hustawka-czarownicy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2005

Mojej niespotykanie spokojnej duszy domatora, który najchętniej życie spędziłby w zaciszu własnych czterech ścian, znów został zadany gwałt: wyjeżdżam. Tą razą do Paryża, jutro z samego rańca. W związku z tym idę się pakować, a następnie – bo pewnie mnie północ zastanie, gdy skończę – śnić słodkie sny o tym, że niczego nie zapomniałam wrzucić do walizki oraz o Polach Elizejskich, Monmartrze, placu Pigalle, katedrze Notre Dame, Dzielnicy Łacińskiej, Sorbonie, Panteonie, Ogrodzie Luksemburskim, kabarecie „La Belle Epoque” oraz rejsie statkiem po Sekwanie, zwiedzaniu Luwru i Muzeum Orsay, które to atrakcje za kilkanaście godzin zdokumentuję własnymi oczami, nogami i aparatem fotograficznym. Uwielbiam podróżować!
Opcja, żeby sprawdzać, czy mam w pokoju hotelowym podłączenie do internetu, a w razie gdyby nie – szukać gdzieś na paryskim bruku kawiarenki internetowej, nawet mi przez myśl nie przeszła.
Na zakończenie, choć to bez związku z powyższym, będzie kawałek z cyklu „Przyszło pocztą”: o allusers, czyli koncie mailowym w mojej firmie, dzięki któremu – jak sama nazwa wskazuje – mail za jednym zamachem dociera do wszystkich pracowników. Oczywiście, kwitnie na nim agencja nieruchomości (wynajem mieszkań w obie strony oraz kupno i sprzedaż), giełdy: samochodowa, komputerowa oraz porad drobnych, schronisko dla zwierząt (mnóstwo różnych nieboraków znalazło w ten sposób domy), a także biuro podróży i kultury last minute (obrót zanabytymi już biletami do kina, na koncerty etc. oraz wycieczkami i wyjazdami, z których ludzie z różnych powodów muszą rezygnować). Ale czasem się zdarza, że allusers wykorzystywane jest zgodnie z przeznaczeniem i fakt ten właśnie miał miejsce parę dni wstecz – otrzymaliśmy wszyscy ogólnofirmowy komunikat z kancelarii następującej treści: „Proszę o PILNY ZWROT GILOTYNY do działu produkcji!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!”. Tak mi się jakoś luźno skojarzyło, gdy zaczęłam pisać o Paryżu.
Pa pa

Podążając za ostatnią blogową modą oraz biorąc pod uwagę, jakie nieraz bardzo humorystyczne hasła znaleźli w swoich statystykach różni znajomi, zajrzałam i ja u siebie do tabelki „Najczęściej występujące słowa/frazy w wejściach z wyszukiwarek”. Nie zawiodłam się. Wachlarz dziedzin i zagadnień, jakich ludzie poszukują w internecie, jest nieograniczony, ale to tylko tak na marginesie. Zasadnicze zagadnienie jest takie, że związki między wpisaną w wyszukiwarkę kwestią a moim blogiem naprawdę są, że tak powiem, bardzo luźne, i to jest śmieszne. Mocno się zastanawiam, jaką minę musi mieć człowiek, który szukając, dajmy na to, przepisu na żarcie, trafia do mnie. Zastanawiam się tym bardziej że o ile sekcja kulinarna na moim blogu jest w wielkościach śladowych, o tyle w rzeczonej tabelce w mojej statystyce wręcz przeciwpołożnie i obejmuje m.in.:
– przekąski przystawki
– co można zrobić z arbuza
– duszona marchewka
– galaretka w cukrze
– kaczka z jabłkami
– naleśniki z bananami
– naleśniki z lodami
– ciasto i desery na lato.
Mamy też spory dział zagadnień zupełnie zwyczajnych, w rodzaju „niebiański blog” oraz „jak się ubrać na ślub znajomej”, ale jako że niczym szczególnym się nie wyróżniają, nie będziemy poświęcać im nadmiernej uwagi. No, może poza uwagą, że osoba szukająca odpowiedzi w questii ciuchów, po poradach, jakie znalazła na ten temat u mnie, chyba poszła na ten ślub znajomej goła.
Jest za to, całkiem spora, sekcja abstrakcyjna, i ta jest moja ulubiona, ponieważ dowodzi, że rację mają ci, którzy twierdzą, że internet to wynalazek tysiąclecia, a możliwości jego są nieograniczone. Jakim cudem bowiem wyszukiwarka, mając takie dane, trafiła na Huśtawkę Czarownicy, to naprawdę nie rozumiem. To hasła w rodzaju:
– ręcznie malowane kwiaty
– samodzielne zasypianie dziecka
– zapach którego nie lubią psy
– zabawy na upał.
Jednak moje najbardziej ulubione są dwie poniższe frazy, ponieważ za ich sprawą jestem skłonna zaryzykować tezę, że internet ma wyobraźnię oraz poczucie humoru:
– blog ze zdjęciem człowieka
oraz
– śmierć na tapecie.
Jak widać, to, czego ludzie szukają w internecie, bardzo często nijak się ma do tego, co znajdują.
Moja zaś prywatna teoria jest taka, że za to czasami znajdują to, czego nie szukali, ale to z poszukiwaniami przez wyszukiwarki ma niewiele wspólnego.

