hustawka-czarownicy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2005

Jak na gadżeciarza przystało, jestem człowiekiem technicznie gramotnym w stopniu bardzo zadowalającym, a nawet lepiej. Rozpracowanie nowego modelu komórki czy odtwarzacza DVD bez instrukcji to dla mnie pestka. Gdy wpadła mi w ręce drukarka do zdjęć, podłączenie jej do komputera, wgranie oprogramowania oraz wykombinowanie, jak to wszystko połączyć z telefonem za pomocą Bluetooth tak, żeby działało, czyli wydrukowało zdjęcia, zajęło mi jakieś dziesięć minut. Podobnie jest ze wszystkimi innymi gadżetami elektronicznymi, z aparatami cyfrowymi, odtwarzaczami empetrójek i tego rodzaju zabawkami. O komputerach nie wspomnę. Jestem etatowym rozwiązywaczem wszelkiego rodzaju problemów komputerowych w bliższej i dalszej rodzinie, wśród przyjaciół i znajomych oraz w pracy, kiedy informatycy są na obiedzie, czyli niemal przez cały dzień. A gdy już się człowiekowi uda do nich dodzwonić, pierwsza ich rada brzmi: „Zresetuj komputer. Jak to nic nie da, zadzwoń do mnie jeszcze raz”. Biorąc sobie do serca tę ich gotowość do niesienia pomocy, moje kochane koleżeństwo w redakcji zamieniło ten kanon na inny: „Zawołaj Cotka”. Nie chwaląc się, rzadko kiedy bezradnie rozkładam ręce. Trzeba zainstalować, skonfigurować, podłubać w bebechach, nie widzi drukarki, nie można wysłać maila albo zalogować się do serwera – proszę uprzejmie.
Jednak moje zdolności całkowicie wysiadają w zderzeniu z dwoma cudami myśli technicznej – faksem i kserokopiarką. Jeszcze z tym ksero, jak trzeba machnąć odbitkę z jednej strony, to jak cię mogę, ale przy kserowaniu dwustronnym poddaję się. Podobnie jest z faksem. Wysłanie faksu z niewiadomych przyczyn zawsze mnie przerastało. No, jakaś blokada mentalna i już. I choć od paru lat za każdym razem, gdy miałam coś do wysłania, moja koleżanka Marta, która z kolei faks umie obsłużyć z zamkniętymi oczami, udzielała mi instruktażu, żadne z jej światłych słów nie chciało się trzymać mnie dłużej niż pięć minut. Po tym czasie doszczętnie zapominałam wszystko, czego mnie Marta właśnie nauczyła. A już całkowicie wymiękam w zetknięciu z takim zabytkowym sprzętem, jaki obecnie stoi u nas w redakcji, że gdy się chce przepuścić przez niego więcej niż jedną kartkę, to to już za dużo dla tego wiekowego podajnika i trzeba mu pchać w paszczę pojedynczo, ale w odpowiednim momencie: nie za wcześnie, żeby kolejną kartką nie zasłonić poprzedniej, ale i nie za późno, żeby nie przerwać transmisji.
