hustawka-czarownicy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2006

Tak dzisiaj rano (a właściwie to już wczoraj) wyglądało nasze morze:

Image hosting by Photobucket

Tak wyglądał Cotek nad tym morzem:

Image hosting by Photobucket

A tak Cotkowa Córcia:

Image hosting by Photobucket

Tak wyglądały ptaki kołyszące się na morskich falach:

Image hosting by Photobucket

A tak ludzie:

Image hosting by Photobucket

Pytanie, komu było bardziej zimno?

Image hosting by Photobucket

ZAMARZŁAM

27 komentarzy

W zeszłym roku po fali styczniowych mrozów… A może to był luty? Już nie pamiętam, jakoś takie szczegóły nie chcą się mnie trzymać. No w każdym razie po ubiegłorocznej fali mrozów krążył wśród społeczeństwa taki dowcip, jak jeden Polak zadzwonił do swojego przyjaciela w Moskwie i mówi:
– Wołodia, mówili u nas w telewizji, że u was jakieś straszne mrozy panują.
– Nie wierz w to, co mówi telewizja. Aż tak strasznie nie jest – Wołodia na to.
– Wołodia, co ty bredzisz? Jak nie jest strasznie? Mówili, że potwornie u was zimno – zatroskał się Polak.
– Bez przesady, jest najwyżej jakieś minus dwadzieścia. Pozakładaliśmy ciepłe kurtki i rękawice i jakoś można wytrzymać.
– No to chwała Bogu. Bo mówili, że jest około minus czterdzieści.
– A, chyba że na zewnątrz. Na zewnątrz to bardzo możliwe…
Nie wiem jak wy, ale ja jestem zamarznięta. Mój blok jest dodatkowo ocieplony, kaloryfery są tak gorące, że dotknąć się do nich nie można – a w domu temperatura ledwo dochodzi do dwudziestu stopni. Siedzę w polarowym dresie i skarpetkach i się trzęsę. Gorąca herbata stygnie z prędkością światła. Z ciągłego zimna i będącego jego skutkiem wychłodzenia organizmu bolą mnie wszystkie kości i wszystkie mięśnie, i w ogóle cały człowiek. Na próby pocieszania, że za dwa miesiące będzie wiosna, reaguję agresją i mam ochotę rzucić się pocieszycielowi do gardła w celu przegryzienia tchawicy. Fajnie, że za dwa miesiące będzie wiosna, ale co przez te dwa miesiące???!!!
A w Australii tymczasem rekordowe upały – do czterdziestu stopni, żar się z nieba leje.
Ja wiem, że nikt nam nie obiecywał, że w życiu będzie sprawiedliwie. No ale żeby aż tak?!

Wczoraj w nocy przyśniło mi się, że razem z jednym kolegą z pracy Pablem wysadziliśmy w powietrze budynek na Nowym Mieście naprzeciwko domu, w którym mieszkał. On wprawdzie mieszka na Muranowie, ale co tam, w snach wszystko jest możliwe, nawet to, że mieszkał z dwiema dziewczynami, choć naprawdę mieszka sam. Więc w tym śnie siedzieliśmy u niego w kuchni i Pablo podpalił lont, który ja własnoręcznie założyłam, no a potem to już nastąpiło wielkie bum i pięciopiętrowa kamienica zniknęła z powierzchni snu.
No i wczorajszy dzień to był wybuch za wybuchem. Zaczęło się od tego, że rano, jak się właśnie wybierałam do wanny, zadzwoniła do mnie moja naczelna z wieścią, że prawdopodobnie wielka i długofalowa akcja promocyjna, którą zaplanowaliśmy od tego numeru, nie będzie mogła dojść do skutku, więc wszelkie dotychczasowe działania marketingowe są psu na budę, oraz strona w magazynie z promocją tej akcji także, co w dniu wysyłania numeru do drukarni nie jest dobrą wiadomością, bo jest to dziura, którą trzeba na biegu czymś zapełnić.
Potem zadzwoniła do mnie Iza, która, choć chora, miała przyjechać, bo trzeba było przerobić kawałek w „Kulturze” (która notabene już była w drukarni) w związku z tym, że film „Tajemnica Brokeback Mountain” dostał cztery Złote Globy, ale nie przyjedzie, bo jej ukradli samochód. Po prostu – wyszła rano przed dom i tam, gdzie miał być samochód, było pusto. Więc wiadomo – nerwy, policja. No i w ogóle sam fakt, że człowiek został okradziony. Ja naprawdę złodziejom bym w ramach kary ucinała ręce w czasie publicznej egzekucji na rynku.
Dalej było równie świetnie. Okazało się, że ta składka, którą wysłaliśmy w poniedziałek, to jej właściwie nie wysłaliśmy, bo brakuje w niej jeszcze dwóch stron reklamowych, więc drukarnia nie może drukować. A w tej, którą mieliśmy wysłać wczoraj, również brakuje strony, ponieważ jeden pan z agencji reklamowej nie może się wyjojczyć z akceptacją swojego artykułu sponsorowanego, na dodatek wyłączył komórkę, nie odbiera maili itd., więc też drukarni ta składka jest na plaster. Efekt – z czterech składek wysłanych przez dwa dni, do drukowania nadaje się właściwie tylko jedna. A jeszcze wcześniej ten pan z agencji reklamowej, jak kontakt z nim był, dobił mnie pytaniem: „A co to jest lead?”.
Sytuację opanowałam, ale z pracy wróciłam o pierwszej trzydzieści w nocy.
I niech mi ktoś powie, że nie ma proroczych snów.