Jakiś czas temu Druga Mama zrobiła mi błyskawiczny mailowy kurs wrzucania zdjęć na bloga. Wczoraj nareszcie znalazłam czas na to, by step by step wprowadzić jej wskazówki w życie. A że mistrz wybitnie doskonały, a uczeń wybitnie pojętny, poszło świetnie.

Proszę Państwa, oto Kropka.

Image hosted by Photobucket.com

No to teraz będę Was, PT Moi Czytelnicy, częstować zdjęciami znacznie częściej. W razie czego podziękujcie Drugiej Mamie;)
Ja jej dziękuję już teraz. Bardzo, Druga Mamo:).

PS, czyli Przypomniałam Sobie.
Przypomniałam sobie, że już parę razy obiecywałam wrzucić jakieś zdjęcia, jak się nauczę, ale zapomniałam, jakie. Czy ktoś może pamięta, czego dotyczyły te moje obietnice?

Uwielbiam buty na wysokich obcasach. No, po prostu uwielbiam i zawsze tak było. Pantofle, sandałki, nawet kozaki mam na czternastocentymetrowej szpilce. W takich nie tylko najlepiej się czuję, ale i – paradoksalnie – jest mi najwygodniej. Jakoś mnie wtedy krzyż nie boli i mogę w nich iść na koniec świata. Obcasy noszę zawsze i bez względu na okoliczności (no, może wyjąwszy wycieczki po górach). Nawet w Tajlandii w środku dżungli po wąwozie z tygrysami zasuwałam w bucikach na obcasiku. Wszyscy przez lata się do tego przyzwyczaili – jak Cotek, to na szpilkach.
Jednakże wiek robi swoje: po kilkunastu godzinach dreptania na obcasach zaczynają mnie boleć stopy. Doszło do tego, że po pracy nie mogłam się doczekać, kiedy dojadę do domu, i wcale nie dlatego, że taka byłam zmęczona albo dajmy na to głodna, tylko po to, żeby móc nareszcie zdjąć buty. Jeszcze parę lat temu to było nie do pomyślenia, ale teraz jest. Dlatego ubiegłej jesieni kupiłam pantofelki na dwucentymetrowym obcasiku, zimą zanabyłam awaryjne kozaczki podobnej wysokości, latem zaś wyciągnęłam z przepastnych czeluści mojej szafy zupełnie płaskie weneckie sandały oraz japonki, które przywiozłam sobie z RPA, i eksploatowałam je na zmianę z wysokimi, w zależności od stanu moich nóg i czasu, jaki miałam spędzić poza domem. Wychodzi na to, że mniej więcej od roku średnio co drugi dzień chadzam na płaskim.
Tymczasem jutro całą (no, prawie) redakcją wybieramy się na Ecco Walkathon. Do wyboru jest kilka tras i kilka zbożnych celów, na które pójdą „wychodzone” pieniądze, więc musiałyśmy z wicenaczelną podjąć jakieś ustalenia. Zdecydowałyśmy, że „idziemy na defibrylatory”, nie po Łazienkach (pięć kilometrów), bo to spacer dla dzieci, ani z Agrykoli na Cytadelę (szesnaście kilometrów), bo to jednak cholerny kawał drogi i z naszą kondycją możemy gdzieś po drodze wymięknąć, tylko z Agrykoli do Zachęty i z powrotem.
– No to załatwione, dziesięć kilometrów będzie w sam raz – powiedziała Ela na zakończenie i już się zabierała z powrotem do swojego gabinetu, ale coś jej się przypomniało: – Zaraz, zaraz, Cotku – zatrzymała się. – A ty jakieś buty na płaskim obcasie to masz?
Tak to rzeczywistość odbija się od przyzwyczajeń i raz ugruntowanej opinii.
Nie tylko w questii butów.

