hustawka-czarownicy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2005

I ZNÓW IDZIE ZIMA

8 komentarzy

Pierwszy znak, gdy serce drgnie, a w zasadzie mało nie pęknie z żalu przy zmianie czasu. Czy nie moglibyśmy już na zawsze zostać przy czasie letnim? Komu by to przeszkadzało? Dla mnie to naprawdę duża różnica, czy ciemno robi się o piątej, czy o czwartej po południu, ponieważ zimą, której nie znoszę, największym moim problemem jest nie zimno, tylko brak światła.
Drugi znak to taki, że odkąd z tydzień temu zabulgotało w kaloryferach, w kranach woda zaczęła lecieć zamiast zimnej – ciepła, a zamiast ciepłej – gorąca, za to kaloryfery są letnie, a wilgotność powietrza w domu wynosi 70 procent. Czyli jak co roku będzie walka z fachowcami, a to nieodmiennie znaczy, że szykujemy się na przeżycie mrozów. Brrr… Od samego tego słowa człowiek ma zgrabiałe ręce.
Dla równowagi parę zdjęć z Kapsztadu. Wprawdzie byłam tam rok temu, ale to bez różnicy, bo tam lato jest zawsze.

Słońce w mieście:

Image hosted by Photobucket.com

I jeszcze raz:

Image hosted by Photobucket.com

Bluzki na ramiączka będą w naszym klimacie możliwe za jakieś pół roku:

Image hosted by Photobucket.com

Palmy u nas nigdy nie będą rosły w charakterze drzew przydrożnych, ale też kiedyś będzie ciepło:

Image hosted by Photobucket.com

Na tych kamiennych schodach na Waterfroncie tuż nad brzegiem basenu portowego bardzo miło się siedzi, opala i patrzy na ocean:

Image hosted by Photobucket.com

Ten ciemnoniebieski pasek w oddali po lewej tuż pod niebem to Atlantyk:

Image hosted by Photobucket.com

A to zdjęcie jest specjalnie dla Ryan:

Image hosted by Photobucket.com

PS W ubiegłą środę kupiłam palmę. Nazywa się liwistona i jest bardzo podobna do tych kapsztadzkich, tylko na razie bardzo mała. Pani w kwiaciarni powiedziała, że jeśli się przyjmie, to urośnie całkiem duża – za jakieś dwadzieścia lat.

Moja przyjaciółka B., którą kocham nad życie, jest w ciąży. Gdy się widziałyśmy ostatni raz, była jeszcze przed USG, które miało wykryć płeć potomstwa.
– Dziewczynka – powiedziałam po tym, jak dogłębnie zajrzałam B. w oczy. – Mała Basia na sto procent.
– Wszyscy mówią, że będzie chłopiec – na to B. odpowiada, głaszcząc się po brzuchu. – Ja zresztą też czuję, że chłopiec. Taki mały I., i bardzo dobrze, bo będzie taki sam jak tata.
I. to mąż B., w którym zresztą B. jest nieziemsko zakochana i nawet rozumiem, że chciałaby mieć taką jego małą kopię.
Pogłaskałam i ja jej brzuch.
– Dziewczynka – powiedziałam.
Ustaliłyśmy więc, że po pierwsze, nie będziemy się upierać każda przy swoim, tylko poczekamy na to USG, a po drugie, że od razu po USG B. zadzwoni i mi zezna.
Dzwoni za kilka dni i zamiast „cześć” krzyczy mi w słuchawkę:
– Ty naprawdę jesteś czarownicą! Skąd wiedziałaś?
Nie wiem, skąd wiedziałam. Wiedziałam też, gdy się miała urodzić Córcia – a czasy takie były, że sprawdzanie płci za pomocą USG zupełnie nie było w modzie, poza tym sprzęt do USG wtedy był taki, że to była loteria – pięć trafień na sto, toteż się wagi do tego nie przywiązywało. Więc gdy się miała urodzić Córcia, wiedziałam, że będzie dziewczynka, gdy się miał urodzić Synek, też wiedziałam, że urodzę chłopca.
Córka B. urodzi się mniej więcej w połowie stycznia. No ale do tego nie jest potrzebna wiedza tajemna, wystarczy prosta matematyka, tym prostsza, że B. i I. z dokładnością niemal do godziny wiedzą, kiedy ją sporządzili. A propos – mój syn skończył wczoraj dwadzieścia lat. Rany boskie.
Ale historia B. przypomniała mi się przy okazji zupełnie innej sprawy. Czytam właśnie świeżutko wydaną w Polsce książkę Grega Ilesa „W martwym śnie”. Typowy amerykański thriller z seryjnym mordercą i te rzeczy, tyle że wyjątkowo dobrze pomyślany i napisany. Akcja dzieje się w Nowym Orleanie. I trafiam na taki fragment:
„Trzy przecznice na lewo, za Decatur Street i wałem przeciwpowodziowym, płynie Missisipi z wielkimi statkami, które widać nad dachami budynków. Ciągnie mnie ku rzece, ale ponieważ na końcu Ursulines odgradza ją nabrzeże, zostaję na Royal i idę krokiem tubylca. Moje wewnętrzne ucho potwierdza to, co wiem od dawna: znajduję się poniżej poziomu morza i przemierzam świat, który istnieje tylko tymczasowo. Pewnego dnia huragan dotrze do wybrzeża, a wówczas jezioro i rzeka wleją się do Quarter niczym do wielkiej misy, zalewając wszystko od Lucky Dog po turystyczne powozy na Bourbon Street. Nad wodą pozostaną tylko wieże katedry, pomnik Andy’ego Jacksona na koniu i wrzeszczące mewy zataczające kręgi nad słupami energetycznymi.”
Wprawdzie książka u nas wyszła właśnie w tym miesiącu, ale facet napisał ją w 2001 roku.

