hustawka-czarownicy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2006

Po kilku dniach intensywnej i bardzo śmiesznej (z punktu widzenia człowieka, rzecz jasna) nauki latania, mały, choć ma jeszcze kilka żółtych piórek na głowie, został uznany za dorosłego osobnika. Na zdjęciu gołębia rodzina w czasie ostatniej lekcji, tuż przed odlotem, mały jest pierwszy z lewej.

Photobucket - Video and Image Hosting

Jego dorosłość przejawia się tym, że lata sobie gdzieś za swoimi sprawami już sam, a nie pod czujnym okiem rodziców. Myślałam, że w tym momencie nastąpi pożegnanie z gołębią rodziną. Ale on, niestety, na noc wciąż jeszcze wraca do gniazda, to po pierwsze. A po drugie, jest jeszcze jedno niestety, i to dużo, dużo większe. Gołębia mamuśka, wypuściwszy małego spod swoich skrzydeł w samodzielność, dzisiaj wieczorem na moich oczach zniosła sobie w mojej doniczce nowe jajko.

Photobucket - Video and Image Hosting

I teraz nie dość, że urzędują w niej oboje, to jeszcze szansa na to, że się niedługo wyprowadzą, upadła. Aaa!!!

Takie maleńkie robaczki wielkości przecinka i koloru rdzy, które się biorą nie wiadomo skąd, z powietrza chyba, bo nie zaobserwowano, żeby wyłaziły skądkolwiek, i rozłażą się po całym zlewie w ilości tryliardów? Odporne na większość dostępnych na rynku środków czyszczących, które człowieka by zabiły jedną tysięczną ilości, jaka została zużyta na to tałatajstwo, oraz na płyn na prusaki i inne płyny na robactwo.
Czy ktoś wie, co to jest i jak to zabić?!

