hustawka-czarownicy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2006

Jakieś mnie ogarnęło zmęczenie wiosenne. Słońce świeci, drzewa się zielenią, a ja nie. Nawet temperatura skoczyła do przyzwoitego poziomu, a mnie energia spada poniżej poziomu morza. Napisanie nowej notki wydaje mi się zadaniem ponad siły. Dlatego dziś pójdę na łatwiznę i zamiast notki będzie, co mi dobrzy ludzie przysłali mailem. Podobno autentyczna rozmowa, jaka odbyła się u wybrzeży hiszpańskich przez radio.

Hiszpanie: Tu mówi A-853. Zmieńcie kurs o 15 stopni, by uniknąć kolizji, idziecie wprost na nas, odległość 25 mil morskich.
Amerykanie: Sugerujemy wam zmianę kursu o 15 stopni na północ.
Hiszpanie: Odmawiamy. Powtarzamy: zmieńcie kurs o 15 stopni na południe, aby uniknąć zderzenia.
Amerykanie: Tu mówi kapitan jednostki morskiej Stanów Zjednoczonych Ameryki. W dalszym ciągu sugerujemy, zmieńcie swój kurs o 15 stopni na północ, aby uniknąć kolizji.
Hiszpanie: Nie możemy podjąć takiej decyzji, bo nie jest możliwa. Zmieńcie swój kurs o 15 stopni na południe, inaczej dojdzie do kolizji.
Amerykanie: Tu mówi kapitan Richard James, dowódca lotniskowca USS „Lincoln” Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych! Drugiego co do wielkości okrętu floty amerykańskiej! Jednocześnie informuję, że jesteśmy eskortowani przez cztery okręty podwodne, sześć niszczycieli i dwa krążowniki i udajemy się w kierunku Zatoki Perskiej w celu przeprowadzenia manewrów! Nie sugeruję, a żądam, byście zmienili kurs o 15 stopni na północ!!! W przeciwnym razie będziemy musieli podjąć działania konieczne do zagwarantowania bezpieczeństwa okrętu i zjednoczonej siły tej koalicji!!! Wy należycie do państwa sprzymierzonego, jesteście członkiem NATO i tej koalicji!!! Żądam stanowczo podporządkowania się i zmiany kursu!!!
Hiszpanie: Tu mówi Juan Manuel Salas Alcantara. Jesteśmy we dwóch, eskortuje nas nasz pies, mamy ze sobą jedzenie, dwa piwa i kanarka, który teraz śpi. Mamy za sobą poparcie Radia La Coruna i kanału 106 alarmów morskich. Nie udajemy się w żadne miejsce i mówimy do was z latarni morskiej A-853, z wybrzeża Galicji. Nie mamy żadnej informacji, które miejsce zajmujemy w rankingu wśród hiszpańskich latarni morskich. Możecie przedsięwziąć środki, na jakie wam tylko przyjdzie ochota, by zapewnić bezpieczeństwo waszego okrętu, który za chwilę rozbije się o skały. Dlatego jeszcze raz sugerujemy zmianę kursu o 15 stopni na południe, aby uniknąć kolizji, OK?

ALLELUJA

19 komentarzy

Chciałam w tym roku pominąć Wielkanoc milczeniem, bo nie jest to dla mnie ani na tyle dolegliwe, ani zachwycające mnie wydarzenie, żeby się o tym rozpisywać. Tymczasem okazało się, że nie mogę nie napisać. Z powodu tych wszystkich wspaniałych życzeń świątecznych, jakie dostałam mailem od Was, moich wirtualnych znajomych. Dziękuję Wam bardzo! Za ciepłe słowa, za czas, jaki mi poświęciliście, za wiosennie kolorowe kartki świąteczne. Wszystkim bardzo dziękuję.
I wszystkim życzę ciepłych, radosnych i spokojnych Świąt.
Cotek