SZARA STREFA

34 komentarzy

Zniknęły moje ukochane kolory lata. Przykrył je smutny deszcz i ponure chmury. Świat poszarzał, skurczył się, zmalał, a życie przycupnęło gdzieś cicho w kąciku i nie chce mu się rozwijać skrzydeł ani oddychać pełną piersią. Przygniata je zimny, przejmujący wiatr i mżawka.
On tak jak ja lubił Mozarta, Piazzolę, włoską operę i włoską kuchnię, Almodovara, Jima Jarmuscha i Monty Pythona, góry, książki, spacery w letnim zmierzchu, Caetano Veloso, ciche, otulone kocem spokojne wieczory na kanapie, lody i piwo. Troszczył się o mnie jak o największy skarb na świecie, dbał, żeby mi zawsze było wygodnie, dobrze i komfortowo. Przynosił kwiaty, okrywał swoją kurtką, rozmawiał, przytulał. Zachwycał się moimi dłońmi i moim dotykiem, gestem, którym odgarniam włosy z czoła, moimi oczami, tym, jak na niego patrzyłam i jak wyglądam po przebudzeniu. Umiał sprawić, że zasypiałam przy nim spokojna i w poczuciu bezpieczeństwa. Nie robiliśmy wielkich planów, ale takie małe – owszem. Co będziemy robić i gdzie pójdziemy w następny weekend, dokąd razem wyjedziemy, gdy jesienią wezmę urlop i że musimy na kilka dni wpaść do Krakowa, żeby mógł mi pokazać wszystkie swoje ukochane miejsca. „Chciałbym, żebyś była tu ze mną – mówił przez telefon, gdy wyjechał na kilka dni. – Ale przecież wszystko przed nami, nie musimy się z niczym spieszyć, mamy mnóstwo czasu.” Mówił o mnie i o sobie „my” i ja już też zaczynałam tak myśleć – „my”, co po wielu w sumie samotnie przeżytych latach wcale nie było łatwe.
To był jeden z tych ostatnich ciepłych wieczorów, kiedy jeszcze można siedzieć w ogródku na Nowym Świecie, ale już narzuca się na ramiona sweter. Zjedliśmy kolację, gawędząc miło i pogodnie. Przy kawie, w nagłym przypływie uczciwości i szczerości, wyznał, że jestem wspaniałą, cudowną, piękną kobietą i znajomość ze mną to jedna z najlepszych rzeczy, jaka przydarzyła mu się w życiu, ale wie, że mnie nie pokocha, ponieważ dzięki tym naszym wspólnym kilku miesiącom przekonał się, że jeszcze nie przestał kochać swojej eks-narzeczonej i nie wie, czy kiedykolwiek przestanie, że nie może o niej zapomnieć i nie wie, czy kiedykolwiek zapomni. Nie chciałby mnie stracić, ponieważ bardzo mnie podziwia, uwielbia i pragnie, ale nie może mi obiecać ani żadnych uczuć, ani poważnego związku, ani wspólnej przyszłości, ani nic, bo jego serce jest zrujnowane i puste.
Kilka dni później przywędrowały deszczowe chmury, powietrze poszarzało, stało się zimne i ciężkie od wilgoci. Pierwsza jesienna ulewa obudziła mnie któregoś dnia rano głośnym i smutnym bębnieniem o daszek nad moim balkonem, granatowym niebem i ciemnością, w której lekko już pożółkłe drzewa wyglądały jakby były czarne. Druga ulewa złapała mnie i Kropkę w samym środku miasta, obie byłyśmy przemoczone i zziębnięte, wyglądałyśmy i czułyśmy się jak kupka nieszczęścia. Trzecią ulewę przeczekałyśmy w redakcji, wróciłyśmy do domu ponad dwie godziny później niż zwykle, obie nieziemsko głodne i zmęczone. Następnego dnia wyciągnęłam z szafy kurtkę, ciepły sweter i polarową bluzę, a schowałam moje weneckie sandały, cieniutki, złoty szal, którym okrywałam ramiona w letnie wieczory i lekką, zwiewną cygańską spódnicę z falban do samej ziemi. W jesienną szarugę nie nosi się takich szali ani takich spódnic.

