hustawka-czarownicy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2006

Za krótko, za mało, ale za to intensywnie i z mnóstwem wspaniałych wrażeń. I wzruszeń. Bo ja tak mam. Wprawdzie nie mam generalnie z ludźmi jakichś strasznie złych doświadczeń ani nikt mi w życiu nie zrobił aż takiej krzywdy (no, może poza Nieboszczykiem), żebym miała podstawy mieć ogólnie o gatunku złe zdanie, ale i tak w sytuacjach, kiedy spotykam się z bezinteresowną, szczerą serdecznością, ciepłem i sercem, to się strasznie wzruszam. Więc jestem po urlopie wzruszona. Spędziłyśmy z Córcią kilka dni w domu, w którym takie wzruszenia przytrafiały mi się co chwila, u cudownych ludzi. A właściwie Ludzi. Dziękujemy.
A na dodatek miałyśmy takie widoki:

Photobucket - Video and Image Hosting

Photobucket - Video and Image Hosting

I takie:

Photobucket - Video and Image Hosting

Photobucket - Video and Image Hosting

Photobucket - Video and Image Hosting

I jeszcze takie:

Photobucket - Video and Image Hosting

Ach…
A potem trzeba było wracać. Wymyśliłam, że aby uniknąć kilku pociągowych przesiadek, pojedziemy pekaesem, który zasuwa bezpośrednio do Warszawy. Pomysł był z jednej strony kuszący, a z drugiej ryzykowny, ponieważ Córcia, psia mać, ma chorobę lokomocyjną, ale nakarmiłam ją aviomarinem i w drogę. Konkretnie dwiema tabletkami, przed podróżą. Po mniej więcej pół godzinie w pekaesie Córcia stwierdziła, że jednak jest jej niedobrze. Dałam jej jeszcze jedną tabletkę. Po kolejnej pół godzinie z męką w głosie zeznała, że aviomarin to bujda na resorach i nie działa. Dałam więc kolejną, i to już była czwarta. I po tej czwartej tabletce aviomarinu Córcia z rozmemłanym uśmieszkiem na ustach oraz lekko zamglonym wzrokiem stwierdziła, że to cudowne lekarstwo, że czuje się doskonale, że genialnie się jedzie tym pekaesem, że ona już do końca życia będzie jeździła wyłącznie pekaesami oraz jeszcze parę innych głupot, których nie zacytuję, a następnie zapadła w drzemkę i oprzytomniała dopiero po sześciu godzinach podróży, na dworcu Zachodnim, a i to nie do końca. Całkiem do siebie doszła dopiero po kilkugodzinnym solidnym spaniu już we własnym łóżku, do którego gruchnęła się natychmiast po wejściu do domu. Jednym słowem – ućpałam własne dziecko. Na usprawiedliwienie mam tyle, że dojechałyśmy do domu bez atrakcji w rodzaju awaryjnego używania torebki foliowej oraz że Córcia sama stwierdziła, że woli tak niż latać po dworcach PKP w ramach niekończących się przesiadek.
Kropka stęskniła się za nami strasznie – rzuciła się na nas w ramach powitania tak, że całe ręce miałyśmy w śladach po jej zębach. Bo ona i na co dzień jest zaganiaczem stada: łapie człowieka zębami za rękę i prowadzi na ogół do mojego pokoju – co chwila nas tak wszystkich gromadzi w jednym miejscu. Tym bardziej po naszej kilkudniowej nieobecności: pilnowała, żebyśmy jej gdzieś nie przepadły i robiła to bardzo intensywnie.
W przeciwieństwie do Synka. Niecałą godzinę po tym, jak się podniosłyśmy z Córcią z łóżek (zapomniałam napisać, że wróciłyśmy o szóstej rano i trzeba było trochę odespać te nocne wojaże) i zdaniu krótkiej żołnierskiej relacji, co robił, jak nas nie było oraz wyrażeniu opinii, że w zasadzie jak dla niego to wróciłyśmy o parę dni za wcześnie, poleciał się spotykać z – jak sam mówi – swoją przyszłą żoną. Jak to było? Opuścisz ojca swego i matkę swoją?
A dziś proza życia. Rano chlasnął mnie po głowie budzik, potem praca – od razu napadły na mnie jakieś sprawy, które czekały na mój powrót. Zdecydowanie uważam, że człowiek po urlopie, nawet takim krótkim, powinien mieć jeszcze ze dwa dni półurlopu na zaaklimatyzowanie się w robocie.
No i hit dnia – po miesiącu z kawałkiem wiszenia na liście rezerwowej Córcia dziś dostała się na studia. Jutro musi złożyć dokumenty, zapłacić za legitymację i indeks i takie tam formalności. No i mam dwoje studentów w domu. A dopiero co się urodzili, dopiero co mnie szwy ciągnęły po porodach, dopiero co zmieniałam pieluchy…

No i nadejszła wiekopomna chwila – jestem na urlopie! Wprawdzie to tylko tydzień, bo więcej mi się nie udało wziąć – a raczej dostać – ale dobre i tyle. Na razie odgruzowuję różne zaległości, które mi się narobiły na skutek ciągłego zapracowania: urzędowe, domowe i w kontaktach międzyludzkich. Odgruzowywać będę jeszcze jutro, a pojutrze z samego rana – jak wszystko dobrze pójdzie – wyjeżdżam. Jedziemy z Córcią w miejsce, które znam wyłącznie z opowiadań i coś mi mówi, że tam będzie cudownie. I choć lubię moją pracę jak nie wiem co, to mam nadzieję przez cały ten czas nie pomyśleć o niej ani razu.