Pieniądze zawsze były moim problemem. Nie to, że mam ich za mało albo za dużo (nie wiem, co jest bardziej kłopotliwe), tylko to, że nad nimi nie panuję. Nigdy nie wiem, ile dokładnie mam na koncie, nigdy nie wiem, ile mam w portfelu. Gdyby mnie ktoś zapytał, ile kosztuje cukier albo kilo mąki, nie odpowiem. Nie dlatego, że nie chcę, tylko dlatego, że nie wiem. Nie mam pojęcia nawet, jakiego rzędu mogą to być sumy: złoty pięćdziesiąt czy trzy złote. I nie dlatego, że mnie to nie obchodzi albo mam za dużo kasy i jest mi wszystko jedno, ile wydaję, tylko dlatego, że takie informacje w ogóle nie chcą się mnie trzymać. Zanim dojdę te pięćdziesiąt metrów ze spożywczego do domu, już zapominam, ile zapłaciłam, choć bardzo staram się to zapamiętać. Cenę sokowirówki, którą kupiłam niedawno, pamiętam w przybliżeniu – około dwustu złotych. Założę się o wszystkie pieniądze świata, że za dwa tygodnie nie będę pamiętać i tego. W takich sytuacjach zazdroszczę pewnej mojej znajomej, która historię swoich zakupów zna z dokładnością do dziesięciu groszy i jakby ją tak poprosić, to by z pamięci zrobiła wydruk z ostatnich trzech miesięcy jak historię rachunku w banku.
Nie umiem oszczędzać. Ale nie w sensie, że odkładać co miesiąc jakąś kwotę i jej nie wydać (choć to też), tylko nie umiem być oszczędna. Nie potrafię tak jak moja teściowa za czasów, kiedy była sprawna i poruszała się sama po mieście (a poza tym utrzymywała ze mną kontakty i opowiadała mi o takich rzeczach) – jechać w drugi koniec miasta po olej, bo tam był tańszy o 50 groszy niż w sklepie pod jej domem. Nawet nie przychodzi mi do głowy, żeby godzinami stać w kolejce na poczcie, żeby opłacić rachunki, bo prowizja jest o złotówkę mniejsza niż w moim banku, w którym załatwiam te sprawy w pięć minut. Przez gardło by mi nie przeszła propozycja, jaką moja znajoma złożyła hydraulikowi, który jej robił remont w łazience: „Ale mam nadzieję, że mi pan obniży cenę za te krany? W końcu podesłałam panu już dwie kolejne klientki”. Ach, przypomniało mi się, jak pewien facet miał do zapłacenia urzędowi skarbowemu 58 groszy (słownie: pięćdziesiąt osiem). Stwierdził, że nie zrobi przelewu bankowego, bo to będzie kosztować 4 złote, ani nie wpłaci na poczcie, bo to też ze 3 złote kosztuje. Zresztą obiektywnie bez sensu jest płacić 4 złote prowizji za przelew na 58 groszy. Udał się więc do rzeczonego urzędu na własnych nogach, żeby ominąć te prowizje i wpłacić bezpośrednio w kasie. I wpłacił, tyle że pani, zanim wypełniła wszystkie dowody wpłaty i temu podobne kwity, kazała mu kupić znaczki skarbowe za 5 złotych.
Wracając do ad remu. Jeśli uważam, że coś jest za drogie, to się nie targuję ani nie szukam sklepu, w którym będzie taniej, tylko tego nie kupuję. Nie umiem się targować. Na bazarze w Egipcie zrobiłam korzystne zakupy tylko dlatego, że był ze mną znajomy, który robił to za mnie (tam, jak wiadomo, targowanie się to wręcz obowiązek i wszystkie ceny są celowo zawyżone, właśnie po to, żeby kupiec miał z czego opuścić). Historia, która przydarzyła się mojej koleżance na bazarze w Turcji, równie dobrze mogłaby przydarzyć się mnie: kiedy chciała kupić przyprawy, a Turek na straganie podał cenę wyjściową ze cztery razy większą niż faktyczna, to ona po prostu wyciągnęła pieniądze i facet sam z siebie musiał jej tę cenę obniżyć, żeby nie przepłaciła.
Wprawdzie zanabyłam niedawno skórzany płaszcz taniej niż było na metce, ale to przez przypadek. Włóczyłyśmy się z moją przyjaciółką L. po Galerii Mokotów i w pewnym momencie weszłyśmy prosto na te płaszcze. Prawdę mówiąc, one niemal zastąpiły nam drogę. Idealnie w naszych rozmiarach. Dla niej ciut większy, co ma znaczenie o tyle, że jak przyszło co do czego, to się okazało, że cena na nim była niższa niż na moim. Więc się uprzejmie zapytałyśmy panią obsługantkę, skąd ta różnica, na dodatek taka nielogiczna, że większy jest tańszy, a mniejszy droższy. Pani najpierw się upewniła, że chcę go kupić, a potem po pierwsze, wyjaśniła, że mój, choć taki sam, musiał być z innej dostawy i dlatego ma inną cenę, a po drugie, szybciutko porozumiała się z menedżerem sklepu i cenę mi obniżyła.
Parę razy podejmowałam bohaterskie próby zapanowania nad pieniędzmi, w formie mocnego postanowienia, że będę skrupulatnie notować wszystkie wydatki, żeby wiedzieć, co ile kosztowało, ile na co wydałam, ile w ogóle wydałam, a ile jeszcze mam. Zgubiłam się w swoich własnych notatkach, to po pierwsze. A po drugie, kiedy się jako tako odnalazłam i próbowałam to wszystko policzyć (z pomocą kalkulatora, naturalnie), to mi za każdym razem wynik tych wszystkich dodawań i odejmowań wychodził całkiem inny.
Dlaczego o tym piszę? A dlatego, że ze dwa tygodnie temu kupiłam mojemu synowi adidasy. Wobec dalszego rozwoju wypadków nie od rzeczy będzie wspomnieć o ich cenie – trzy stówy mianowicie. Nie zrobiłam wcześniej żadnego, jak to się teraz mówi, researchu cenowego w piętnastu sklepach, ale on zrobił, z wynikiem takim, że wszędzie ten sam model kosztuje mniej więcej tyle samo, bo przecież różnica pięciu złotych przy takiej kwocie się nie liczy. Poszliśmy, kupiliśmy i gites. A tymczasem kilka dni temu mój syn dzwoni do mnie w środku dnia i mówi: „Byliśmy dziś z A. (to jego narzeczona) na zakupach i wiesz, co widziałem? Moje adidasy o 90 złotych tańsze!”.
Oczywiście, zaklęłam w tamtym momencie szpetnie. Wychodzi na to, że questia finansów zawsze mnie będzie przerastać. Chyba po prostu taka moja karma, że to nie ja roluję pieniądze, tylko one mnie.


  • RSS