hustawka-czarownicy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2006

W sobotę na głównym placu niewielkiego miasteczka Ceccano w środkowych Włoszech zapłonął stos. Publicznie spalono na nim egzemplarze „Kodu Leonarda da Vinci” Dana Browna. Jestem przerażona.
Chcę od razu wyraźnie powiedzieć, żeby była między nami pełna jasność: ta notka nie jest głosem ani za, ani przeciwko „Kodowi”. W ogóle cała dyskusja wokół tej książki oraz filmu i związane z nimi kontrowersje nie są jej przedmiotem nawet w najmniejszym stopniu. W ogóle nie chodzi mi o „Kod Leonarda da Vinci”. Chodzi mi o to, że w samym sercu Europy w dwudziestym pierwszym wieku PUBLICZNIE SPALONO KSIĄŻKĘ. Byłabym tak samo przerażona nawet gdyby spalono książkę kucharską.
Po pierwsze – jest mi doprawdy wszystko jedno, w imię jakich poglądów ludzie poważyli się na rozpalenie tego stosu. Problem w tym, że krwawa historia ludzkości, pełna terroru, prześladowań i zbrodni w imię wyższych idei, których symbolem są właśnie płonące stosy, niczego, a w każdym razie niewiele nauczyła współczesnego człowieka zachodniej kultury. Tego, który się ma za najwyżej ucywilizowanego, najbardziej tolerancyjnego, otwartego i humanitarnego na przestrzeni tysięcy lat, strażnika praw człowieka i sumienie całego świata. Że nie dość, że są dziś ludzie, którzy poprzez palenie książek wyrażają swój protest, to jeszcze taką jego formę próbują uzasadniać!
No właśnie. Bo – po drugie – ludzie, którzy rzucili w ogień „Kod”, uzasadnili to tym, że „powieść ciężko obraża Jezusa”. W tym momencie Zachód powinien zaprzestać walki z islamskim terroryzmem, wyrazić moralne przyzwolenie na wszelkie wojny religijne, etniczne i polityczne toczące się na świecie, przestać się oburzać na „honorowe zabójstwa” muzułmańskich niewiernych żon, po trzykroć walnąć się w piersi za karykatury Mahometa oraz odszczekać wszystko, co przy ich okazji powiedział o wolności słowa, nie potępiać Chin za okupację Tybetu, a kibiców za zdewastowanie Warszawy.
Po trzecie – dziennikarz, który redagował informację na ten temat, skupił się na różnicy poglądów przeciwników i zwolenników „Kodu”, a fakt w najwyższym stopniu haniebnego i uwłaczającego godności człowieka spalenia książki nazwał „happeningiem” oraz „akcją”. Za jedyny komentarz posłużyło zdanie o tym, że spalenie „Kodu” to nie jest najlepszy sposób na uczczenie obchodzonego właśnie Światowego Roku Książki. Ludzie! Co ma Rok Książki do rozpalania na nowo stosów?!
Dziś spalono książkę – symbol kultury, uczuć wyższych i człowieczeństwa, wolności myśli i swobody wyrażania poglądów. Od tego dzieli nas krok od spalenia na stosie człowieka. Przeciwnika politycznego. Wyznawcy innej religii. Głosiciela innych poglądów. Miłośnika psów lub hodowcy węży. Fana zupy pomidorowej. Właściciela samochodu w kolorze żółty metalic. Faceta w niebieskiej kurtce. Kobiety z paznokciami pomalowanymi na śliwkową czerwień. Sąsiada, który ma trawę bardziej zieloną.

Wczorajsza komunia mojego siostrzeńca nie była wielką, ogólnorodzinną celebrą. Moja siostra przytomnie zaprosiła tylko chrzestnych i kilka najbliższych osób oraz swoją przyjaciółkę, w sumie było nas czternaście dorosłych osób (plus dzieci), dzięki czemu obiad w knajpie upłynął w bardzo miłej atmosferze. Bo nie wiem, jak w innych rodzinach, ale w naszej jest tak, że jak się spotka szerokie grono, to zawsze musi się wylać jakaś zupa i się robi mało przyjemnie. I nie ma się co dziwić: moja rodzina liczy coś około dwustu osób. Wśród takiej gromady zawsze znajdą się jakieś dwie, które za sobą, delikatnie mówiąc, nie przepadają. A jeszcze jak się komuś przypomną różne zastarzałe żale i pretensje sprzed dwudziestu, a niektóre to i czterdziestu lat…
Ale nie o tym miało być, tylko o prezentach. Albowiem eskalacja obyczajów prezentowych, moim zdaniem, sięga już zenitu. Gdy ja szłam do komunii, standardowy prezent to był zegarek. Jak się trafiła jakaś zamożniejsza rodzina – rower i to już był szczyt szczytów. Dziś prezenty na komunię to jest wyścig i dorosłych, i dzieci. Dorosłych w wymyślaniu, czym by tu przebić poprzednią komunię, dzieci w chwaleniu się rówieśnikom, kto dostał więcej, lepiej, drożej. Rower nie robi już na nikim wrażenia. Konsole playstation, a nawet komputery – coraz mniejsze, komórki takoż, bo w zasadzie większość dzieci już ma komórki zanabyte osobiście przez rodziców, gdy tylko przekroczyły próg zerówki. Wczorajszy „komunista” dostał na ten przykład skuter, o innych „drobiazgach” i mnóstwie, jak na dziewięciolatka, kasy w gotówce nie wspominając. Jeszcze parę lat, i dzieci na komunię zaczną dostawać samochody. Ale może to jest tylko taka moja katastroficzna wizja.
Ale żeby nie było, że te prezenty to samo zło nic dobrego, jeden wczorajszy, jak się okazało, to był prezent dziejowy z misją i bardzo dobrze, że się pojawił. Na dodatek więcej radości sprawił dorosłym niż obdarowanemu dziecku. Mianowicie rolki. Otóż Cotek te rolki założył na swoje własne nóżki, zrobił w nich dwa okrążenia knajpy, w której żeśmy sobie obiadowali, a następnie doszedł do wniosku, że przy najbliższej pensji, choćbyśmy potem przez cały miesiąc mieli jeść parówki, zanabędzie taki sprzęt sobie i Córci. I będziemy się sportować i poprawiać kondycję oraz, jak już zapowiedziała Córcia, jeździć w nich do Skaryszaka.

