hustawka-czarownicy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2005

Jako się rzekło, lato ma same zalety. Rzekło się również, że ma tylko jedną wadę – muszę przez otwarte okna wąchać wszystkie sąsiedzkie smrody, podziwiać gusta muzyczne itd. Jednakowoż było się w błędzie. Lato ma jeszcze jedną wadę, i to dużą – latają fruwajce. Mnie one przeszkadzają tyle o ile. Nie powiem, żebym jakoś specjalnie za nimi przepadała, ale też nie mam nic przeciwko nim. Wyjątek następuje wtedy, gdy wpadnie mi to tałatajstwo we włosy i wyplątać go nie można. No, nie lubię, ale to się raczej rzadko zdarza. Natomiast często się zdarza, zwłaszcza wieczorem, że wpada toto do mieszkania i wtedy się zaczyna. Albowiem dziecko moje, lat dwadzieścia jeden, panicznie boi się wszelakiego robactwa. Każdy letni wieczór okraszony jest co najmniej jednym histerycznym występem Córci.
– Mamo! Mamo!!! – Córcia wpada do mnie, z rozwianym włosem i łzami w oczach. – Coś fruwa w moim pokoju! Zabierz to!!! Ja tam nie wejdę, póki TO tam będzie!!! Mamo, proszę cię… Zrób coś z tym, bo się nie będę mogła położyć spać!!! O Boże, niech już będzie zima!
Ja ją nawet rozumiem, bo chyba każdy się czegoś boi. Ja na ten przykład pająków, od czasu, jak mnie jeden dziabnął w powiekę i tak mi zapuchła, że przez tydzień nie mogłam otworzyć oka. O Mater Dolorosa, jak to bolało! I choć to było lat temu ze dwadzieścia, jak nie więcej, do dziś na widok pająka oblewam się zimnym potem. Nie wiem, co jednej mojej znajomej zrobiły ptaki, ale potwornie się ich boi. Nawet sam widok ptasiego pióra przyprawia ją o atak paniki. W przeciwieństwie do jej czteroipółletniej córeczki, która ptaki uwielbia i w drodze do przedszkola niemal codziennie ciągnie ją na pobliski skwerek, żeby popatrzeć na podkarmiane przez okolicznych mieszkańców stado gołębi, a ostatnio wpadła na pomysł, że chce mieć papugę. Do tych gołębi znajoma wprawdzie podchodzi (czego to się nie robi dla swojego dziecka), ale nie bliżej niż na jakieś pięć metrów, a i to z paniką w oczach. No, ale papugi na pewno dziecku nie kupi.
Za to wiem, co mojej matce zrobiły żaby – jej młodszy brat w dzieciństwie, w czasie zabawy na łące, potwornie ją przestraszył, jako dodatkowego rekwizytu używając właśnie takiego małego, zielonego stworzenia. Matka do dziś na sam dźwięk słowa „żaba” dostaje drgawek. O matko… Przypomniało mi się, jak mieliśmy z moim bratem po jakieś siedem i osiem lat i z całym dziecięcym bezmyślnym okrucieństwem kupiliśmy mamie pod choinkę – na szczęście oprócz innych prezentów – ohydną, plastikową zieloną żabę. A mnie mój własny chrześniak (i to był przejaw tej słynnej sprawiedliwości dziejowej, w którą mocno wierzę) kiedyś w charakterze żartu ni stąd z owąd panie dzieju rzucił na kolana olbrzymiego, czarnego pająka. Plastikowego, ma się rozumieć, ale i tak prawie dostałam zawału.
Wracając do ad remu oraz do puenty. Dziś mamy bardzo zimny wieczór i meserszmity nie fruwają, co oznacza, że Córcia siedzi spokojnie u siebie i żadnych wrzasków nie będzie. Chyba że wrzasnę ja. W piątek idziemy na bardzo ważny ślub mojej przyjaciółki B. i Córcia mnie dzisiaj przeciągnęła po Galerii Mokotów w poszukiwaniu odpowiedniego opakowania, ponieważ, jak na prawdziwą kobietę przystało, uznała, że nie ma się w co na tę tak uroczystą okoliczność ubrać, a ja, choć bardzo niechętnie, musiałam jej przyznać rację. Właśnie policzyłam, ile kasy zostawiłam w rzeczonej Galerii i mam ochotę wpaść w histerię. Na dodatek w drodze powrotnej do domu wyjęłam ze skrzynki rachunek za komórki moją i moich dzieci. Strach przed pająkami, myszami, żabami, burzą i czego tam się jeszcze ludzie boją to małe miki w porównaniu z obawą o zawartość portfela. Zwłaszcza jak jest się jedynym żywicielem rodziny.