JESTEM PRZESĄDNA

7 komentarzy

Wprawdzie wiem, że błąkający się po osiedlowym parkingu czarny kot raczej nie ma wpływu na moje życie, ale jednak czuję przed nim pewien respekt i jak mi przetnie drogę, to zawracam. Na ewentualne interpelacje, że przecież w domu mam czarnego kota i gdybym tak chciała zawracać, to musiałabym zawrócić spod własnych drzwi i się wyprowadzić, odpowiadam: to jest po pierwsze mój kot, więc działa na moją korzyść, a po drugie, nie jest całkiem czarny – ma coś w rodzaju białego krawacika oraz białą plamkę na brzuchu. Ale czarny kot na ulicy jest obcy i ja za spotkaniami z nim nie przepadam. Na wszelki wypadek? Być może, ale niekoniecznie, ponieważ jest coś, w co mocno wierzę – w magię trzynastki.
Zła sława diabelskiego tuzina budzi potężny respekt na całym świecie. (Ciekawa jestem, czy jest jeszcze jakaś tak bardzo internacjonalistyczna idea?) Największe światowe korporacje i koncerny mają w nosie prawa człowieka, prawa konsumenta oraz często w ogóle prawa, ale przed siłą trzynastki chylą czoło. W samolotach trzynasty rząd miejsc nie istnieje. To samo w wielopiętrowych hotelach. W Kapsztadzie mieszkałam w takim drapaczu chmur, jednym z czterech tak wysokich budynków w całym mieście, należącym do jednej z największych sieci hotelowych świata. Miał bardzo dużo gwiazdek, ale na żadnym piętrze nie miał pokoju z numerem trzynastym. Naturalnie nie miał też trzynastego piętra, czyli de facto mieszkałam nie na trzydziestym drugim, a na trzydziestym pierwszym. A ja akurat mogłabym mieszkać na trzynastym piętrze. Chociaż, jak się na 31 spojrzy wspak, to wychodzi 13… No i nie wiem, czy to przypadek, ale to była jedna z najlepszych podróży w moim życiu.
Albowiem trzynastka wlecze się za mną, odkąd pamiętam, a nawet odkąd nie pamiętam, bo od mojego pierwszego krzyku: urodziłam się dwudziestego szóstego dnia miesiąca, czyli z której strony patrzeć – dwie trzynastki. Tyle że – jak w matematyce, gdzie dwa minusy dają plus – moje dwie trzynastki dają mi nie pecha, a szczęście. Przez całe lata szkoły, ponieważ nazwisko miałam na „M”, czyli w środku alfabetu, niezmiennie co rok byłam trzynasta na liście i wiodło mi się nieźle. W mojej pierwszej pracy (i nie pytajcie, ile lat temu to było), dla porządku oraz łatwiejszej identyfikacji w razie gdyby trzeba było ustalić, kto jest odpowiedzialny, a w ramach kary walnąć po premii albo wręcz lunąć z roboty, przydzielono nam numerki – ja zostałam obdarzona trzynastką. Jakoś nigdy mi premii nie obcięli, przepracowałam tam z osiem lat i nie narzekałam.
Potem na jakiś czas trzynastka się ode mnie odczepiła i nie był to najszczęśliwszy okres w moim życiu. Najpierw popadłam do roboty, z której nie byłam specjalnie zadowolona, więc ją postanowiłam zmienić i wpadłam z deszczu pod rynnę. To były początki tego kapitalizmu jaskiniowego, co do dziś jeszcze nie nabrał ludzkiej twarzy, ale wtedy to była naprawdę wolna amerykanka. Redaktor naczelny razem z prezesem – jak to kiedyś ładnie określił Cot – bardziej dbali o inwestowanie w swoje wille, jachty, kolejne mieszkania i kochanki niż w firmę, więc ją szlag trafił i tym sposobem zostałam bez pracy na kilka ładnych miesięcy. Znalazłam wprawdzie jakąś następną, ale to był horror jeszcze gorszy niż ta poprzednia i tylko patrzyłam, jak by tu z niej czmychnąć.
I udało się. Trafiłam do redakcji, która mieściła się na Płockiej pod numerem trzynastym. I wraz z tą trzynastką wrócił mój fart, a życie do normy. Robota była złota, siedziałam w niej pięć lat i pewnie siedziałabym dalej, gdyby nie to, że wraz z połową redakcji postanowiliśmy się przenieść do innej. Żal mi było trochę tej trzynastki, bo w nowej pracy nie było jej ani w adresie, ani w numerze telefonu, ani nawet na karcie magnetycznej robiącej za klucz do drzwi, ale czego się nie robi dla nowych wyzwań oraz nadziei i wiary w lepsze jutro… No więc wchodzimy do naszej nowej redakcji, meble stoją, komputery nowiutkie, piękne i mocarne jak marzenie, na każdym biurku błyszczący nowością aparat telefoniczny, a na nim przyklejona karteczka z przydzielonym do niego numerem wewnętrznym. Podchodzę do mojego biurka i co widzę? Na mojej karteczce jest numer wewnętrzny sześćset trzynaście. Szczęśliwie mam go do dzisiaj.
Raz jeden jedyny trzynastka mnie nie tylko zawiodła, ale wręcz wpuściła w największe maliny świata – trzynastego odbył się mój ślub z Nieboszczykiem. Ale to był ten wyjątek potwierdzający regułę. Chociaż, jak się spojrzy z innej strony, to owocem tego małżeństwa są moje dzieci, które nijak nie dają się zakwalifikować jako niefart, wręcz przeciwnie – mieć takie dzieci jak moje to duże szczęście.
Dlatego odpukuję w niemalowane, pluję trzy razy przez lewe ramię, siadam i liczę do trzech, za nic nie przejdę pod rozstawioną drabiną, zawsze najpierw zakładam prawy but i prawą nogą przechodzę przez próg, łapię się za guzik, gdy widzę kominiarza i takie tam. Bo tak sobie myślę, że jeśli przestanę, to trzynastka pokaże mi język.

