hustawka-czarownicy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2005

Raz na wozie, raz w nawozie – jak parafrazowała jedna moja znajoma, co do mojej obecnej sytuacji ma się tak, że o ile w zeszłym tygodniu harowałam jak wół i momentami zapominałam, jak się nazywam, o tyle w tym oddaję się błogiemu i niemoralnie cudownemu nicnierobieniu. Energię i siły witalne zużywam tylko na to, na co mam ochotę albo co jest absolutnie niezbędnie konieczne.
I tak. Sporządziłam dwie michy sałaty, bo coś trzeba jeść. Podlałam kwiaty. Powlokłam się do sklepu żelaznego, bo popsuł mi się zamek, więc zanabyłam nowy, a następnie sporym nakładem sił i z akompaniamentem symfonii ojejusiów (nie całkiem pasował) zamontowałam go w drzwiach wejściowych. Wyskoczyłam do cukierni po tort śmietanowy z czekoladą. Rozmroziłam zupę bakłażanową i zjadłam. Spotkałam się z pewną absolutnie zjawiskową kobietą i spędziłam z nią cudowny wieczór. Poszłam na bazar po arbuza i kabanosy. Sprawdziłam przez Internet stan mojego konta. Zmieniłam wodę różom, które dostałam od mojego romansu. Napisałam kilkadziesiąt SMS-ów, kilka maili i jedną notkę. Obejrzałam jeden film na DVD, ale za to bardzo długi. Podłączyłam telefon do ładowarki. Kilkadziesiąt razy pogłaskałam koty. Oraz policzyłam, że w najlepszym wypadku do emerytury zostało mi jeszcze jakieś osiemnaście lat.

Wielu moich znajomych ze stanem posiadania w postaci jedynaka bądź jedynaczki twierdzi uparcie, że skoro już się ma dzieci, to naprawdę jest wszystko jedno, ile – jedno, dwoje czy troje, udręka jest taka sama. Jeśli chodzi o dwoje, troje czy nawet czworo, to zgadzam się w całej rozciągłości, że różnica jest niewielka, wyjąwszy może poziom hałasu i ilość kanapek, jakie się robi potomstwu do szkoły. Ale mogę się mylić, nigdy nie miałam czwórki dzieci. Natomiast dwoje mam stale, a jedno miewam czasami, więc mam porównanie. Różnica między jednym dzieckiem a dwojgiem jest zasadnicza, a polega na tym, że jedno dziecko nie ma rodzeństwa do kłócenia się o to, kto ma dać kotom jeść i kto dawał ostatnio, kto ma skoczyć po pieczywo i kto skakał ostatnio, komu czyja muzyka przeszkadza w czytaniu, kto za długo siedzi w wannie i blokuje łazienkę, kto za długo siedzi przy komputerze i blokuje dostęp do poczty oraz gg, kto się rozsiadł w samym przejściu, kto zostawił buciory wielkości kajaków na środku przedpokoju i kto po kim zmywa gary. Jedno dziecko ma wszystko tylko dla siebie – i obowiązki, i przyjemności, więc nie ma o co i z kim się kłócić, jazgotać i spierać.
Synalek wyjechał w góry. Odpoczywam od nieustannego, całorocznego zamieszania. Siedzimy sobie z Córcią w ciszy i spokoju, ona u siebie, ja u siebie, i jest nam dobrze. Czasem siedzimy razem i też jest nam dobrze. Jest nam dobrze tym bardziej że – jako się rzekło – jestem na urlopie i nic nie muszę, za to sporo mogę, na przykład mogę bezkarnie położyć się spać o wpół do czwartej rano (co też ochoczo wczoraj uczyniłam).
Jedyny minus tej sytuacji jest taki, że ponieważ wyjechali na wakacje nie wszyscy podopieczni, nie mogę być niegrzeczna.