Prawie cały dzień spędziłam dzisiaj w kuchni. Mater dolorosa, jak ja nienawidzę gotować! Wolę trzy razy sprzątnąć całą chałupę niż ugotować jeden obiad. A nawet więcej, bo jeszcze gotowałam dla Kropki. Dobra wiadomość: jak zwykle, wyszły mi pyszne rzeczy i jedząc, sama podziwiałam mój talent kulinarny. Zła wiadomość: pies nawet nie zbliżył się do swojej miski z mięsem i kaszą, tylko wyżarł kotom cały whiskas.

Pewien mój bardzo intensywnie rozglądający się za pracą znajomy w wieku lekkopółśrednim natknął się był w ubiegły poniedziałek na ogłoszenie prasowe, zresztą jedno z wielu niemal identycznych i z tymi samymi podtekstami, następującej treści: „Prężna, dynamicznie rozwijająca się firma poszukuje przedstawicieli handlowych bla bla bla”. Wprawdzie dla puenty nie ma to większego znaczenia, ale przełożę to na nasze: handlująca sznurkiem do snopowiązałek firma krzak, składająca się z dwóch prezesów i jednej sekretarki, szuka jeleni, którzy będą zasuwać jako akwizytorzy na prowizji, używając własnego samochodu i komórki bez zwrotu kosztów. I byłby ten mój znajomy zrobił z nim to, na co podobne ogłoszenia zasługują – spuścił na nie zasłonę milczenia, gdyby nie ciężka artyleria zamykająca imponującą listę powalających zalet i argumentów (w rodzaju „zapewniamy pracę w młodym zespole”), dzięki którym chętni do roboty natychmiast powinni rzucić się drzwiami i oknami. Na samym końcu, czcionką o jakieś dwa punkty większą i wersalikami, stało napisane: „Najlepszym gwarantujemy płatne urlopy!”.

Wczoraj Synalek pojechał do mojej siostry w celu aby razem z jej synem pogrzebać w ich komputerze, coś zainstalować, coś naprawić i takie tam. Zajechał. Dzwoni do mnie, że jest już na miejscu. Nagle moja siostra, która jest pielęgniarką i której miało nie być w domu, bo miała być w pracy, odzywa się do mnie w telefonie w te słowa:
– Zamieniłam się na dyżur i jestem. Weź psa na długi spacer i przyjeżdżaj.
– Nie mogę – odpowiadam – bo idę na ślub koleżanki.
– To w dzisiejszych czasach jeszcze jacyś ludzie biorą śluby? – zapytała ze zdumieniem, w którym było jej tragiczne małżeństwo i świeży rozwód, moje tragiczne małżeństwo i mój stary rozwód oraz wszystkie tragiczne małżeństwa i rozwody w rodzinie i wśród bliższych i dalszych znajomych.
Na szczęście biorą. A niektórzy nawet są potem ze sobą szczęśliwi.


  • RSS