Ta notka jest naturalną konsekwencją komentarzy pod poprzednią. Po prostu: gdy skończyłam odpisywać Bogdzie i Wilkocicy, okazało się, że raczej trudno mi będzie taką ilość tekstu wkleić do komentarzy.
Bogda (a w zasadzie wszyscy komentujący) poruszyła tyle spraw i problemów, że wystarczy ich na parę następnych notek, nie tylko na jedną. Więc chwilowo ograniczę się do kilku z nich, a kwestię relacji między mężem i żoną, empatię, wzajemną troskę, miłość itd. na razie pominę, bo nie o to chodziło.
Rzecz w tym, że kobieta i mężczyzna wobec dzieci i rodziny, którą stworzyli, mają takie same obowiązki i ponoszą za nią równą odpowiedzialność. Jeśli jedno odchodzi, zostawiając drugie na lodzie (i naprawdę nie ma znaczenia, kto kogo), wyrządza mu ogromną krzywdę, że o dzieciach nawet nie wspomnę. Tymczasem głęboko w mentalności ludzi tkwi przekonanie, że za rodzinę żona odpowiada bardziej, a mąż mniej, że ona powinna starać się bardziej, a on może mniej. Dowodem jest nie tylko film, o którym pisałam poprzednio, i cały jego „podprogowy” przekaz, ale także wypowiedzi Bogdy pod poprzednią notką. Wciąż jest tak, że gdy odchodzi kobieta, zostawiając dzieci z ojcem, w powszechnej opinii zostaje dziwką, latawicą, kobietą bez serca. Gdy odchodzi mężczyzna, zostawiając dzieci z matką, to ma na to społeczne przyzwolenie, i nie tylko znajdzie się dla niego parę usprawiedliwień, ale zaraz ktoś dorobi ideologię (np. poszukiwanie sensu życia) i jeszcze uczyni z niego bohatera w glorii i chwale.
W czasach, kiedy Nieboszczyk był moim mężem i podejmowałam samotną walkę (bo jemu było z tym dobrze) z jego alkoholizmem, przeprowadziłam z nim miliony rozmów. W każdej prędzej czy później dochodziliśmy do pytania, dlaczego. W jakimś momencie zrozumiałam, że odpowiedź na to pytanie nie istnieje (po prostu: alkoholik jest alkoholikiem dlatego, że jest alkoholikiem), ale zanim to nastąpiło, on mi zawsze próbował tłumaczyć, i zawsze tak samo: „Piję, bo mam problemy, a kiedy nie jestem trzeźwy, mogę o nich nie myśleć”. Ja mu na to, że nie znam człowieka, który by nie miał problemów, ale gdyby każdy chciał je w ten sposób rozwiązywać, to cały świat na okrągło chodziłby narąbany, tymczasem większość ludzi jednak jest trzeźwa. To jest tylko przykład tego, o czym rozmawiamy: pewnego sposobu myślenia. Facetom (oczywiście, bez generalizowania, bo może nie wszystkim) nie przychodzi do głowy, że problemy można przezwyciężyć. Że w zasadzie nie istnieje coś takiego, jak rozwiązanie problemów, bo ledwo się człowiek upora z jednym, natychmiast pojawiają się następne i tak w kółko, przez całe życie. Że na tym ono właśnie polega, to życie (naturalnie między innymi, bo jak ktoś chce, to jeszcze umie się nim cieszyć) i że w imię odpowiedzialności za swoich bliskich i dla ich dobra zasuwa się od jednego problemu do drugiego po to, by rodzinie i dzieciom było łatwiej żyć. Że skoro się już tę rodzinę założyło, to ma się obowiązek o nią dbać, troszczyć się i działać dla jej dobra, bez względu na to, jak wielkie się ma problemy z samym sobą. Za to bardzo łatwo wpadają na pomysł, że można przed problemami uciec i niech się z nimi buja kto inny. Żona.
A przecież żony też mają wątpliwości, egzystencjalne pytania, duchowe rozterki i problemy, tylko że w momencie, gdy zostają same z całą odpowiedzialnością za swoje dzieci, to mogą sobie te swoje rozterki wsadzić w buty i popchnąć wyciorem od armaty. Nikt ich nie pyta ani o rozterki, ani o problemy, a już najmniej dzieci, którym po prostu trzeba zapewnić byt i wychować.
A na sugestię Bogdy, że bohaterka filmu najwidoczniej nie troszczyła się wystarczająco dobrze o męża i na pytanie, dlaczego nie zauważyła, że on ma jakiś problem, odpowiem pytaniem: dlaczego on nie pomyślał, że jak odejdzie w siną dal szastać się po świecie, to ona będzie miała problem?

TYTUŁ

43 komentarzy

Oglądałam parę dni temu film. Dramat obyczajowy, jak napisali w gazecie. Było tak. Bohater, dobrze sytuowany mężczyzna w średnim wieku, któregoś pięknego dnia wychodzi z domu do pracy i już więcej nie wraca. Tygodniami i miesiącami snuje się po ulicach Melbourne czy innego Sydney (bo rzecz dzieje się w Australii), wśród bezdomnych i ćpunów. Zawiera znajomości, a nawet przyjaźnie, z różnymi barwnymi postaciami, outsiderami, podobnie jak on, ale znacznie bardziej pogodzonymi z życiem. Prowadzi z nimi bardzo ważne egzystencjalno-filozoficzne rozmowy o sensie życia i jego celu, o miłości i kobietach, poczuciu tożsamości, byciu sobą, wierności własnym marzeniom i wolności. W poszukiwaniu odpowiedzi na związane z tym fundamentalne pytania dotyczące jego własnego bytu obficie pomaga sobie alkoholem. Oraz zastanawia się, przed czym właściwie uciekł, opuszczając dom i porzucając poprzednie życie. Gdy zatrzymuje go policja, zarośniętego jak małpa i bez dokumentów, na pytanie, kim jest, tonem zdradzającym głęboką satysfakcję i dumę z samego siebie wygłasza złotą myśl: „Jestem sobą i ja to wiem”. Każda klatka filmu aż ocieka ciepłymi uczuciami i scenarzysty, i reżysera dla cierpień, jakich przysparzają ich bohaterowi jego rozterki duchowe. „Nie wiem, dlaczego taki jestem. Ale inny być nie umiem” – przemawia bohater głosem aktora, który w tym momencie, po mistrzowsku zresztą, robi odpowiednio boleściwą minę, a nawet zaczyna rozpaczliwie łkać, by widz nie miał wątpliwości, jaki to on jest biedny oraz nieszczęśliwy i jak bardzo należy mu współczuć.
W czasie, gdy on tak wnikliwie próbuje zrozumieć samego siebie, jego dom zostaje sprzedany na licytacji, a jego żona – by mieć z czego żyć i zapłacić rachunki – podejmuje pracę na dwóch etatach oraz próbuje wytłumaczyć dzieciom w wieku bardzo wczesno szkolnym, co się stało z ich ojcem i gdzie on właściwie jest. Oraz wozi je do szkoły, gotuje, pierze, prasuje, karmi, sprząta, opowiada bajki na dobranoc, wzywa lekarza, gdy mają gorączkę i przytula w nocy, gdy mają złe sny, pociesza, gdy płaczą, zachwyca się rysunkami, które przynoszą ze szkoły etc.
Film miał tytuł „Szukając siebie”. Ciekawe, jaki miałby tytuł, gdyby tą poszukiwaczką była kobieta.


  • RSS