Pisałam już kiedyś o tym, ale napiszę jeszcze raz, ponieważ jest to wydarzenie powtarzające się w moim życiu co miesiąc z niezawodnością faz księżyca i regularnością hejnału z Wieży Mariackiej w programie pierwszym Polskiego Radia. Zamknięcie numeru. To oznacza, że:
a) W zeszłą środę wróciłam do domu o godz. 22.30, w czwartek o 22, w piątek o 1.30 (w nocy, jakby kto miał wątpliwości, na dodatek wyłącznie dzięki temu, że się tak złomotałam do imentu, ominęła mnie praca w sobotę), w poniedziałek o 22.30, we wtorek o 23.30, w środę, czyli wczoraj, o 22. Dzisiaj, ponieważ już w zasadzie wszystko wysłaliśmy i dziś kończyłam tylko jakieś drobne niedobitki, nawet byłam w domu około wpół do siódmej, ale i tak okazało się, że to za wcześnie – taksówką przysłano mi do domu okładkę do podpisania.
b) Od patrzenia po kilkanaście godzin dziennie w monitor wypłynęły mi już oczy, od gaszenia stu pożarów dziennie i nieustannego rozwiązywania nierozwiązywalnych problemów, które przy zamknięciu i wysyłaniu numeru do drukarni mnożą się jak kolejne przypadki zachorowania na AIDS, jestem jednym kłębkiem nerwów, z niewyspania i zmęczenia mylę prawą stronę z lewą, mam zachwiania równowagi i w ogóle snuję się w charakterze truposza.
c) Na ten miesiąc mam z głowy, ale to wcale nie oznacza, że od jutra zacznie mi się sielski żywot. Ponieważ jestem prawie martwa, przywracanie Cotkowi akcji serca zajmie co najmniej tydzień–dziesięć dni i ani dnia krócej. Wiem, bo ćwiczę to co miesiąc od ośmiu lat i jeszcze nigdy nie było inaczej. Potem nastąpi mniej więcej tydzień w miarę świętego spokoju, a potem:
d) następny deadline, który od obecnego nie będzie się różnił kompletnie niczym.
To wszystko w praktyce oznacza, że w miarę normalnego życia jak człowiek mam mniej więcej tydzień w miesiącu. Ale się można nażyć, no nie?