Lato uwielbiam za to, że jest cudownie ciepło, że można wyjść z domu z gołymi nogami, że świeci dużo słońca, że o dziewiątej wieczorem jest jeszcze widno i za to, że w takich warunkach życie jest znacznie łatwiejsze i przyjemniejsze niż w inne pory roku. Kiedy inni przy dwudziestu pięciu stopniach dymią i narzekają na upał, mnie przy trzydziestu jeszcze nie jest za gorąco. Jestem ciepło- i światłolubna i lato to mój żywioł.
Lato ma same zalety. I tylko jedną wadę – nie stać mnie na klimatyzację. Żeby się nie udusić, trzeba otwierać okna. Dzięki temu wiem, że dzisiaj jedni moi sąsiedzi mieli na obiad kapustę, inni kalafior, a sąsiadka z piątego smażyła placki ziemniaczane, i nie była to przyjemna wiedza. Wiem także – zwłaszcza teraz, wieczorem – jakiej muzyki słuchają wszyscy mieszkający w pobliżu „melamoni”, a nawet ci z kilku bloków dalej. No, w każdym razie nie takiej jak ja i to dudnienie, które obija się o szyby w moich oknach, też nie jest przyjemne.
Najmniej przyjemne jest jednak to, że słyszę z dokładnością do każdego oddechu, jak sąsiadka, której balkon graniczy z moim, wydziera się na swoją dziesięcioletnią córeczkę. Nie pierwszy zresztą raz, bo często słyszę i przez ścianę. Nie powiem, żebym ja na swoje dzieci nigdy w życiu nie podniosła głosu, przeciwnie, zdarzyło mi się nieraz zdrowo ryknąć. Ale z tego, co dobiega do mnie zza sąsiednich drzwi balkonowych, wnioskuję, że krzyk to już nawet nie jest jej jedyna metoda wychowawcza, ale w ogóle jedyna forma porozumiewania się z dzieckiem. Jeśli w ogóle w tej sytuacji o porozumiewaniu się może być mowa.
Kiedy sąsiad znęca się nad psem, to się dzwoni do Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. A co się robi, gdy matka nieustannie drze się na dziecko?

Wczoraj wieczorem, ale już nie miałam siły się zameldować, bo nie byłam w zbyt dobrej formie. Po pierwsze, przyjechałam z katarem większym niż miałam przed wyjazdem. Wieści o tym, że mamy już lato, są mocno przesadzone. Co prawda w ciągu dnia jest ciepło, słonecznie i całkiem przyjemnie, a jak się wraca z basenu do pokoju, to te dwieście metrów przez park można spokojnie przejść z mokrymi włosami. Ale wieczorem i w nocy jest zimno jak w marcu i siedzenie na tarasie albo w barze pod parasolami to jest czysty heroizm i musi się skończyć przeziębieniem. Po drugie, takie odpoczywanie w SPA strasznie męczy – ciągle jest tyle rzeczy do zrobienia (masaże hydro, klasyczne i limfatyczne, basen, sauna, biała glinka), że człowiek kompletnie nie ma czasu zwyczajnie poleniuchować, poleżeć na leżaku na słoneczku, podrzemać po południu, poczytać. A po trzecie, oprócz zdrowego trybu życia, prowadziliśmy w tym Nałęczowie także niezdrowy tryb życia i wczoraj wieczorem po głowie i żołądku telepały mi się jeszcze resztki kaca. Krótko mówiąc, jak to po każdym superudanym wyjeździe, ledwo trzymałam się na nogach i nawet już nic nie jadłam, tylko z grubsza rozpakowałam walizkę, pobieżnie zwiedziłam wannę i z największą rozkoszą walnęłam się do mojego własnego ukochanego łóżka. Zasypianie zajęło mi jakąś minutę.
