hustawka-czarownicy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2005

Życie powoli wraca do normy. W pracy dziś na śniadanie miałyśmy szampana i truskawki. W domu boska cisza i anielski spokój, pies tylko czasem, tak mniej więcej raz na dzień, szczeknie na koty, koty czasem, tak mniej więcej raz na dzień, przewrócą choinkę, a poza tym błogostan – jemy ptasie mleczko, mandarynki, resztę świątecznego ciasta oraz bigosu.
Żadnej gorączki zakupowej, co mnie mocno cieszy, bo w moim wypadku jest ona wyjątkowo uciążliwa, ponieważ… No właśnie: chyba nie jestem normalna – nie umiem sobie wyobrazić, że w święta mogłoby mi czegokolwiek zabraknąć, na przykład chusteczek higienicznych, aspiryny, mleka do kawy, zmywacza do paznokci czy innych takich. Albo że przepaliłaby się żarówka w łazience, a nie miałabym zapasowej. Normalnie to nie problem – skacze się do osiedlowego sklepiku i z czaszki. A w święta wszystko pozamykane i co? Miałabym się kąpać po ciemku albo przy świecach? Chociaż, przy świecach to mogłoby być całkiem przyjemnie… No, ale nie samej. O matko, matko, co mi po głowie chodzi? Wracam do zakupów. Ten mój świr mania wszystkiego w zapasie, nawet mydła, oznacza, że zapanowanie nad przedświątecznymi zakupami to u mnie duże przedsięwzięcie logistyczne.
Żadnego gotowania. Co za ulga. Ja naprawdę wolę trzy razy wysprzątać mieszkanie, z praniem firanek, myciem okien i pastowaniem podłóg, niż ugotować jeden obiad. A przed świętami przez trzy dni nie wychodzi się z kuchni i dla mnie to jest najprawdziwsza katorga. Na szczęście już mam to za sobą. Aż do następnego roku…
Żadnych wizyt u rodziny. Zwłaszcza u mojej siostry, którą kocham nad życie, która jest moją wielką przyjaciółką i która składa się z samych zalet, ale i z jednej wady – nie zna umiaru w gotowaniu. Jak się dorwie do kuchni i do garów, to nie wie, kiedy i gdzie ma skończyć, a jej jednym obiadem dla pięcioosobowej rodziny najadłby się pułk wojska. Ona uwielbia wszystkich karmić, mało wiela, a osobiście zanosiłaby człowiekowi żarcie na widelcu prosto do ust. W drugi dzień świąt ledwo się dotoczyłam z jej pierwszego piętra do taksówki, z powodu przeżarcia, naturalnie, którego zresztą skutki odczuwam jeszcze dziś.
Jeszcze tylko sylwester i już będzie można cały ten okres świąteczny mieć z głowy. Upiję się szampanem sama we własnym łóżku i pójdę spać. Chyba że przyjedzie moja siostra, wtedy upiję się szampanem nie sama i nie w łóżku, i też pójdę spać, tylko później. Tak czy inaczej, do normalności już bliżej niż dalej.
Ale żeby nie było, że te święta były takie okropne. Tym bardziej że nie były, bo miały parę miłych akcentów, w tym jeden bardzo miły i bardzo ważny – odwiedziła nas narzeczona mojego syna. Jest śliczna i słodka. Nie chciałabym, żeby się między nimi cokolwiek popsuło (tfu, tfu, odpukać), bo oni bardzo się kochają i gdyby jedno przestało (tfu, tfu, odpukać), to drugie by tego nie przeżyło. Poza tym bardzo ją polubiłam i chciałabym mieć ją za synową.
I to by było na tyle. Za chwilę nowy rok, więc życzę wszystkim, żeby z nowym rokiem nowym krokiem. Sobie też.

ŚWIĘTA

19 komentarzy

Postanowiłam, że w tym roku o świętach pisać nie będę, wystarczy, że je muszę przygotować, a potem jakoś przeżyć. Napisałam w zeszłym, a od tamtej pory nic się nie zmieniło.
Niemniej wszystkim, dla których święta to czas radości, życzę, żeby to były naprawdę piękne dni.
Tym, którzy nie lubią i tym, co na morzu, życzę, żeby jakoś przetrwali.
Wszystkich serdecznie pozdrawiam i gorąco ściskam.