Dzisiaj w moim domu odbyła się ciężka dyskusja na temat finansowego wkładu Nieboszczyka w koszty kursu na prawo jazdy, na który chodzi Synalek, oraz – w związku ze zbliżającą się zimą – uzupełnienia garderoby Córci. Tytułem wyjaśnienia dodam, że wprawdzie głodem nie przymieramy, ale banku też nie obrabowałam ani nie jestem właścicielką studni bez dna z kasą i czasem staję wobec wyborów, że albo rybki, albo akwarium. W takich sytuacjach udział Nieboszczyka wydaje się naturalny.
– Nie zadzwonię do taty i nie będę go prosił o pieniądze, bo i tak mi nie da – powiedział Synalek i poparł to argumentem: – Pamiętasz, jak przez dwa tygodnie do niego wydzwaniałem, żeby mi się dołożył do wakacji?
Pamiętam. W efekcie dał mu trzy stówy, przy czym wakacje, o czym chyba nawet nie trzeba wspominać, kosztowały dużo, ale to dużo więcej.
– Powiedz tacie, żeby ci dał kasę na kurtkę. Ma taki sam jak ja obowiązek to zrobić – poradziłam Córci.
– Ja tam taty nigdy nie proszę o pieniądze. Nie ma sensu. Przecież i tak nie da – odparła.
A ja muszę dać, tak?!
Trudno mieć do dzieci pretensje, że ich utrzymanie kosztuje. Mają pełne prawo oczekiwać, że póki się uczą, rodzice zaspokoją wszystkie ich mniej lub bardziej niezbędne potrzeby, a czasem i kaprysy. Problem w tym, że w wypadku naszej rodziny słowo „rodzice” występuje w tym kontekście (a także w wielu innych, ale to zagadnienie na oddzielną opowieść) wyłącznie w liczbie pojedynczej. Żeby była między nami pełna jasność: mój stosunek do pieniędzy jest stosunkowo stosunkowy – nie są dla mnie najważniejszą sprawą, a ich zdobywanie i pomnażanie oraz posiadanie rzeczy nie jest sensem mojego żywota. Ale nie oszukujmy się, choćby się pieniądze i przedmioty miało w nie wiem jak wielkiej pogardzie, to życie bez nich jest niemożliwe. Dlatego w takich sytuacjach jak dzisiejsza, kiedy finansowe oczekiwania moich dzieci wkraczają w fazę żądań oraz w proces eskalacji – szlag chce mnie trafić. Bo dlaczego, do cholery, za tak samo normalne uważają, że ja nie tylko pieniądze mam, ale i dam, jak i to, że Nieboszczyk nie ma i nie da? To, że jest byłym mężem, nie znaczy, że jest byłym ojcem. Obowiązki wobec dzieci ma dokładnie takie same jak ja, nikt mu nie ograniczył ani nie odebrał praw rodzicielskich.
Tymczasem jest tak, że on płaci pięć groszy alimentów, resztę mając gdzieś, co oznacza, że jego i mój wkład w utrzymanie dzieci ma się jak jeden do dziesięciu. To ja od kilkunastu lat de facto sama utrzymuję nasze wspólne dzieci, karmię, ubieram i wyposażam we wszystkie potrzebne im rzeczy (np. meble), kupuję podręczniki i nowe okulary, daję na fryzjera, ubezpieczenie w szkole i na colę oraz kieszonkowe. I nikt mnie nigdy nie pytał, skąd mam pieniądze, i czy w ogóle je mam. Nikt mi nie pomagał, nigdy od nikogo niczego nie dostałam, nawet wtedy, gdy przez wiele miesięcy byłam bez pracy. Wprawdzie mi wtedy moja matka pożyczała pieniądze, ale potem, gdy już znalazłam robotę, musiałam jej wszystko oddać co do grosza, ale to jest oddzielne zagadnienie i wracamy do ad remu. Zaś ad rem jest taki, że przez te wszystkie lata Nieboszczyk miał swoje pieniądze dla siebie, ja swoich pieniędzy nie miałam i nie mam, bo niemal wszystko wydawałam i wydaję na nasze wspólne dzieci. On ma własne mieszkanie, pięknie i luksusowo urządzone, oraz dwa samochody, ja mieszkam w mieszkaniu wynajętym od spółdzielni, które gdy się prosiło o remont, to wykonałam go własnymi rękami, bo na fachowców nie miałam kasy. Zrobiłam to, co umiałam, a czego nie umiałam, do dziś leży odłogiem, na przykład łazienka. I pewnie jeszcze trochę poleży. Jeśli zaś chodzi o samochód, to nie stać mnie nawet na jedno koło.