Miałam dzisiaj do wysłania faks, wcale nie taki długi – dwie kartki. Poddałam się za czwartym razem, kiedy wydawało mi się, że tę drugą wpycham maszynie w paszczękę w odpowiednim momencie, a okazywało się, że za późno i połączenie szlag trafił. Powstrzymując się z całych sił, żeby tej bastard machine* nie przyłożyć, podeszłam do zagadnienia z zimną krwią i pragmatycznie. Po pierwsze, w wysłanie tego faksu z wrodzonym wdziękiem wrobiłam naszą asystentkę. Po drugie, pamiętając, że i ona strasznie klnie za każdym razem, gdy ma coś faksnąć, zmusiłam ją do wypełnienia, a szefową do podpisania wniosku do administracji i księgowości o zakup nowego sprzętu. Mam tylko wielką nadzieję, że – biorąc pod uwagę to, jak chętnie nasza firma wydaje pieniądze nawet na superpotrzebne rzeczy – za puentę nie będzie mógł posłużyć cytat z pana Szekspira: „Co było potem? Milczą o tym dzieje”.
Teraz nastąpi uaktualnienie, jako że notka powstała jakieś dwa albo i trzy miesiące temu, ale leżała zapomniana w czeluściach mojego komputera. Przypomniałam sobie o niej dziś, kiedy to uroczyście do redakcji wniesiono i podłączono faks, śliczniutki, nowiutki, z mnóstwem bardzo ułatwiających życie funkcji. Nastąpi również nowa puenta, bo tamta stara okazuje się, że wobec rozwoju wypadków nie miała zastosowania i ją wykasowałam. Wspomnę tylko, że było tam coś o tym, że może jak już się rozstaniemy z tym starym pudłem i dostaniemy nowszy sprzęt, jego obsługa pójdzie mi lepiej. A nowa puenta jest taka. Ponieważ od dwóch tygodni noszę w torebce zaległy rachunek za Internet i ponieważ niedawno uruchomiłam sobie w banku opcję zlecania przelewów faksem, postanowiłam od razu połączyć przyjemne z pożytecznym. No bo skoro – pomyślałam sobie – mamy sprawny faks i na dodatek prawie wszystko robi sam, to przecież będę umiała wysłać dwie głupie kartki. Niestety. Do mojego banku faksnęła nasza asystentka. Wychodzi na to, że w zetknięciu z innymi sprzętami mogę być nawet geniuszem, ale moje bliskie spotkania z faksem już zawsze będą się dla mnie kończyć marnie.
Uaktualnienie drugie, bo faks uroczyście wniesiono, a ja dokonałam tej niesławnej inauguracji już jakiś czas temu. Od tamtej pory podejmowałam bohaterskie próby przewalczenia tej cholernej maszyny – taka uparta jestem, poza tym nie bardzo lubię prosić o pomoc, zwłaszcza w tak prozaicznej sprawie. Niestety. Jest jakieś dwadzieścia do zera dla faksu. Prędzej się nauczę sama sobie farbować włosy i modelować je szczotką, albo przynajmniej nakręcać na wałki.