SŁOWA

8 komentarzy

Życie z naiwnego idealizmu wyleczyło mnie już dawno, ale z umiarkowanego optymizmu nie. Dlatego, wbrew wieloletnim doświadczeniom i wielokrotnym przejechaniom się na niejednym człowieku, zachowałam jeszcze resztki wiary w ludzkość. Niestety, ostatnio znów poślizgnęłam się na kimś jak na skórce od banana. Z zupełnie niezrozumiałych dla mnie przyczyn ludziom wydaje się, że liczą się tylko czyny, jeśli zaś chodzi o słowa, to mogą sobie kłapać dziobem, co im ślina na język przyniesie, bo słowa, jako byty niematerialne i nienamacalne, przelatują i gdy tylko przebrzmi ostatni dźwięk, przestają istnieć; w ostateczności potem można powiedzieć „przepraszam” i załatwione. Wcale nie załatwione. Na dodatek często tak samo ważne jak słowa, które padły, są słowa, które nie padły.
Tu mi się przypomniały dwa polskie przysłowia: „Słowo ptaszkiem wyleci, a powróci wołem” i „Słowo się rzekło – kobyłka u płotu” oraz Właściwe Słowo – jedno z zaleceń Szlachetnej Ośmiostopniowej Ścieżki w buddyzmie zen:
* Nie mówić rzeczy sprzecznych z własnymi przekonaniami.
* Dostosować swoje słowa do sytuacji.
* Nie zdradzać tego, co ktoś pragnąłby zachować w tajemnicy.
* Nikomu nie kadzić.
* Nikogo nie obmawiać.
* Nie mówić w sposób niejasny, aby podkreślić swoją wagę.
* Nie skupiać się na szczegółach.
* Nie powtarzać po raz wtóry tego samego.
* Nie mówić zbyt długo bez powodu.
* Nie wychwalać swoich osiągnięć.
* Nie mówić głośno w obecności śpiącego.
* Nie udawać wszechwiedzącego.
* Zawsze brać pod uwagę stan ducha osoby, do której mówimy.
Akurat z tym niewychwalaniem swoich osiągnięć nie całkiem się zgadzam. Więcej – uważam, że nawet trzeba, tyle że z umiarkowaniem. Natomiast cała reszta to są bardzo mądre zasady uniwersalne. Gdybyśmy się chcieli choć trochę do nich stosować, nie tylko komunikacja między ludźmi byłaby znacznie łatwiejsza i bardziej czytelna, ale i mniej byłoby konfliktów, żalu i zranionych uczuć.

Dostałam książkę kucharską. Z francuską kuchnią. Od samych nazw tych potraw można dostać zawrotu głowy, a jak człowiek wyobrazi sobie ich smak, to ma ścisk w żołądku i natychmiast robi się głodny. Na przykład:
Kurczak z rusztu z rozmarynem
Halibut en papilotte
Ziemniaki z kawiorem
Lucjan z migdałami
Sałatka z kaczki a l’orange
Kurczak w szampanie
Czekoladowo-kawowy fałszywy suflet
Mus czekoladowy
Bułeczki z makiem
Ech, żebym ja tylko lubiła gotować tak jak lubię jeść.