Ale to nie koniec historyjki. Uświadomiłam sobie dzisiaj w tym wkurzeniu, którego autorami były moje dzieci, że przez tych piętnaście lat, kiedy samotnie walczyłam o byt, stabilizację i poczucie bezpieczeństwa dla nich, także uczuciowe i emocjonalne, gdzieś mi uciekło moje własne życie. Nie miałam czasu ani atłasu na miłość, nawet jak mi sama wpadała w ręce, bo miłość niekoniecznie zgadzała się z miłością do dzieci. Poza tym miłość wymaga czasu, starań i pielęgnacji, a mój czas i energia były zajęte dziećmi.
W efekcie ja i Nieboszczyk jesteśmy na zupełnie innych etapach życia. On już osiągnął materialną stabilizację, ja zacznę o tym dopiero myśleć, gdy dzieci się wyprowadzą i zaczną same na siebie zarabiać, czyli za kilka lat. On, zostawiwszy dzieci pod moją opieką, mógł się zająć samym sobą i ma nową panią Nieboszczykową, z którą są małżeństwem od tylu lat, od ilu ja i on nie jesteśmy, wciąż są razem i zakładam, że jest im dobrze, bo gdyby im było niedobrze, to jak znam Nieboszczyka, już by sobie zmienił. Ja tymczasem, gdy dzieci wychodzą z domu za swoimi sprawami, zostaję w nim sama. Wprawdzie nie jest mi z tym jakoś tragicznie źle, ale czasem chciałabym nie zostawać sama.
Nie powiem, żebym uważała swoje życie za nieudane, a siebie za człowieka nieszczęśliwego i pokrzywdzonego przez los. Zasadniczo nie narzekam. Ale boli mnie jak cholera to, że moje dzieci tę rażącą niesprawiedliwość jeśli chodzi o mój i Nieboszczyka wkład finansowy w ich życie uważają za status quo – ojca się nawet nie prosi o pieniądze, od matki się ich żąda, ojciec nie daje nigdy i to jest normalne, a gdy matka raz na jakiś czas nie daje – jest okropna, jak mi dziś powiedziała Córcia. Boli mnie również, gdy mi niekiedy udzielają światłych rad w rodzaju: „Powinnaś sobie kogoś poszukać. Przecież się robisz coraz starsza i z wiekiem będzie ci coraz trudniej znaleźć faceta”. Są bezlitośni i zupełnie nie rozumieją, że moja obecna sytuacja i finansowa, i życiowa, nie jest wynikiem moich świadomych wyborów, tylko okoliczności, przed którymi postawiło mnie życie – a w zasadzie to ich ojciec, bo to on zostawił nas samych – a ja nawet nie próbowałam nimi kierować, tylko w nich nie utonąć. Ale i tak według nich ojciec jest dobry, a ja zła.
Kiedy wychodziłam za mąż za Nieboszczyka, zakładałam, że razem będziemy zmagać się z życiem, że razem wychowamy dzieci i razem się zestarzejemy, nie przestając się kochać. I choć wiedziałam, że czeka nas wiele trudnych chwil, to wierzyłam, że razem je przetrwamy. Niestety, przyszła bardzo trudna chwila, której nie przetrwaliśmy – Nieboszczyk w jakimś momencie porzucił rodzinę i odszedł w objęcia alkoholu, zostawiając mnie samą z dziećmi i z całą odpowiedzialnością z nimi związaną. Gdy kilka lat później udało mu się wyprostować swoje życie, nie zadał sobie najmniejszego trudu, by spróbować choć trochę wyprostować moje, pokrzywione z jego winy zresztą. Nigdy w niczym mi nie pomógł, nigdy nie zainteresował się, jak daję sobie radę, nigdy w żadnym, nawet najmniejszym stopniu nie zajął się swoimi własnymi dziećmi. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę umiała mu to wybaczyć, tym bardziej że z nas dwojga to ja do dziś ponoszę konsekwencje jego błędów.
Tak, cysorz to ma klawe życie. Bo na pewno nie ja.