* Gdy parę ładnych lat temu byłam z przyjaciółką w Wenecji, któregoś dnia na włóczeniu się po mieście zastała nas ciemna noc i pozamykane wszyściusieńkie sklepy i knajpy, a nam skończyły się fajki. Znalazłyśmy automat z papierosami, pracowicie przeczytałyśmy instrukcję kupowania i nawet częściowo ją wykonałyśmy, ale fajek nam nie wypluło. W tym czasie za naszymi plecami ustawiła się kolejka złożona z dwóch również będących bardzo w potrzebie Amerykanów, więc zanim zaczęłyśmy operację od początku, ustąpiłyśmy im miejsca. Im poszło jeszcze gorzej, bo nie dość, że nie sprzedało fajek, to jeszcze zeżarło kasę. I wtedy ten większy Amerykanin, jakieś dwa metry wzrostu i ze sto kilo wagi, zaczął w to cholerstwo walić obiema pięściami i drzeć się na całą Wenecję: „Bastard machine! Bastard machine!”. Od tamtej pory jest to jedno z moich ulubionych wyrażeń, zwłaszcza gdy natrafiam na odmowę współpracy.

A w każdym razie tak się czuję, gdy się przyznaję ludziom do moich niektórych gustów i preferencji. Wprawdzie nauczona doświadczeniem robię to coraz rzadziej, ale i tak mi się czasem zdarza chlapnąć ozorem coś, co sprawia, że społeczeństwo patrzy na mnie jak na kosmitę. Na przykład, że nie lubię chodzić do kina. „Jak to?!” – dziwują się ludzie i robią oczy jak pięciozłotówki z rybakiem. A tak to. Nie lubię, i już. Filmy wolę oglądać w domu, w zaciszu własnego pokoju i przytulności własnego fotela, a nie w olbrzymiej sali, w której hula klimatyzacja, przewiewając człowiekowi uszy na wylot, a i tak jest duszno. I w spokojnej samotności, a nie w towarzystwie baranów, którzy szeleszczą opakowaniami od ciastek, batonów, chrupek, chipsów i czego tam jeszcze, mlaskają, pożerając popcorn, głośno komentują to, co dzieje się na ekranie, śmieją się nie wtedy, kiedy trzeba, a nade wszystko epatują widownię wymyślnymi dzwonkami telefonów oraz własną podziwu godną dyskrecją: „Zadzwoń później, nie mogę teraz rozmawiać, bo jestem w kinie”. Skoro jesteś w kinie, to może było wyłączyć tę komórkę? Efekt jest taki, że z filmami nie jestem za bardzo na bieżąco, bo jeśli mam iść do kina, to już wolę poczekać tych parę miesięcy, aż film wypuszczą na DVD i w spokoju obejrzeć go w domu.
Nie lubię tłumu. Więcej – nie znoszę tłumu, bo się go zwyczajnie boję. Tłum jest nieobliczalny, nieprzewidywalny, groźny jak bomba z opóźnionym zapłonem, jak granat zaczepno-obronny bez zawleczki. Wystarczy jedna prowokująca, czasem zupełnie przypadkowa iskra i wybucha, a wtedy może wydarzyć się wszystko. Wtedy ratuj się, kto może, tylko że mało kto może: tłum rozdepcze, stratuje, rozkwasi na miazgę i nawet nie zauważy. Nie lubię również hałasu, więc kiedy dostałam bilety na ten słynny koncert Stinga, który był jesienią w Warszawie, i wyobraziłam sobie połączenie tych dwóch opcji: kilkudziesięciotysięczny tłum plus potworny poziom ogłuszającego hałasu, to – choć Stinga akurat lubię – oddałam je komuś, kto miał z nich więcej pożytku. Narażając się naturalnie na zdziwiony komentarz: „Nie chcesz iść na koncert Stinga? Taka okazja! Ty jakaś dziwna jesteś”.
Nie lubię też Bożego Narodzenia, chodzenia po sklepach, krewetek i sushi. Te krewetki i sushi to są jeszcze gorsze niż kino, zakupy i Boże Narodzenie razem wzięte. Przyznanie się do tego, że dla mnie krewetki wyglądają jak paskudne, łyse robale i że nie mam żadnej ciekawości jeść surowej ryby, jest odbierane już nawet nie jako herezja, ale jako najgorszy na świecie nietakt, a wręcz przestępstwo. Jakbym do królowej angielskiej powiedziała „cześć, kochana” albo przemyciła na pokład samolotu szwajcarski scyzoryk i próbowała sterroryzować nim pilota.
Za to bardzo lubię, gdy ludzie nie mówią mi, co powinnam zrobić z moimi własnymi pieniędzmi (w rodzaju: „Powinnaś sobie kupić samochód”), jak mam żyć („Ty byś sobie nareszcie poszukała jakiegoś faceta, zamierzasz na stare lata zostać sama?”), co mam myśleć („Jak mogłaś głosować na Tuska!”) oraz co mam lubić („Przecież whisky to najlepsze procenty na świecie!”). No właśnie, bo nie lubię też i whisky, chyba że se doleję do niej trochę soku grapefruitowego, ale to z kolei naraża mnie na zarzut profanacji. Jednym słowem, bardzo lubię, gdy ludzie szanują moje terytorium, są dyskretni i pozwalają mi żyć po mojemu. Kiedy mówię o tym, patrzą na mnie ze zdumieniem równym temu, gdy przyznaję się, że nie lubię tych wszystkich rzeczy, które ludzie lubią, a ja wręcz przeciwnie. No cóż, może rzeczywiście jestem dziwna.