Moje mieszkanie ma 40 metrów kwadratowych. Dokładnie – 40,65. Mieszkam w nim ja, dwoje moich dorosłych dzieci, dwa koty i pies. Nie są to warunki komfortowe. Zresztą, darujmy sobie te eufemizmy – jest cholernie ciasno. Poprzednio mieszkaliśmy na prawie 70 metrach, ale z Nieboszczykiem. Przeprowadzka do tej klitki to była jedna z cen, które musiałam zapłacić za rozstanie z największą pomyłką mojego życia. Takie były czasy – o kredytach mieszkaniowych nikt wtedy jeszcze u nas nie słyszał, a nawet gdyby, to nikt by mi go nie przyznał, bo moja pensja wprawdzie liczyła się w milionach złotych, ale stanowiła równowartość mniej więcej obecnego półtora tysiąca. Nie miałam też rodziców, którzy kupiliby mi mieszkanie, więc musiałam zadowolić się tym, co mi przydzielono – siedem do dziesięciu metrów powierzchni mieszkalnej na osobę, według ówczesnych norm.
Tak się gnieździmy do dziś. Żadne z nas nie ma tak naprawdę kawałka własnego kąta, w którym mogłoby się odizolować, gdy ma taką potrzebę, kawałka tylko swojego terytorium i swojej prywatności, bo powierzchni mamy tak mało, że siłą rzeczy cała ona musi być wspólna. Jedynym miejscem, gdzie od biedy można się trochę schować, jest łazienka, ale i to nie na długo, bo tylko człowiek zdąży zanurzyć się w wannie z dużą pianą i przeczytać trzy zdania książki, a już rozlega się łomot do drzwi pod tytułem: „Mamooo!!! Długo jeszcze? Wyłaź, bo mi się chce siusiu!”.
Kuchnia jest wielkości dwuosobowego namiotu bez tropiku, w przedpokoju nie można się normalnie minąć – ktoś musi się wcisnąć w ścianę, żeby przejść mógł ktoś, a jak się siada przy komputerze u dzieci, to już nie ma szansy, żeby się dostać do drugiej części pokoju, bo krzesło tarasuje przejście – miejsca jest tyle, że może się przecisnąć kot, pies już z trudem. Pojemność mojego mieszkania na rzeczy skończyła się już dawno, choć obiektywnie i tak ich wcale nie mamy za dużo. Gdy przybywa nowy przedmiot (i wcale nie mebel ani nic o podobnych gabarytach, tylko na przykład kwiatek w doniczce albo tak jak dzisiaj – porządna miska do sałatek), mocno się zastanawiam, gdzie ja go właściwie postawię. Nawet jak przynoszę do domu nową książkę, to Córcia się pyta trochę z troską, a trochę z przekąsem: „Ciekawe, gdzie ty ją położysz”. Bo książek nie ma już gdzie trzymać. Ostatnio z tych, które się nie mieszczą na półkach, ustawiłam bardzo dekoracyjną wielokolumnową piramidę na górze regału z książkami u dzieci w pokoju, sięgającą pod sam sufit.
Dźwięki w tej mikroskopijnej przestrzeni tak się rozchodzą, a właściwie nie rozchodzą, że na dobrą sprawę żadne z nas nie ma szansy posłuchać muzyki jak człowiek, bo ja nie mogę znieść tego, czego słucha mój syn (jakiegoś łomotu), a z kolei Mozart ani Callas nie są jego ulubieńcami. Od razu mówię, że drzwi od pokoju jednego czy drugiego zamknąć nie można, bo zwierzęta muszą mieć swobodę w poruszaniu się po domu, nie można im blokować dostępu do misek, kuwety i ich ulubionych miejsc do spania.
Kiedyś, wiele lat temu, była taka gra komputerowa (ciekawe, czy ją jeszcze ktoś pamięta?), polegająca na tym, że po labiryncie zasuwała mysz. Ale ona nie zasuwała bez celu – jej zadaniem było przenieść przypadkowo rozrzucone kawałki sera w jedno miejsce. Trudność polegała na tym, że labirynt był jednopasmowy bez żadnych mijanek, miał kilka pułapek w postaci blokad, na dodatek jak się przepychało ten ser, to trzeba było uważać, żeby nim samemu sobie nie zatarasować drogi, zamykając się w ślepym zaułku bez wyjścia. Ponieważ nie ma gier bez rozwiązania, to i w tej ono było, a polegało na tym, że się jeden kawałek sera, który blokował dostęp do następnego, najpierw upychało w jakimś kącie, przepychało ten drugi, a potem wracało po ten pierwszy, i tak w kółko, aż cały ser znalazł się tam, gdzie powinien. Tak mniej więcej wygląda organizacja przestrzenna mojego domu. Żeby rozłożyć moją kanapę, trzeba najpierw trochę przesunąć stolik i fotel. Żeby z szafki wyjąć jeden garnek, najpierw trzeba wyjąć dwa inne. Żeby otworzyć drzwi balkonowe, trzeba dosunąć krzesło do samusieńkiego stołu. Żeby otworzyć zamrażarkę, trzeba najpierw otworzyć drzwiczki stojącej naprzeciwko szafki. Żebyśmy mogli wszyscy razem zjeść jak ludzie, trzeba odłączyć od kabli i zdjąć ze stołu mój laptop. I tak dalej, i tak dalej. Ach, jak ja marzę o oddzielnym pokoju do spania, oddzielnym do pracy, oddzielnym do jedzenia…
Miałam nawet w jakimś momencie taki pomysł, żeby się zakręcić wokół kredytu (bo teraz zarabiam nieco więcej niż te kilkanaście lat temu, a kredyty to banki proszą, żeby brać) i zanabyć nam jakieś większe mieszkanie, ale szybko z niego zrezygnowałam. Bo czy to się opłaca? Ja się teraz zarżnę kredytem, dzieci za parę lat się wyprowadzą, a ja zostanę na stu metrach i co będę w nich robić? Jeździć rowerem? Mnie samej wystarczy te czterdzieści. Wytrzymaliśmy tyle, wytrzymamy jeszcze trochę. Za trzy, góra cztery lata progenitura pójdzie na swoje, przestrzeń życiowa wszystkim nam się powiększy i będzie klawo. O ile, oczywiście, do tego czasu przez to ciągłe obijanie się o siebie, zasuwanie po labiryncie i przepychanie sera z miejsca na miejsce nie zwariujemy.


  • RSS