A dziś w redakcji harówa, bałagan, urwanie głowy i krajobraz po bitwie. Bo mieliśmy remont i należało zapakować cały dobytek z biurek oraz miliarda szaf i szafek do kartonów (co uczyniliśmy w zeszłym tygodniu), a następnie na sześć dni opuścić pomieszczenie pracownicze, żeby panowie mieli warunki do pomalowania ścian, wymienienia wykładziny i takich tam – stąd ten ogólnoredakcyjny wyjazd całym stadem. A teraz trzeba to wszystko rozpakować i przywrócić miejsce pracy do stanu używalności. Całe szczęście, że jesteśmy tacy wymasowani – gdyby nie to, to po dzisiejszej walce w pudłami i gratami zakwasy byłyby murowane (choć to jeszcze nie koniec: kartony wciąż piętrzą się i horyzontalnie, i wertykalnie tak, że przejść nie można, monitor od mojego komputera po wielogodzinnych poszukiwaniach znalazł się na ósmym piętrze pod biurkiem takiej jednej laski z administracji, przedłużacze się jeszcze nie znalazły, klucze quarkowe takoż, szafki stanęły niekoniecznie te same i niekoniecznie w tych samych miejscach, co przed remontem, i to jest tylko mały wycinek tej apokalipsy, która się u nas odbywa). I odprężeni na maksa – w przeciwnym wypadku już dzisiaj to chyba na pewno byśmy zabili naszą asystentkę, która jest okazem arogancji i lenistwa (ale to się prędzej czy później tak skończy, bo komuś nerwy puszczą). Krótko mówiąc, z utęsknieniem czekam na weekend.
A wieczorem byłam u okulisty i okazało się, że muszę mieć okulary DO BLIŻY. Wprawdzie to nie katastrofa, ale jednak lata robią swoje i już się zaczęło wiotczenie tkanek.

Wprawdzie, jak widać, mam tu dostęp do Internetu, ale przypuszczam, że nie bardzo będę miała czas siedzieć w sieci. Jak wrócę w środę albo w czwartek, to się odezwę. Chwilowo znikam.

Waga znaczy. Ważyłam się właśnie wczoraj i strzałka zatrzymała się w tym samym miejscu co zawsze. Ja już nie wiem, co mam zrobić, żeby nareszcie coś się zmieniło.
Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że odżywiam się zdrowo, a nawet bardzo zdrowo. Dostarczam mojemu organizmowi wszystkich potrzebnych mu składników odżywczych, błonnika, mikroelementów, witamin i tym podobnych. Moja dieta jest starannie przemyślana i odpowiednio zróżnicowana, a pokarmy podaję sobie w ilościach takich, jak trzeba.
Moje ulubione jest mięso (białko), zwłaszcza smażone, oraz warzywa (witaminy itp.) Uwielbiam makarony pod każdą postacią i w ogóle wszelkiego rodzaju kluchy (węglowodany). Ryby (fosfor), szczególnie łosoś i śledzie. Nabiał (białko, białko, białko). Ryż. Łatwiej i krócej będzie, jeśli wymienię, czego nie lubię i w związku z tym nie jadam: szpinak, cynaderki, wątróbka, kasza gryczana oraz owsianka (szczerze mówiąc, to zupy mleczne w ogólności). Jak widać, lubię wszystko, co się nadaje do jedzenia, więc wachlarz dostępnych dla mnie surowców jest bardzo szeroki, co daje mi niemal nieograniczone możliwości komponowania potraw, dań i posiłków.
Desery. Och, bez deserów nie ma życia. Desery po obiedzie i po kolacji, desery bez obiadów i bez kolacji, desery jako przekąski, przystawki i samodzielne dania. Desery w każdej postaci, zwłaszcza ptasiego mleczka, czekolady gorzkiej oraz gorzkiej z orzechami, ale o tym już kiedyś było i nie będę się powtarzać. Tytułem uzupełnienia i poprawienia dodam tylko, że czekolada ma całe mnóstwo bardzo bardzo zdrowego magnezu. Galaretka owocowa w cukrze lub czekoladzie i słone paluszki. Deserem są dla mnie również naleśniki z serem (zwłaszcza jak są z polewą czekoladową i bakaliami), galaretka z nóżek i kabanoski drobiowe.
