwie, będę sama, ponieważ zastępstwo za młodą mamę przyjdzie dopiero w listopadzie.
A jutro miałyśmy z Córcią jechać z wizytą do jednego mojego znajomego, ale wszystko mi mówi, że nie pojedziemy – sama myśl o spędzeniu poza domem prawie całego dnia mnie paraliżuje, ponieważ to oznacza, że odpoczynek w weekend skróci mi się do jednego dnia. A i to nie całkiem jest prawda, bo jutro wieczorem wraca z wakacji mój Synek, a w powyjazdowym zamieszaniu o odpoczynku trudno mówić. A ja po prostu muszę odetchnąć choć troszkę, bo przyszły tydzień będzie jeszcze gorszy niż ten, a i następne też nie lepsze.
Ale za to obiecuję Wam, że jutro, a najdalej pojutrze napiszę wszystkie zaległe maile.
A teraz zasuwam z psem na spacer i spać, bo już przestaję odróżniać „b” od „d”, a zwłaszcza od „p”, i przysięgam, że wstanę jutro nie wcześniej niż w południe.


  • RSS