hustawka-czarownicy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2006

Za naprawienie paru przewodów oraz żyrandola elektryk pobrał 50 zł. Wylewka z pełnym garniturem uszczelek kosztowała 16 zł, montaż za darmo, made własnoręcznie by Cotek. W ten oto sposób dzieci nareszcie mają górne światło w pokoju i nie kapie kuchenny kran. Niby drobiazgi, ale ile nam dały radości, kiedy nareszcie zaczęły działać jak trzeba.

W ubiegłym tygodniu prowadziłam bardzo intensywne życie wieczorno-nocne, co zaowocowało straszliwym niedospaniem i wyczerpaniem organizmu. Żebym ja jeszcze imprezowała albo coś w tym guście, to może nie byłoby mi tak żal. Niestety, zarwałam kilka nocy z powodu pracy. Tak czy inaczej, ja już jestem w takim wieku, że nawet jedna nieprzespana noc odbija mi się potem przez dwa tygodnie, a co dopiero kilka. W efekcie przez ostatnich parę dni spanie to jest moja podstawowa forma działalności i nawet mogę sobie na to spokojnie pozwolić, bo właśnie udało mi się wyrwać kilka dni urlopu, więc odpoczywam, odpoczywam na maksa. Ach, gdzie te czasy, kiedy człowiek przebalował trzy noce z rzędu, a następnie w doskonałej formie ochoczo zasuwał rano do pracy! Ale to jest tylko dygresja, na dodatek mało twórcza, bo na upływ czasu i wiotczenie tkanek się nie ma żadnego wpływu. Wracam do rzeczy. Ponieważ spanie to ostatnio wątek wiodący w moim życiu, a więc i notka będzie z tym związana.
Ludzie są różnie skonstruowani, i bardzo dobrze, bo dzięki temu świat zasuwa do przodu. Niemniej jedni są skonstruowani trochę lepiej, a inni trochę gorzej. Jeśli chodzi o spanie – ja należę akurat do tej drugiej kategorii. Kiedy patrzę na moją córkę, która obudzona po trzech godzinach snu, w sekundę jest przytomna i wygląda i działa jakby była w szczytowej formie w ciągu dnia – pękam z zazdrości. Albowiem ja moje budziki nastawiam tak, by dzwoniły pół godziny wcześniej niż trzeba. Te pół godziny jest mi potrzebne na to, by w ogóle dzwonienie usłyszeć, powoli otworzyć jedno oko, potem drugie, przypomnieć sobie, jak się nazywam i jaki mamy dzień tygodnia, uświadomić sobie, że to nie weekend i trzeba iść do pracy, a następnie wykonać wysiłek zwleczenia się z łóżka. Wszystkie czynności rano wykonuję w zwolnionym tempie, ponieważ powietrze stawia mi opór jakby miało konsystencję galarety, a ja nie mam siły z nim walczyć. Dlatego zanim wyjdę z domu, mija w najlepszym razie półtorej godziny. Jeśli chodzi o jakąkolwiek aktywność umysłową, to ona u mnie rano nie istnieje. Moje dzieci już się nauczyły, że rano się ze mną nie rozmawia, a nawet nic do mnie nie mówi, bo po pierwsze, nie dociera do mnie sens ich wypowiedzi, po drugie, nawet gdyby dotarł, to ja nie byłabym w stanie wydobyć z siebie głosu, by coś odpowiedzieć, a po trzecie, wszelkie dźwięki przez pierwszą godzinę po przebudzeniu to dla mnie tortura. Uwielbiam weekendy wcale nie dlatego, że można się wylegiwać do Bóg wie której godziny, ale dlatego, że gdy wstanę, nie muszę od razu czegoś robić, tylko mogę się powoli snuć po domu w szlafroku i niespiesznie popijając kawę, czekać, aż wróci mi życie.
Zawsze miałam z tego powodu wyrzuty sumienia i poczucie winy. Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje i takie tam inne, przez całe lata kładzione mi do głowy, zrobiły swoje. Wprawdzie nie jestem przecież idiotką i mam świadomość, że nie zrywam się z łóżka od razu po przebudzeniu nie dlatego, że nie chce mi się wyleźć spod ciepłej kołderki, ale dlatego, że nie jestem w stanie zmusić mojego ciała do jakiejkolwiek aktywności. Mimo to poddałam się powszechnemu mniemaniu, że człowiek, który rano nie jest zdolny do funkcjonowania, to zwyczajny leń, któremu się nie chce wziąć w garść.
No i proszę. Okazuje się, że to wszystko chemia. Naukowcy z Uniwersytetu Stanu Kolorado odkryli, że mózg tuż po przebudzeniu pracuje znacznie gorzej niż nawet po nieprzespanej nocy, ponieważ bardzo powoli zaczynają funkcjonować jego obszary odpowiedzialne za podejmowanie złożonych decyzji i rozwiązywanie problemów, a to z kolei spowodowane jest przedłużonym działaniem substancji chemicznych i procesów w mózgu odpowiedzialnych za dobry, zdrowy sen. Może to trwać od jednej minuty do nawet pół godziny. Badania zostały szczegółowo opisane w „Journal of the American Medical Association”, a w podsumowaniu napisano: „Wyniki te dowodzą, że osoby, które nie lubią zrywać się z łóżka nagle, ale wolą jeszcze chwilę poleniuchować, postępują całkiem racjonalnie. Dzięki temu mogą dojść do siebie i uniknąć niefortunnych zdarzeń czy pomyłek”.
Oczywiście wnioski z tych badań skierowane są głównie do ludzi, którzy po przebudzeniu muszą błyskawicznie reagować, np. pełniący dyżury strażacy czy lekarze. Chodzi o to, by zdawali sobie sprawę, że nie są wówczas w szczytowej formie i powinni odczekać parę minut, zanim podejmą decyzję mogącą mieć wpływ na czyjeś zdrowie lub życie. Wprawdzie moje błędne decyzje mogą co najwyżej mieć konsekwencje w postaci spalonego ekspresu do kawy (do czego kiedyś o mało nie doszło, jak w porannym zamroczeniu nie nalałam do niego wody) albo wsadzenia sobie ołówka do oka podczas robienia makijażu, więc szkodliwość społeczna byłaby żadna i pewnie zupełnie nie z myślą o takich jak ja szarych obywatelach naukowcy przez trzy lata prowadzili badania. Ale i dla mnie mają one zastosowanie. Kolejny raz przekonałam się, że trzeba słuchać organizmu oraz pozbyłam się kompleksu porannego lenia.