PS dodany o godz. 01.05, po kilku komentarzach, bo aż się prosi.
Dzieci moje kocham nad życie i nie żałuję ani jednej złotówki na nich wydanej, ani jednej chwili z nimi spędzonej. Gdybym miała przeżyć jeszcze raz kilkanaście ostatnich lat mojego życia, niczego bym w nim nie chciała zmieniać. Ani rozstania z Nieboszczykiem-alkoholikiem, bo już wtedy wiedziałam, a życie to potem potwierdziło, że choć nie będzie mi lekko, to na pewno będzie mi lepiej, i dzieciom też, bo nie będą świadkami awantur i innych Nieboszczykowskich zachowań w pijanym widzie, uwłaczających godności człowieka. Ani moich kilkunastoletnich samotnych zmagań o normalne życie dla naszej wybrakowanej rodziny. Nie chciałabym zmienić nawet dzisiejszej afery, ani zresztą wielu innych, które przez lata miały miejsce.
To prawda, napisałam tę notkę w stanie silnego wzburzenia, ale nie przeciwko dzieciom, tylko przeciwko Nieboszczykowi, obyczajom, mentalności wciąż jeszcze głęboko tkwiącej w naszym patologicznie patriarchalnym społeczeństwie, w którym kobieta nadal jest traktowana jak człowiek drugiej kategorii, oraz systemowi, które pozwalają na to, by mąż i ojciec, który zostawił żonę i matkę samą z dziećmi, mógł się tak łatwo wymiksować od odpowiedzialności, sumienie (jeśli je w ogóle ma) uciszyć pięcioma groszami alimentów i żyć sobie dalej lekko, łatwo i przyjemnie, wszystkie obowiązki i obciążenia wynikające z wychowywania dzieci mając w głębokim poważaniu. W wypadku Nieboszczyka głębokie poważanie przyjęło dość ostrą postać, polegającą między innymi na tym, że przez piętnaście lat nie tylko że nie wyjechał ze swoimi dziećmi na wakacje, ale nawet nie zabrał ich choćby na weekend do swojego nowego domu. Oni nigdy nawet nie nocowali u ojca! Nigdy się nimi nie interesował, widywał się z nimi średnio raz na rok, a był nawet taki okres, że się nie odezwał do nich – nawet przez telefon – przez trzy lata. To ja cały czas sama ciągnęłam ten wózek, nie mając kawałka własnego życia, podczas gdy on, wolny od trosk, obowiązków i odpowiedzialności, zajmował się wyłącznie sobą i organizowaniem sobie wygodnej egzystencji.
A dzieci… Moje dzieci to wprawdzie nie pięciolatki, które niczego nie rozumieją, mimo to i tak nie zdają sobie sprawy z własnego okrucieństwa. Dzieci, bez względu na wiek, tak po prostu mają. Zrozumieją, gdy będą mieć własne dzieci.