Warzywa. Bez warzyw też nie ma życia. Nie wyobrażam sobie kanapki z samą wędliną. To jest dla mnie jakiś półprodukt, a nawet ćwierćprodukt. A nawet jedna ósma produktu. Do kanapki muszę mieć przynajmniej kawałek sałaty. Idealnie jest, gdy mam do kanapki kawałek sałaty, sałatkę z pomidorów zagryzaną ogórkiem oraz rzodkiewkami lub papryką. A jeszcze lepiej, gdy mam miskę sałatki greckiej z fetą i sosem winegret. A jeszcze lepiej, jak winegret jest czosnkowy (na marginesie: czy to jeszcze jest winegret, czy już wariacja na temat?). Duszona marchewka do pieczonego kurczaka. Jarzynka z buraczków do schabowego. Sałatka z porów do smażonej ryby. Chrzan do golonki. I oczywiście kaczka z jabłkami… A propos: w koszyku na owoce na stole kuchennym od trzech tygodni usycha samotne żółte jabłko. Kilogramowe opakowanie lodów jabłkowych zniknęło w ciągu dwóch dni.
Owoce. No, tu jest trochę problem, bo zasadniczo owoce mnie jakoś nie pociągają, chyba że w niektórych przetworach. Nawet nie będę się zastanawiać, dlaczego. Nie i już. Ale są wyjątki: czereśnie i arbuzy. Questia polega na tym, że jako owoce sezonowe nie są dostępne przez cały rok, więc w czerwcu odżywiam się głównie czereśniami, a w sierpniu arbuzami. Na zapas, więc w ilościach przemysłowych i na normalne żarcie czasami już mi miejsca nie starcza, a w każdym razie nie na tyle, co w pozostałe miesiące.
Ale na kawałek ciasta zawsze się znajdzie. Miejsce znaczy, ponieważ na ciasto mam oddzielną półkę. Moje ulubione to sernik we wszystkich wariantach i odmianach, szarlotka (w tym również szarlotka na ciepło z lodami) i makowiec. Drożdżówki z serem. Wunderwaffe z bananami albo ananasami z puszki. I takie angielskie ciasteczka maślane, które do niedawna się przywoziło z Londynu, ale już teraz można kupić i u nas. Dobrym pączkiem też nie pogardzę.
Dlaczego więc nie mogę przytyć tych pięciu kilogramów, których mi brakuje do wagi idealnej?

Gdy już skończyłyśmy w piątek omawiać z Elą kwestię artykułu, który właśnie dostałyśmy, a ma iść jeszcze do tego numeru, choć w poniedziałek jedziemy do drukarni, i jak już wymyśliłam, skąd w prawie zamkniętym numerze wziąć na ten artykuł strony, Ela, używając cytatu z „Misia”, zapytała mnie:
– A jak tam w waszym życiu prywatnym?
Mamy kilka takich ogólnoredakcyjnych kultowych filmów i kawałków kabaretowych i cytatami z nich dość często się posługujemy.
– Nic ciekawego – odpowiedziałam, zgodnie z prawdą zresztą.
– No jak to? – zdziwiła się. – A twój płomienny potajemny romans, do którego się nie chciałaś przyznać i wypierałaś się jak żaba błota, choć widać go po tobie było na sto kilometrów, bo wyglądałaś pięknie jak uduchowiona rusałka?
– Ale już nie wyglądam? – spytałam tonem prowadzącej teleturniej.
– No… Nie – powiedziała Ela szczerze.
– No to masz odpowiedź. Romans utknął w martwym punkcie.
Rozmowa miała miejsce w jej gabinecie, gdzie stoi cudowna, mięciutka kanapa, na której rozwalam się czasem, jak chcę sobie chwilę odsapnąć, reanimować bolący kręgosłup, odpocząć bolące nogi. Rozwalam się na tej kanapie także wtedy, gdy sobie tak z Elą pogadujemy powolutku i niespiesznie (towarzysko, a czasem służbowo), wymieniamy myśli i poglądy oraz wpadamy na genialne pomysły. Rozwaliłam się na tej kanapie i tym razem, a Ela popatrzyła na mnie znad okularów:
– Znowu próbowałaś rozmawiać z facetem o Almodovarze?
To było niby pytanie, ale Ela wypowiedziała je tonem jak najbardziej twierdzącym.
– Cotek – kontynuowała, zdejmując okulary, co zapowiadało, że wygłosi dłuższą przemowę. – Ty chyba zwariowałaś! Widzę, że muszę ci zafundować szkolenie, inaczej nigdy nie ułożysz sobie życia. Jak facet do ciebie dzwoni i pyta, co robisz, to broń Boże nie mów mu, że oglądasz „Wszystko o mojej matce”, „Wysokie obcasy” albo „Lisbon story” ani wywiady z Marią Callas. Nawet jak oglądasz tylko „Greka Zorbę”, to się do tego nie przyznawaj. Ani że akurat piszesz recenzję najnowszej powieści Joyce Carol Oates. Masz mu powiedzieć, że właśnie nakręciłaś sobie włosy na wałki.