To jest naprawdę wielki skandal i granda, żeby 10 marca padał śnieg!
Na pocieszenie – Cotek w Tajlandii. 33 stopnie ciepła były!

Image hosting by Photobucket

Wiele lat temu, kiedy na nasz świeżo kapitalistyczny rynek wchodził taki jeden bank o światowym zasięgu, żyjący z kart kredytowych o złodziejsko wysokim oprocentowaniu, rozdawał rzeczone karty na prawo i lewo. Rozdał i mnie. Przez te wszystkie lata moja współpraca z bankiem przebiegała burzliwie, ponieważ nigdy nie byłam specjalnie zdyscyplinowanym klientem. Prawdę mówiąc, byłam bardzo niezdyscyplinowanym klientem – może z pięć razy udało mi się wpłacić wymaganą kwotę minimalną w terminie, czasem dopiero po zazwyczaj bardzo uprzejmej (naprawdę) rozmowie z miłym panem z windykacji. Że nie wspomnę już o tym, że przez cały ten czas balansowałam na granicy przyznanego mi limitu, nierzadko go przekraczając. Wprawdzie niewiele, ale jednak. Mimo to bank co roku podwyższał mi limit o kolejne kilkaset złotych, a w piśmie, w którym powiadamiał mnie o tym szczęśliwym fakcie, niezmiennie używał sformułowania: „przyznajemy pani jako naszemu wyjątkowemu klientowi” itd.
Jakieś mniej więcej pół roku temu podjęłam mocne postanowienie poprawy polegające na zapanowaniu nad rachunkami, żeby mi się już nigdy nie zdarzyło, że przypadkiem znajduję w szufladzie niezapłacony kwit za prąd sprzed pół roku. I choć to brzmi nieprawdopodobnie, bo u mnie z dyscypliną kiepska sprawa – tym razem wyjątkowo jak postanowiłam, tak zrobiłam. No, może nie całkiem, ale w questii karty kredytowej odniosłam pełen sukces. Od pięciu miesięcy nie spóźniłam się z wpłatą nawet o godzinę, limitu nie przekroczyłam nawet o pięć groszy. Więcej – ponieważ z karty korzystałam wyłącznie w wyjątkowych sytuacjach, udało mi się doprowadzić do tego, że już od kilku wyciągów wstecz w rubryczce „limit do wykorzystania” widniała suma na plusie, a nie na minusie. Dumna byłam z siebie jak nie wiem co. Naprawdę.
Tymczasem dziś rano dostałam listem poleconym pismo, że na podstawie par. 21 ust. 3 lit. d regulaminu bank wypowiada mi umowę o korzystanie z karty kredytowej. I choć wygrzebanie regulaminu zajęło mi coś około pół godziny, bo oczywiście nie pamiętałam, gdzie go ciepnęłam, sprawdziłam, jak brzmi ten paragraf. On brzmi: „z powodu pogorszenia się zdolności kredytowej klienta”.