Nie powiem, o której dzisiaj wstałam i po ilu godzinach snu. No dobra, czternastu. W każdym razie przez weekend udało mi się trochę odespać tę moją dwutygodniową harówę po kilkanaście godzin dziennie. Wczoraj poczucie obowiązku kazało mi przynajmniej z grubsza odgruzować dom, a nawet ugotować jakiś kawałek obiadu, ale dzisiaj to już kompletnie nic nie robię. Nawet głowy nie umyłam (ale mężczyzny mojego życia i tak dziś nie spotkam). Snuję się po domu w szlafroku, leniwie popijam kawę na zmianę z herbatą (uwielbiam herbatę!), pogłaskuję zwierzęta, pogłaskuję dzieci, trochę czytam, trochę jem (to, co wczoraj upichciłam, naturalnie). Połaziłam po blogowni, nie tak po łebkach, jak przez ostatnie dwa tygodnie, tylko uczciwie i rzetelnie posprawdzałam, co słychać tu i ówdzie. Za oknem migają mi płatki śniegu. Zaraz z powrotem wezmę książkę, zapakuję się do mojego ulubionego fotela, owinę się ciepłym polarowym pledem i będę się lenić. Uwielbiam takie snujstwo, zwłaszcza jak człowiek uczciwie na nie zapracował.
Jedyne, co muszę dziś zrobić, to ugotować psu mięso i przypiąć kaptur do płaszcza, bo jutro trzeba będzie się wywlec z domu, a już za zimno na latanie z gołą głową.

By ten przeklęty listopad szlag przenajjaśniejszy trafił. A wraz z nim całą zimę. Czy po październiku nie mogłaby być od razu wiosna?

No i nadal jest tak, że nie mam czasu pisać. Nie mam czasu się wyspać, normalnie widywać się z dziećmi, tylko w jakimś przelocie, iść do banku i zapłacić rachunków, spotkać się z moją ciężarną, przebywającą na zwolnieniu lekarskim przyjaciółką. Nie mam czasu nawet na proste przyjemności, na przykład na porządną, godzinną gorącą kąpiel w wielkiej pianie, tylko muszę brać jakieś szybkie prysznice. Nawet dzisiaj byłam w pracy. Przy czym, jakby ktoś nie zauważył, dzisiaj jest niedziela. Na dodatek od kilku dni na skutek przemęczenia nieustannie boli mnie głowa.
Dlatego znów zamiast regularnej notki będą zdjęcia. Tym razem moich zwierząt, które wprawdzie nie są ze sobą w stanie wojny, ale w przyjaźni też jeszcze nie.
Można powiedzieć, że pokojowo współistnieją, przyglądając się sobie uważnie:

Image hosted by Photobucket.com

Oraz, w sprzyjających okolicznościach, obwąchując się ostrożnie:

Image hosted by Photobucket.com

Jednak są sytuacje, gdy blisko współpracują, zgodnie współdziałając przeciw człowiekowi, a konkretnie przeciw Córci, która ma na talerzu kurczaka:

Image hosted by Photobucket.com

Nic tak nie integruje, jak wspólna walka o pożywienie.

Ponieważ trzeba by jakąś nową notkę opublikować, a ja jestem w pracy uwiązana jak chłop pańszczyźniany do ziemi i nie mam czasu na pisanie (godzinę temu wróciłam do domu), postanowiłam dać te zdjęcia, co je wiszę obiecane Ryan. Wrzucanie zdjęć zajmuje pięć minut. Tym bardziej że one są z lata i od jakiegoś czasu czekały gotowe na serwerze na sprzyjający moment. I oto nadszedł.
Ryan, na Twoje specjalne zamówienie, widok z mojego okna – rano, we dnie i wieczorem, a nawet w nocy.