Zamykanie numeru oznacza, że od trzech dni:
1. Śpię po pięć godzin na dobę.
2. Widuję się z moimi dziećmi godzinę dziennie, i to wyłącznie dlatego, że oni wspaniałomyślnie czekają, aż wrócę do domu i dopiero kładą się spać (a moje dzieci, jakkolwiek dorosłe, też potrzebują matki).
3. Nie wiem, jaka jest właściwie pogoda.
4. Nie mam czasu zdjąć prania ze sznurków.
5. Nie mam czasu zrobić kolejnego prania i brudne łachy zaczynają już wypełzać z kosza na podłogę.
6. Nie odezwałam się do mojej przyjaciółki L. ani słowem, bo czasu wystarcza mi wyłącznie na rozmowy i telefony służbowe, a i to nie na wszystkie – co mogę, to odkładam na później.
7. Nie mam siły rano porządnie się umalować i z powodu podkrążonych ze zmęczenia oczu wyglądam jak śmierć na chorągwi.
8. Na trzy maile od mojej przyjaciółki B. ja napisałam jeden, bardzo krótki.
9. Nie przeczytałam ani jednego zdania z książki, którą mam aktualnie na tapecie (wyjąwszy tych kilka stron rano w autobusie, ale to się prawie nie liczy, bo ponieważ byłam średnio przytomna, mało co z tego zapamiętałam i będę musiała czytać jeszcze raz).
Poza tym:
10. Znów spóźniłam się z wpłatą do jednego bardzo złodziejskiego banku, w którym kara za nieterminową wpłatę wynosi 49 złotych polskich.
11. Ponieważ Synalek z narzeczoną załatwiali sobie wyjazd na wakacje na początku tygodnia, czyli wtedy, gdy ja gniłam w pracy, nie wiem dokładnie, dokąd w piątek wyjeżdżają, poza tym, że w góry. (Wiem jeszcze, że mają zarezerwowany pokój w pensjonacie i kupili bilety na pociąg).
12. Oddzwoniłam do mojego romansu po to tylko, żeby mu powiedzieć, że tak naprawdę zadzwonię do niego w piątek.
13. Rzucanie okiem na robotników, którzy remontują balkony w moim bloku, w tym mój, zwaliłam całkowicie na dzieci.
14. Nie zadzwoniłam do mojej siostry, że dostarczono mi hawajanasy, które zamówiłam dla niej jakiś czas temu, i musimy się w związku z tym spotkać.
15. Nie wiem, co jest w lodówce.
16. Nie mam pojęcia, czy już skończył się zapas żarcia dla kotów, czy jeszcze nie.
17. Od siedzenia po kilkanaście godzin dziennie przy biurku mam już na pewno odsiedziny.
Na szczęście, dziś nastąpi koniec tego młyna, a od poniedziałku idę na urlop i wtedy nareszcie trochę pożyję.

Arbuzy. Niebiański zapach i najwspanialszy smak na świecie. Mięciutkie, soczyste i słodkie jak samo szczęście. Kiedyś w Wenecji po całym dniu łażenia po mieście kupiłam na straganie kawałek arbuza prosto z takiej wielopiętrowej patery chłodzonej lodowatą wodą i jego smaku nie zapomnę nigdy w życiu, bo to był najwspanialszy arbuz, jaki kiedykolwiek jadłam. A moja najdziwniejsza przygoda z arbuzem miała miejsce w Bangkoku. O tym, że arbuzy w Tajlandii są po prostu nieziemsko doskonałe, nie muszę wspominać – najadałam się tam nimi na zapas. Ale któregoś dnia przy śniadaniu ktoś wspomniał o soku z arbuza i to mnie zaintrygowało, bo nigdy wcześniej nie słyszałam o wyciskaniu z arbuza soku, zawsze wydawało mi się, że to mokre w nim to sama woda. Zapytałam kelnera, czy mają. Odpowiedział, że nie, ale zobaczy, co da się zrobić, i po paru minutach przyniósł mi szklankę soku z arbuza. Soku! Żadna tam woda, tylko gęsty, mięsisty, w przepięknym czerwonym kolorze rajski arbuzowy sok.
Ale i naszym, dojrzewającym w nieprzyjaznym północnym klimacie arbuzom, kupowanym na bazarze na Wiatracznej, też niczego nie brakuje. Kiedy je widzę na straganie, przekrojone na pół i kuszące tą intensywną, soczystą czerwienią, nie jestem w stanie się powstrzymać. Gdy na nie patrzę, od razu czuję ich boski smak. Co tam patrzę! Gdy tylko o nich pomyślę, od razu czuję ich boski smak. Nic nie jest tak pyszne jak arbuzy. No, może czekolada. Ale czekoladę można mieć jak rok długi i szeroki, a arbuzy tylko przez chwilę i właśnie z niej korzystam. Pochłaniam arbuzy w ilościach hurtowych, póki są, bo będzie mi musiało wystarczyć na cały rok.