A zapowiadał się taki piękny wieczór. Miałam sobie spokojnie dokończyć czytanie książki, a następnie napisać recenzję, sporządzić dwa maile, w tym jeden bardzo ważny, rozebrać nareszcie choinkę, iść z psem na wieczorny spacer. Miałam również zamiar napisać obszerną notkę na doniosłe tematy, mianowicie o mojej życiowej przygodzie z pieniędzmi (tak, tak, mój stosunek do pieniędzy, a zwłaszcza stosunek pieniędzy do mnie to naprawdę jest przygoda, a nawet awantura) i wrzucić ją na blog. Niestety, proszę państwa, tego się nie da zrobić, albowiem takie mamy okoliczności przyrody, że zimą życie zamiera, a w każdym razie mocno się skraca na skutek tego, że właściwie od jakichś sześciu godzin z okładem jest noc i na dzisiaj mój organizm już zasnął. Jeszcze chwila, a puknę czółkiem w klawiaturę zamiast w poduszkę. Zatem z wszystkich tych tak pięknie zaplanowanych rzeczy zjem tylko kolację i idę spać. Jutro też jest dzień.
PS Osobom zaniepokojonym losem psa uprzejmie donoszę, że odsiusia go któraś moja latorośl.

Jest w Warszawie taka knajpa, w której można zjeść za darmo obiad (albo kolację, jak kto woli) za mandat. Od policji, straży miejskiej czy kogokolwiek innego, kto ma prawo ukarać obywatela mandatem. Za przekroczenie prędkości, nieprawidłowe parkowanie, przechodzenie w miejscu niedozwolonym, za cokolwiek. Nawet jak krzywo popatrzysz, a ktoś uprawniony wlepi ci za to mandat. Albo wlepił, bo honorują mandaty i sprzed dziesięciu lat. Dowiedział się o tym mój znajomy od swojego znajomego, który w tej danej knajpie jest barmanem. A że był on (ten mój znajomy) żywotnie zainteresowany zagadnieniem, bo notorycznie dostaje mandaty (często nawet ze zdjęciem), udaliśmy się onegdaj na rekonesans. Bardzo miła pani poinformowała nas, że w rzeczy samej: jeden mandat – jeden darmowy posiłek dziennie, dowolny z karty, a w charakterze aperitifu przybliżyła nam nawet genezę tej dobroczynności. Nie wiem wprawdzie, co by było, gdyby nas przyszło dziesięcioro i chciało coś zjeść za jeden mandat, ale nas było dwoje i z kolacją dla dwojga nie było żadnego problemu. W tej sytuacji uznaliśmy, że trzeba by odszukać pozostałe (niezapłacone, zapomniane i w ogóle „diabli wiedzą, gdzie ja je mogłem utknąć”) mandaty.
Znajomy zadzwonił do mnie dziś. Po wymianie powitalnych grzeczności i podzieleniu się wiedzą, co słychać u mnie, a co u niego („dziękuję, wszystko w porządku”), musiało paść to pytanie:
– Znalazłeś mandaty?
– Nie znalazłem trzech – odparł, a po kilku sekundach teatralnej pauzy dodał: – Ale znalazłem osiem.
Wychodzi na to, że repertuar rozrywek kulinarnych mamy zapewniony na najbliższy kwartał. Dobra wiadomość jest taka, że jak się skończą te mandaty, co już są, to mój znajomy, jak go znam, będzie już miał następne. Jest i wiadomość zła: trzeba będzie wszystkie te mandaty prędzej czy później zapłacić. Ale skoro już są, to niech będzie z nich jakiś pożytek, a co po drodze zjemy, to nasze.