Mój pies, tak samo jak ja, jest nocnym markiem. W praktyce oznacza to, że na poranny spacer budzi się nie wcześniej niż o dziesiątej godzinie, za to na wieczorny wychodzi o takiej porze, kiedy większość ludzi już śpi. A że latem spanie odbywa się przy otwartych oknach i balkonach, to podczas spacerów po naszym osiedlu czasem słyszymy dobiegające z mieszkań bardzo różne dźwięki. Zazwyczaj jest to chrapanie, tyle że w różnych tonacjach i odmianach. Wysokich i niskich, durowych i molowych, pojedyncze i seriami, donośne jak warkot traktora i szemrzące jak pomruk silnika beemki, jednostajne jak ruch jednostajnie przyspieszony i modulowane jak walc wiedeński lub argentyńskie tango. Ale wczoraj słyszałyśmy coś, przy czym chrapanie nawet w rytm jive’a czy quick stepa wysiada. Aż Kropka stanęła w miejscu jak wryta i postawiwszy uszy na sztorc, całkowicie znieruchomiała na dobrych kilka minut. No nie, nie jestem w stanie wymyślić takiej onomatopei, która by choć w części oddała to, co słyszałyśmy. Opisać też nie dam rady. Dość powiedzieć, że były to dźwięki obejmujące ze cztery oktawy, jak nie więcej. Na dwa głosy. A nie dam sobie ręki uciąć, czy przypadkiem nie na trzy.

Wszyscy narzekają na upał – ja wręcz przeciwpołożnie. Ja jestem cała szczęśliwa. Takie temperatury w okolicach dwadzieścia pięć celsjuszy oraz mocno powyżej to ja lubię, a nawet wolę. Można chodzić z gołymi nogami. Można na siebie założyć jedną sukienkę i się nie marznie. Można wracać z pracy krokiem spacerowym, powoli, niespiesznie i z dostojeństwem, delektując się słońcem, ciepłem i światłem, zamiast – tak jak zimą – zasuwać biegiem, byle prędzej do domu, do ciepłego. Pranie na powietrzu schnie z prędkością światła i pachnie słońcem i wiatrem. W sobotę z poranną kawą można się rozsiąść na leżaku na balkonie. O dziewiątej wieczorem jest jeszcze widno, więc życie kwitnie i się rozwija. A o zmierzchu znów można usiąść na balkonie w leżaku i w ciepłych podmuchach nocnego wiatru przywołać te wszystkie nastrojowe wakacyjne wspomnienia z dzieciństwa, pachnące dojrzałym żytem, świeżo skoszoną trawą, zielonymi papierówkami, dalekim wieczornym szczekaniem wiejskiego psa, szelestem liści wielkiej lipy o bardzo grubym pniu, która rosła tuż przy płocie i pod którą wieczorami Głupia Baśka śpiewała wymyślane przez siebie piosenki. Jednym słowem – jest cudownie.
Jedyne, co mi dolega, to to, że i w nocy jest gorąco i spać nie można, bo się prześcieradło lepi do człowieka. To są uroki zaposiadania mieszkania od zachodniej strony – słońce świeci prosto w okna aż do późnego wieczora, póki nie zajdzie, i tak się chałupa nagrzewa, że zanim doczekam, aż temperatura spadnie do poziomu umożliwiającego zaśnięcie, czyli mniej więcej dwudziestu stopni na zewnątrz, a dwudziestu czterech-pięciu wewnątrz, to się robi czwarta nad ranem. Dlatego ostatnio notorycznie chodzę niewyspana. Ale takie niedogodności to ja mogę znosić. I kompletnie nie pojmuję ludzi, którzy jeszcze tak niedawno straszliwie narzekali, że zimno, że już dość, że kiedy wreszcie będzie lato, a teraz, gdy już je mają, a nawet bardzo mają – też im, querwa, źle.
Poza tym lato ma tę zaletę, że są wakacje, a w czasie wakacji Warszawa się robi bardzo przyjemna. Zimą też ją lubię – to moje miasto, tu się urodziłam, tu całe życie mieszkam, tu mam dom, bliskich, przyjaciół, moje miejsca i moje wspomnienia. Ale w czasie wakacji… W autobusach pusto, w tramwajach pusto, nie ma korków, nie ma tłoku, nie ma takiego pędu i pośpiechu. Latem Warszawa zaczyna żyć życiem normalnym – nawet na moim Grochowie o drugiej w nocy po ulicach przechadzają się ludzie, a już w centrum to się można poczuć prawie jak na Champs-Elyses: kawiarnie otwarte do późna, w ogródkach wszystkie stoliki zajęte, ulicami spacerują przechodnie, a od świateł jest jasno jak w dzień. Zimą to jest nie do pomyślenia, zimą jak się o dziesiątej wieczorem uświadczy człowieka na Nowym Świecie to cud. Chyba że jakiegoś przemykającego kurcgalopkiem, skulonego z zimna pojedynczego ducha.
No i latem można iść na urlop. Jeszcze dwa tygodnie…


  • RSS