Jestem dość mocno empatycznym człowiekiem, zwłaszcza jeśli chodzi o osoby mi bliskie. Ponieważ umiem wczuć się w czyjąś sytuację, a także zrozumieć, jak bardzo jakaś sprawa jest dla tego kogoś ważna, jestem zdolna do naprawdę sporych poświęceń i akrobacji, które nie zawsze wychodzą mi na zdrowie. Dostosowuję się do kogoś lub naginam nieraz na granicy własnej wytrzymałości. Zdarza się, że rzucam swoje sprawy po to, by zająć się cudzymi. Tu muszę, niestety, pozostać gołosłowna, czyli nie posłużę się żadnym konkretnym przykładem, bo to wymagałoby pisania o nie moich osobistych i ważnych sprawach. Takie rzeczy zaś, jak na przykład umawianie się z kimś, w tego kogoś interesie, w drugim końcu miasta, choć to u diabła na zapleczu i w żaden sposób mi nie po drodze, a na dodatek kosztuje mnie stratę dwóch godzin, ponieważ rozumiem, że ten ktoś ma jeszcze mniej czasu niż ja albo nie chce zostawić zbyt długo dziecka samego w domu – to są w zasadzie drobiazgi. Staram się również, bez względu na to, ile mnie to kosztuje, wywiązywać się ze wszystkich swoich obietnic i zobowiązań, ponieważ umiem wyobrazić sobie, jak drugi człowiek będzie się czuł albo że mu się skomplikują inne sprawy w razie, gdy zawiodę. W obecności kogoś, kto ma akurat chore dziecko, powstrzymuję się przed wynurzeniami o tym, że moje dzieci jak żyją tyle lat na świecie, to jeszcze nigdy tak naprawdę nie chorowały, bo wyobrażam sobie, jak podobna euforia może być dla tego kogoś przykra. Z tego samego powodu komuś, kto chodzi do roboty jak na ścięcie, nie opowiadam ze szczegółami o tym, że mam dobrą pracę, że ją bardzo lubię i cóż to się fajnego dziś w redakcji wydarzyło.
Jednak wszystko ma swoje granice, moja empatia również. Do szału doprowadzają mnie rodzice, którzy do restauracji przychodzą z dziećmi. Rozumiem, że nie zawsze mają je z kim zostawić, rozumiem, że często sami czują się skrępowani tym, że bachor biega po całej knajpie jak po placu zabaw i drze japę oraz tym, że stale muszą go strofować. Mimo to potrafię niezbyt przyjemnym tonem zwrócić im uwagę, by się swoim rozwydrzonym dzieciakiem zajęli przynajmniej na tyle skutecznie, by nie kręcił się wokół mojego stolika i nie krzyczał mi prosto w ucho. A gdy ktoś niechcący wpadnie na mnie na ulicy, to – choć rozumiem, że jest to dla niego tak samo nieprzyjemne, jak i dla mnie – nie zawsze grzecznie mówię „nic nie szkodzi”. Zwłaszcza gdy mnie przy tym boleśnie walnie w ramię albo nadepnie na nogę.
Jednak szczyty braku wrażliwości osiągam w pracy, gdy mam do czynienia z autorami, których konstytutywną cechą jest to, że notorycznie spóźniają się z tekstami. Nieraz zdarzało mi się powiedzieć takiemu, że skoro umówiliśmy się na oddanie tekstu tydzień temu, to teraz nic mnie nie obchodzi, że dopiero wrócił z wakacji, dziecko ma katar, a na dodatek popsuł mu się komputer. Na marginesie: kreatywność ludzka w wymyślaniu wymówek, byle tylko przedłużyć sobie ustalony termin albo usprawiedliwić termin już zawalony, jest doprawdy nieograniczona. Gdyby ludzie wkładali tyle serca i energii w pisanie tych tekstów, które zobowiązali się napisać, ile wkładają w wymyślanie pretekstów, by ich nie napisać na czas, to o problemie deadline’u nikt by nigdy nie słyszał. I żeby nie było, że jestem taka nieczuła – każdy zawalony przez autora termin oznacza, że przy wysyłaniu numeru do drukarni będę siedziała w redakcji po nocach, więc się nie dziwcie, że nie przemawiają do mnie zasmarkane nosy autorskich dzieci. Oni na pewno nie przejmują się tym, że ja, a wraz ze mną cztery inne osoby plus specjalnie zamówiona zmiana nocna w przygotowalni potem do drugiej rano kwitniemy w pracy, bez względu na to, czy nasze dzieci są zdrowe, czy chore. Oni często nawet nie wiedzą, że my w ogóle mamy dzieci. Więc zaciskam zęby i egzekwuję. A zaciskam zęby, bo rozumiem, że przeziębione, marudzące dziecko w domu to horror i że dla tego człowieka każdy wynegocjowany dzień zwłoki jest na wagę złota.
Jak widać, empatia wcale nie jest taka fajna. Bezpośrednio, bez żadnych konotacji, podtekstów i niepożądanych konsekwencji przydała mi się tylko raz w życiu – gdy się rozwodziłam z Nieboszczykiem. To był chyba jeden z najdłuższych rozwodów bez orzekania o winie, ponieważ sędzina nie bardzo się kwapiła z wydaniem orzeczenia, choć Nieboszczyk w zasadzie sam dostarczył ostatecznych argumentów, pojawiając się na jednej z rozpraw nie całkiem trzeźwy, a dodam, że jego alkoholizm był jedną z głównych przyczyn rozpadu naszego małżeństwa. Mimo to dla sędziny to wciąż było za mało i wysłała nas, wraz z dziećmi, na badania do psychologa. Po tych badaniach rozwód dostaliśmy od razu na kolejnej rozprawie. I pewnie nigdy bym się nie dowiedziała, za jakąż to cudowną przyczyną tak się stało, gdybym nie pojawiła się w sądzie osobiście po odpis wyroku. To był dziewięćdziesiąty pierwszy rok, sądownictwo było w jeszcze bardziej opłakanym stanie niż obecnie, w sekretariacie urzędowały zaledwie dwie zapracowane panienki oraz stara maszyna do pisania, o komputerze wtedy chyba nikt tam jeszcze nawet nie śnił. Gdy się te dwie panienki dowiedziały, po co przyszłam, wzniosły oczy do nieba i żałośnie jęknęły. Ale jedna – widać mniej zapracowana, dzięki czemu lepiej jej się myślało – przytomnie zapytała, czy umiem pisać na maszynie. Gdy potwierdziłam, przyniosła mi całą teczkę z aktami naszej sprawy i zaproponowała, żebym sobie ten odpis osobiście na tej ruinie maszyny do pisania sporządziła, ona mi potem tylko machnie pieczątkę za zgodność z oryginałem i sprawa załatwiona, inaczej musiałabym czekać na ten papier miesiąc. Więc go sobie sporządziłam od razu, a nie za miesiąc, ale ważniejsze było to, że dzięki temu normalnie niedostępne dla stron akta ja przewertowałam dokładnie, z góry, z boku i z podskoku, łącznie z opinią psychologa i uzasadnieniem wyroku. Psycholog zdiagnozował, a sędzina powtórzyła za nim w uzasadnieniu, że to małżeństwo nie ma żadnych szans, ponieważ Nieboszczyk, jako człowiek w najmniejszym nawet stopniu niezdolny do odczuwania empatii, nie jest w stanie stworzyć trwałego i normalnego związku.
Tak czy inaczej, puenta jest taka, że empatia, choć uznana za jedno z ważniejszych i bardziej pożądanych uczuć wyższych, nie ułatwia mi życia. Bo albo się nią kieruję i wtedy robię to, co jest dobre dla kogoś, ale niekoniecznie dla mnie, albo się nią nie kieruję i robię to, co jest dobre dla mnie, a nie dla kogoś, ale jest mi wtedy przykro i mam poczucie winy. Dlatego od dziś, w myśl mojego ulubionego hasła reklamowego przyuważonego na jakimś przydrożnym billboardzie w południowej Polsce, które brzmi: „Zwalczaj chwasty, sadowniku”, podejmuję moją prywatną walkę z własną empatią. O postępach, mam nadzieję, będę informować.