Image hosted by Photobucket.comImage hosted by Photobucket.comImage hosted by Photobucket.comImage hosted by Photobucket.comImage hosted by Photobucket.comImage hosted by Photobucket.comImage hosted by Photobucket.com

Coś ostatnio życie mnie nie lubi. Nie bardzo mam ochotę winę za moje nie najlepsze samopoczucie zwalać na jesień, ale nie da się ukryć, że zmiana czasu na zimowy wpłynęła na mnie fatalnie. Energia mi spadła poniżej poziomu morza. Już mi brakuje światła, a co będzie w grudniu, kiedy trzeba będzie żyć niemal wyłącznie w ciemnościach?
Przeziębienie nie chce się ode mnie odczepić od trzech tygodni. Po zatokach szwenda mi się katar, którego nijak nie mogę się pozbyć. Mokry kaszel wyrywa mi płuca i wszystko, co w nich mam. Siniak, którego się nabawiłam po tym, jak miesiąc temu w metrze w Paryżu jakieś babsko nadepnęło mi na nogę, wciąż ma piękną intensywnie śliwkową barwę i nadal mnie boli.
Moja agentka ubezpieczeniowa, którą notabene bardzo lubię, zdarła ze mnie, że tak to określę, nieprzewidziany haracz, ponieważ zapomniałam, że kończy mi się ubezpieczenie mieszkania.
Z dnia na dzień niebezpiecznie zwiększa mi się zawartość pracy w pracy – zbliża się kolejny deadline i coś czuję przez skarpety, że ten będzie miał wyjątkowo dramatyczny przebieg. W każdym razie przyszłotygodniowe spotkanie z moją przyjaciółką będę musiała przełożyć na jakieś bliżej nieokreślone później i to nie jest powód do radości.
Dzisiaj po powrocie z pracy zastałam zlew pełen brudnych garów, niezmienioną kocią kuwetę, prawie pustą lodówkę, bo w porannym zamroczeniu (patrz: wpływ jesieni na organizm człowieka, acp. pierwszy) zapomniałam zostawić dzieciom kasę na zakupy, a kran w kuchni jak kapał, tak kapie.
Na całe szczęście, Córcia regularnie gotuje psu żarcie, Syn wynosi śmieci i myje wannę, zwierzęta są niekłopotliwe, ponieważ już czują zimę i z pełnym oddaniem poświęcają życie spaniu, a ja jutro idę do fryzjera i nareszcie pomaluję ten cholerny kilometrowy siwy odrost, który po pierwsze mało optymistycznie uświadamia mi to i owo, a po drugie wygląda tak, że sama na siebie patrzeć nie mogę. I co? I wychodzi na to, że moja bright side jest farbowana.

Na pocieszenie – Cotek wśród kotów. Że niby jestem taka nieustraszona i głupi jesienny kryzys to pestka. Bo to były tygrysy bengalskie, po 300 kilo każdy.