Nowy rok w pracy zaczął się świetnie. Izabel przesłała mi do skonwertowania plik, na którym zawiesił mi się komputer. I to jak! Ani go w prawo, ani w lewo, ani go zresetować, ani nawet wyłączyć i tak się bujalim z pół godziny, łącznie z wyciąganiem wtyczki z kontaktu. Za trzecim razem poszło znacznie lepiej – coś lekko drgnęło, a potem maszyna ożyła, ale włączyła mi się jakim dziwnym systemem operacyjnym, co ja go wprawdzie widziałam kiedyś na oczy, ale my w redakcji nie mamy z nim nic a nic do czynienia. Zaalarmowany informatyk postawił diagnozę – komputer znalazł w firmowej sieci pierwszy lepszy system domyślny, żeby w ogóle zadziałać, ponieważ najprawdopodobniej padł mu dysk. Przeżyłam moment niesamowitości i grozy, stanęła mi bowiem przed oczami wizja przepadniętych danych, które na tym dysku były. Rozpoczęte prace, z których nie zdążyłam zrobić kopii zapasowych. Jotpegi i empetrójki z zabawnymi i ciekawymi rzeczami, które może takie niezbędne nie są, ale przyjemnie umilają życie. Ale nade wszystko archiwum ze wszystkimi numerami z trzech lat, łącznie z zerówką, pliki-matki do różnych dokumentów, które tylko ja mam, no i kontakty ze skrzynki mailowej. To wszystko miałoby pójść w komin? Wprawdzie dałoby się odtworzyć (z wyjątkiem archiwum), ale ile to by kosztowało czasu i atłasu! Na szczęście nie poszło – po mniej więcej godzinie dłubania informatyk reanimował bestię. Wprawdzie – jak zapowiada – nie na długo, bo skoro dysk padł raz, to padnie i drugi, a przy trzecim to już nastąpi koniec jego żywota. Ale teraz to niech sobie pada. Teraz to ja już skopiowałam sobie absolutnie wszystko, z czego dotąd nie miałam kopii, nawet te jotpegi i empetrójki. Tylko archiwum skopiuję jutro, jak chłopaki przytaszczą nagrywarkę i płyty DVD, bo jakbym je chciała zgrywać na normalne, to bym ich potrzebowała ze sto. Jednym słowem – uniknęłam niezłej, a na pewno kłopotliwej katastrofy i to jest bardzo miły początek roku.
Ale jeszcze przedtem przyszła Ala i w charakterze życzeń noworocznych opowiedziała mi, co jej się śniło w nocy z Wigilii na pierwszy dzień świąt (bośmy się od świąt nie widziały). Otóż Ali się śniło, że przysiadła sobie na gościnnym krześle przy moim biurku (co na jawie zdarza jej się dość często, że tak przyłazi na pogaduchy) i zaczęła mi się żalić, że wprawdzie nie zarabia jakoś najgorzej, ale wszystko jest takie drogie i tak jakoś rozchodzą się jej te pieniądze, że nie jest w stanie nic, ale to absolutnie nic odłożyć. Na co ja jej odpowiedziałam w tym śnie: „Ala, nic się nie martw, ja zarabiam piętnaście osiemset, ale trzy czwarte idzie na rachunki i też nic nie mogę zaoszczędzić”. Więc mi Ala pożyczyła, żeby w questii wysokości pensji ten jej sen się spełnił. Nawet brutto. No to ja poproszę. Jest, oczywiście, wiele rzeczy ważniejszych od kasy, ale tak całkiem lekceważyć jej nie można, bo życie bez pieniędzy jest kompletnie niemożliwe. Poza tym ja na Ali sny nie mam wpływu. Ciekawa tylko jestem, skąd ona wzięła te osiemset?


  • RSS