PS „Rozumiem, co czujesz” to jeden z najgłupszych, najbardziej beznadziejnych i najbardziej denerwujących mnie tekstów i gdy ktoś przemawia do mnie tymi słowy, dostaję nerwowych drgawek. I choć zazwyczaj jest dla mnie oczywiste, że intencje autora są szlachetne, mam ochotę kazać mu kupić sobie kółko i puknąć się w czółko, ponieważ nikt nie siedzi drugiemu człowiekowi w głowie ani w sercu i tak naprawdę nie wie, co on czuje. Może co najwyżej się domyślać, a i to nie zawsze prawidłowo.

W samym środku mojej dzisiejszej kuchennej walki zabrakło mi oliwy. Tu się gotuje, tam się podsmaża, ja kroję warzywa, myję grzyby. Na dworze wprawdzie cudowny upał, ale w gotującej się kuchni jest gorąco jak w piekle, pot się ze mnie leje strumieniami. I w tym wszystkim zabrakło mi oliwy. Więc mówię do Córci, która u siebie w pokoju spokojnie sobie na komputerze rżnęła we Freecella:
– Córcia, leć no, kochana, do sklepu po oliwę.
– No tak – zadziamgotała Córcia. – Twój Synalek znowu poszedł sobie na mecz czy na inną randkę i kto musi lecieć do sklepu? Oczywiście ja!
– Nie gadaj, tylko idź, bo nie mogę skończyć obiadu.
– Zobaczysz! – powiedziała Córcia tonem, który sugerował, że w dalszej części wypowiedzi zagrozi, że mnie zamorduje. – Jak już skończę się uczyć, to się dorobię i wtedy zatrudnię ci gosposię!

Na metce świeżo nabytej sukienki dla Córci stało napisane:
55% len
45% wiskoza
100% bawełna.


  • RSS