Ustawiłam sobie jako tapetę na pulpicie Wieżę Eiffla, ale za każdym razem, gdy włączam komputer, dostaję od tego zdjęcia lekkiego zawrotu głowy:

Image hosted by Photobucket.com

Może je zmienię na widok bardziej ogólny, z fontannami i panoramą na Pola Marsowe?

Image hosted by Photobucket.com

A może na Luwr od strony Sekwany?

Image hosted by Photobucket.com

Albo na dziedziniec Luwru widziany ze środka szklanej piramidy, spod poziomu ziemi.

Image hosted by Photobucket.com

Lub na tajemniczy paryski zaułek na Wyspie św. Ludwika, znany tylko tym, którzy w nim mieszkają…

Image hosted by Photobucket.com

…i mają klucz do wielkiej, zielonej żelaznej bramy, oraz pewnej turystce, której udało się tam wślizgnąć kompletnym przypadkiem.

Image hosted by Photobucket.com

Oraz od poziomu, na jakim się człowiek znajduje.

Tak wygląda Paryż z dachu centrum handlowego:

Image hosted by Photobucket.com

Tak z II poziomu Wieży Eiffla:

Image hosted by Photobucket.comImage hosted by Photobucket.com

Tak z III poziomu Wieży Eiffla:

Image hosted by Photobucket.comImage hosted by Photobucket.com

A tak z poziomu chodnika:

Image hosted by Photobucket.comImage hosted by Photobucket.com

HOME, SWEET HOME

4 komentarzy

Wczoraj byłam zbyt zmęczona, by się delektować tym, że jestem w domu, ale dzisiaj, kiedy już się trochę reanimowałam, postanowiłam spędzić miły wieczór z książką we własnym fotelu, ciesząc się spokojem i ciepłymi skarpetkami, a przede wszystkim ciszą. Kiedy około północy całe moje towarzystwo walnęło się spać, zebrałam potrzebne akcesoria w rodzaju koc, poduszka, gorąca herbata itp., książkę otworzyłam w miejscu, w którym tkwiła zakładka i… uwagę moją rozproszyły jakieś dziwne dźwięki dobiegające z różnych kątów mojego domu. Po bliższym wsłuchaniu się udało mi się je zidentyfikować, i wcale nie było to tykanie licznych zegarków ani warkot pracującej lodówki, tylko chrapanie Synalka, chrapanie Kropki, warczenie Mańki, gadanie przez sen Córci oraz chrapanie Maksi. Tak wygląda cisza w moim śpiącym domu. Komplet będzie, jak i ja pójdę spać, bo ja podobno też chrapię. No, ale tego to ja już słyszeć nie będę.

Wróciłam i tym razem jest to znacznie większy powód do radości niż zazwyczaj – dziś we Francji zaczął się przewidziany na kilka dni megastrajk pracowników wszelakiego transportu (m.in. metro, pociągi i lotniska) i istniało niebezpieczeństwo, że utkniemy w Paryżu na nie wiadomo jak długo. Mieliśmy sporo szczęścia, że udało nam się wrócić do domu – około czterystu lotów całkiem odwołano, nasz był tylko kilka godzin opóźniony. Mieliśmy też szczęście, że poleciała cała załoga, a nie tylko część (lecieliśmy Air France), w związku z czym do samolotu mogli wsiąść wszyscy pasażerowie, łącznie z tymi z listy oczekujących, czyli między innymi ja.
Więcej o Paryżu będzie na dniach, teraz idę odsypiać trzy dni łażenia po kilkanaście godzin i dzisiejszy niemal cały spędzony na lotnisku oraz leczyć przeziębienie, a zwłaszcza katar. I nogi – nigdy z życiu nie miałam tak poobcieranych stóp.
Patuniu, dziękuję, że zadzwoniłaś i podpowiedziałaś, co robić w związku z tym strajkiem. W ogóle dziękuję, że zadzwoniłaś, sprawiłaś mi tym ogromną radość.


  • RSS