Photobucket - Video and Image Hosting

Tak na marginesie, ten przystojniak na pierwszym planie, który wyciąga do mnie rękę, to mój syn.
I jeszcze jedno. Ponieważ moja mama nie spieszyła się z posiadaniem potomstwa, większość mojego bardzo licznego ciotecznego rodzeństwa jest ode mnie sporo starsza. Bardzo wyraźnie pamiętam z mojego dzieciństwa takie wydarzenie, gdy jedna z moich ciotecznych sióstr świeżo wyszła za mąż za faceta sporo starszego od siebie, czyli ode mnie to on był starszy jakieś minimum siedemnaście lat. Z tego powodu moja mama kazała mi mówić do niego nie dość że „wujku”, to jeszcze w trzeciej osobie. Na nic się zdała argumentacja, że on nie jest żadnym moim wujkiem, tylko mężem Basi, że do Basi mówię „ty”, więc i do niego będę. Dla mojej mamy wystarczającym powodem był jego wiek. Dziś na szczęście tak nie jest, a nawet poszło krok dalej. Dziś moje dzieci do mojej ciotecznej siostry Joli mówią po imieniu. Dzieci mojej ciotecznej siostry Danusi mówią do mnie „ciociu” raz na rok, dla jaj. I, moim zdaniem, słusznie: wszyscy jesteśmy już dorosłymi ludźmi i chyba bym umarła ze śmiechu, gdyby mój siostrzeniec, trzydziestokilkuletni, żonaty i dzieciaty facet, zaczął na poważnie mówić do mnie „ciociu”.
Ale to nie tylko o to chodzi. Chodzi o to, że ta sztywność form z czasów mojego dzieciństwa i wytworzony w ten sposób dystans doprowadziły do tego, że z większością mojego ciotecznego rodzeństwa nic mnie nie łączyło i nie łączy, bo zbyt byliśmy sobie wtedy obcy, żebyśmy dziś choć próbowali się do siebie zbliżyć. Efekt jest taki, że o ile jeszcze od biedy znam ich dzieci, o tyle ich zięciów, synowych i wnuków już nie. Wyjątek to tych kilka sióstr, które są w moim wieku i razem bawiłyśmy się w piaskownicy, więc nasza bliskość od najmłodszych lat była naturalna. Nie było między nami barier sztucznego szacunku czy cholera wie, co tam sobie moja mama wyobrażała. To, że i ja, i moje siostry pozwalałyśmy i pozwalamy naszym dzieciom na pewną swobodę w odnoszeniu się do nas, osób starszych i z innego pokolenia, otwiera przed nami możliwość naprawdę szerokiego kontaktu. Inaczej i o czym innym rozmawia się z kimś, do kogo się mówi „proszę cioci”, a inaczej, gdy się mówi po prostu „ty”. Dzięki temu moje dzieci przynajmniej z tymi moimi kilkoma siostrami i ich dziećmi są blisko i w odniesieniu do nich wiedzą, co to są więzi rodzinne.

W zeszłym roku w majowy weekend razem z Córcią odbywałyśmy długie, relaksujące spacery po pięknym, celowo lekko zdziczałym parku, usytuowanym w samym środku lasów Jury Krakowsko-Częstochowskiej, wystawiając twarz do ciepłego, wiosennego słońca, godzinami siedziałyśmy na basenie (bo ja za bardzo sportowy człowiek nie jestem, ale pływać uwielbiam), a wieczorami leżałyśmy martwym bykiem, delektując się słodkim nicnierobieniem i trawiąc wszystkie te pyszności, które wchłonęłyśmy na kolację i do których przyrządzenia nie musiałyśmy się nawet palcem dotknąć.

Photobucket - Video and Image Hosting

Photobucket - Video and Image Hosting

Photobucket - Video and Image Hosting

Photobucket - Video and Image Hosting

Photobucket - Video and Image Hosting

W tym roku nie dość, że ciągle leje i jest zimno, nie dość, że jestem przeziębiona i siedzę w domu w polarowym dresie i skarpetkach, to jeszcze musiałam wczoraj iść, cholera, do pracy!


  • RSS