Jak większość obywateli, z powodu kościelnego święta państwowego miałam nieco dłuższy weekend i nadzieję na sensowny odpoczynek. Niestety. Kiedy człowiek cały tydzień uwiązany jest na całe dnie do firmy jak chłop pańszczyźniany do ziemi, to na domowe prace ma tylko dni wolne od pracy. Ukręt z tych trzech dni jest następujący: odwaliłam ze cztery prania oraz trzy prasowania i posprzątałam chałupę. Gotowałam, gotowałam, gotowałam. Zrobiłam megazakupy, co zajęło mi pół soboty. Napisałam recenzję jednej książki. Obejrzałam trzy filmy na DVD, w tym jeden służbowo. Żeby można było pomyśleć o normalnym otwarciu okien, myłam je siódmy raz w ciągu ostatnich siedmiu tygodni, bo na skutek niekończącego się remontu balkonów zasyfione są niemiłosiernie. Z tego samego powodu (oraz ponieważ chciałam wywiesić te tony prania) trzeba było umyć świeżo położoną kafelkową podłogę na balkonie. I kiedy zasuwałam z mopem, Córcia się odezwała do mnie z najwyższą naganą w głosie:
– Ty w ogóle nie umiesz odpoczywać.
Może i nie umiem, ale za to jestem dobrze zorganizowana: znalazłam w tym wszystkim czas na jedną, ale za to bardzo długą randkę. Nie mogę powiedzieć, żebym czuła się zmęczona.