Image hosted by Photobucket.com

OJCIEC

6 komentarzy

Kiedy byłam dzieckiem, jeździliśmy co roku z ojcem na wakacje na wieś do babci, jego matki. Spędzaliśmy tam zazwyczaj miesiąc, czasem półtora. Babcia miała płową, niewielką suczkę Muchę, którą bardzo kochałam, strych pełen zabójczo pachnącego siana i najpiękniejszy sad na świecie. Miała też za sąsiadów całą galerię malowniczych postaci, ale o tym innym razem. Dziś będzie tylko o jednej sąsiadce, mieszkającej kilka domów dalej mojego ojca babce ciotecznej, o której mówiło się ciotka Romańczukowa i do której i ojciec, i babcia niechętnie przyznawali się, że jest rodziną. Odkąd pamiętam, ciotka Romańczukowa była dobrze po dziewięćdziesiątce i powszechnie uważano ją za czarownicę. Podobno od jej spojrzenia kury przestawały się nosić, świnie nagle chudły o piętnaście kilo, wysychała woda w sadzawce. Albo wręcz przeciwnie, ale to zależało od jej humoru i sympatii. W każdym razie lepiej się jej było nie narażać. Nigdy nie byłam świadkiem podobnych wydarzeń, za to raz widziałam na własne oczy, jak mój ojciec z wujkiem naprawiali dach w babci domu i ciotka Romańczukowa przyszła popatrzeć. Dopóki jej nie było, wszystko szło dobrze, a gdy tylko pojawiła się na podwórku, gwoździe zaczęły im się giąć i nie dawały się wbić w drewno. Myślę, że to raczej ojcu i wujkowi z wrażenia od złej sławy ciotki Romańczukowej ręce zaczęły się trząść i tyle. Ja nie bardzo wierzyłam w to, że ciotka jest czarownicą, a i ojciec też niespecjalnie. Ale fakt, wyglądała jak wiedźma i chyba dlatego ludzie się jej bali. W któreś wakacje w lipcowy czwartek ciotka Romańczukowa położyła się na poobiednią drzemkę i już nigdy się z niej nie obudziła. „Taka śmierć to błogosławieństwo – powiedział wtedy ojciec. – Ani człowiek sam się nie umęczy, ani otoczenia. To jednak musiała być dobra kobieta, bo na taką śmierć trzeba sobie czymś w życiu zasłużyć. Dałby Bóg i mnie tak umrzeć.”
W ostatnich latach swojego życia ojciec ciężko chorował, przeszedł wylew i dwa zawały, w tym jeden tak ciężki, że ledwo go z niego odratowano. Mimo to poruszał się o własnych siłach i do samego końca bronił się przed używaniem laski. Ostatnia jego zima była mroźna, śnieżna i bardzo trudna, także z tego powodu, że mama w grudniu znalazła się szpitalu i nie było wiadomo, czy na święta wróci do domu. Ojciec został sam, jeździłam do niego niemal codziennie pomagać mu w różnych rzeczach, choć w zasadzie całkiem dobrze sobie radził i bardzo się przed tą moją pomocą bronił. Ale któregoś dnia było wyjątkowo ślisko, ojciec wyszedł po zakupy, odszedł od klatki kilka kroków i zawrócił do domu – nie czuł się na siłach dojść do sklepu po pieczywo. Kiedy przyjechałam do niego po pracy, opowiedział mi to ze łzami w oczach. „Ja już nie chcę dłużej żyć – powiedział wtedy. – Nie mam już siły.” Półtora miesiąca później w czwartek po kolacji, kiedy mama w kuchni zmywała naczynia, ojciec w pokoju usiadł na kanapie i umarł.
Ojciec do swoich zmarłych jeździł dwa razy w roku: latem w czasie urlopu i na Wszystkich Świętych – na grób mojego dziadka, swojego przyjaciela, pana Nawrockiego, pochowanego kilka grobów dalej od dziadka, a gdy umarła babcia – do babci. Zawsze też zapalał lampkę na grobie ciotki Romańczukowej i symbolicznym grobie swojego wujka, zamordowanego w Oświęcimiu. Częściej było mu trudno, bo miał do nich wszystkich daleko. I tak już zostało – pochowany jest daleko od nich, w podwarszawskich Pyrach, na niewielkim cmentarzu, który sam sobie wybrał i na którym – jak wielu ludzi z jego pokolenia – jeszcze za życia kupił sobie miejsce. Ale ma blisko do nas, żyjących. To znaczy my do niego.
Nie pojechałam dzisiaj na cmentarz. Jeżdżę tam bardzo często, średnio raz w miesiącu, nie ma dnia, żebym o ojcu nie myślała, nie prowadziła z nim rozmów. Poza tym krępują mnie ci wszyscy obcy ludzie, jest ich za dużo i są za blisko, ich obecność odbiera moim spotkaniom z ojcem, ze wspomnieniami i z moimi własnymi myślami cały sens. No i nie umiem przebijać się przez tłum, który jest dla mnie tym bardziej sztuczny, że zazwyczaj, gdy jestem u ojca, widzę przy grobach dwie, no może trzy osoby. Ojciec też nie przepadał za spektakularnymi gestami, bardziej się dla niego liczyło to, jak człowiek żyje na co dzień niż to, co pokazuje od święta.
Niestety, będę musiała – jak co roku – znów tłumaczyć to wszystko mojej matce, która na pewno nie omieszka robić mi wyrzutów.


  • RSS