Ale nie o tych idiotycznych, według których ja i moja przyjaciółka mamy po pół balkonu, pół psa i półtora dziecka na głowę, a średnia krajowa pensja wynosi dwa tysiące z czymś. Tylko o naszych blogowych, które mają tę zaletę, że są i ona jest, bym powiedziała, kluczowa. Ale poza tym to blogowe statystyki, przynajmniej dla mnie, są niesatysfakcjonujące. Jedyne, co pokazują dokładnie, to liczba wejść dziennie. Reszta to niekompletne dane. Choć mam we wszystkich rubrykach ustawione maksymalne wartości, to moja statystyka ujawnia przede mną:
– wejścia najczęściej ze stron: 100 ze 157
– wejścia najczęściej z adresów: 50 z 573
– słowa kluczowe najczęściej występujące w wejściach z wyszukiwarek: 50 z 235
– frazy najczęściej występujące w wejściach z wyszukiwarek: 50 ze 165
Cześć i chwała twórcom Stat4u za stworzenie Stat4u, ale ja bym chciała poznać także te 185 słów kluczowych, 115 fraz, 57 stron oraz 523 adresy, które nie mieszczą się w tabelce. Zwłaszcza tych słów kluczowych i fraz nie mogę odżałować, bo te, które widzę, są dla mnie źródłem niezłej rozrywki, a co dopiero by było, gdybym miała dostęp do tych, których w statystyce nie widać?
Teraz będzie dygresja, czyli zagadnienie odkryte przypadkiem. Ponieważ wśród słów kluczowych często występuje „Cotek”, wrzuciłam je w Google, z ciekawości, żeby zobaczyć, co wyskakuje. Wyszukało mi 37 tysięcy 195 stron we wszystkich językach „dla zapytanie cotek”, jak to ładnie ujmuje Internet. Wychodzi na to, że słowo „cotek” jest dość popularne na świecie, i to w jakich zestawach!
– Cafe Cotek
– Dancingowy Cotek
– Internet dla biznesu – Factory direct representative for Cotek Electronic
– prześliczny cotek wabiący się Bodzio
– serwis poezja literatura sztuka – użytkowniczka Cotek pełni funkcję admin
– Cotek Papers UK
– Cotek der Computerladen in Laupertshausen
– EngNet – Cotek Power Products
– Emas cotek banyak terdapat di Semenanjung Malaysia dan kepulauan Borneo
Znalazło mi także sporo blogów, w których „Cotek” występował jako podpis w komentarzach. Wiele z tych blogów bardzo dobrze znam. Niestety, równie wielu nie znam i nie odwiedzałam nigdy w życiu, co oznacza, że jeszcze jakiś „Cotek” (a pewnie nawet kilka) hasa po sieci i zostawia ślady łapek. Ja tam się nie czepiam, nie mam przecież monopolu na mój nick ani niespecjalnie mnie martwi, że jakiś „Cotek” zostawił komentarz na forum o literaturze science fiction (która akurat nie jest moja ulubiona) na temat małych biustów bohaterek Sapkowskiego (które interesują mnie jeszcze mniej), bo to nie jest szkodliwe. Gorzej natomiast, że znalazłam mój pseudonim pod chamskimi komentami na jakiejś pełnej wulgaryzmów stronie. Wprawdzie nie przypuszczam, żeby trafił tam ktoś, kto zna mnie lub mój blog (chociaż, skoro ja to znalazłam bez większego trudu, to ktoś inny także może), ale na wszelki wypadek oznajmiam – tamten „Cotek” to nie ja.
Wracamy do statystyk, bo te tabelki, nawet w takiej szczątkowej formie, w jakiej występują, są naprawdę bardzo interesujące. Wprawdzie wiele rzeczy ukrywają, bo mają małą pojemność, ale i to, co pokazują, to jest ciekawy materiał do przemyśleń. Na przykład rubryka „ostatnie odwołania” pokazała, że ostatnio kilkakrotnie zaglądał do mnie ktoś z adresu proxy.trybunal.gov.pl. I tak się zastanawiam, czy ten ktoś czyta blogi prywatnie, czy służbowo?


  • RSS