– Nigdy nie nakręcam włosów na wałki – zaprotestowałam.
– To powiedz, że zrobiłaś sobie peeling twarzy i nałożyłaś maseczkę oczyszczającą, a za chwilę ją zmyjesz i nałożysz antyrodnikową maseczkę nawilżającą. Albo że właśnie wróciłaś od kosmetyczki, która zrobiła ci depilację rąk, nóg i okolic bikini.
– Ela, zlituj się – jęknęłam. – Po kiego miałabym rozmawiać z nim o rzeczach, którym sama poświęcam tylko tyle uwagi, ile jest konieczne? Przecież to są pierdoły information! Ja chcę faceta, z którym można pogadać o „Pośród ciemności” albo o „Dogville”.
– Cotek, ty nic nie rozumiesz – tłumaczyła mi Ela spokojnie i rzeczowo. – Jak chcesz porozmawiać o kinie artystycznym, to przyjdź do mnie! Facetowi masz opowiadać o maseczkach, perfumach Jean Paul Gaulteira, że najnowsza maskara Shiseido jest świetna i cudownie podkręca rzęsy, że Kaśka kupiła sobie takie same buty jak ty i cię to wkurza… Musisz nauczyć się maskować i udawać blondynkę. Mów mu o Wimie Wendersie, to się przestraszy, że jesteś dla niego za mądra, za niezależna i że nie będzie w stanie niczym ci zaimponować. Będzie się bał i ucieknie. Do takiej, co będzie mu o tych maseczkach i przy której będzie mógł czuć się mądrym, błyskotliwym, wielkim mężczyzną.
Półleżąc na kanapie, pomyślałam, jakkolwiek absurdalnie to brzmi, że może Ela ma rację? Ona jest mężatką od dwudziestu lat i nic nie wskazuje na to, że miałoby się to zmienić, a mój romans utkwił w martwym punkcie i nic nie wskazuje na to, że miałby ruszyć z miejsca. O czym Ela rozmawia ze swoim mężem, nie mam pojęcia (ale też nie sądzę, żeby o tych maseczkach, bo jak ją znam tyle lat, to wiem, że nie poświęciła im ani sekundy dłużej ponad konieczność), ale o kinie artystycznym rozmawia ze mną.

Jestem sową. Nocnym markiem. Mój zegar biologiczny zasuwa nie w tę stronę, co trzeba. Cały świat zaczyna funkcjonować o ósmej rano – ja przytomnieję dopiero koło południa. Cały świat zasypia najpóźniej o dwudziestej drugiej – dla mnie dzień trwa w najlepsze. Jeśli ktoś myśli, że mam dzięki temu klawe życie, jest w bardzo mylnym błędzie. Klawe życie to ja mam tylko w weekendy, dni powszednie to jest jedna wielka masakra.
Nie mogę rano wstać. Nie dlatego, że taka jestem leniwa i nie chce mi się wyjść spod kołdry, tylko dlatego, że nie mogę się obudzić. Dzwoni jeden budzik, drugi, trzeci (od niedawna, odkąd mam takie cudo z dwoma alarmami w jednym, to nawet czwarty). Dzwoni, dzwoni, i na tym koniec, bo ja nic nie słyszę. Całe szczęście, że do pracy chadzam na jedenastą, dzięki temu nawet jeśli obudzę się dopiero wtedy, gdy budziki już całkiem zachrypną, nie ma tragedii. Potem jest dzień, który muszę jakoś przeżyć. Jednak zazwyczaj muszę go przepracować, i to w miarę kreatywnie, bo tego moja robota wymaga. Jak mi się to udaje – nie wiem, ponieważ na ogół nie jestem całkiem przytomna i wydaje mi się, że gdybym przyłożyła głowę do poduszki, zasnęłabym w sekundę. Za to wieczorem… O, wieczorem następuje zjawisko pod tytułem „nieboszczyk wąż ożył i wnet się nasrożył”. O tej porze jestem sprawna, zorganizowana, pełna energii, mam najlepsze pomysły i w pół godziny robię to, co rano zajęłoby mi ze trzy co najmniej. Wieczorem mogę bez problemu i bez najmniejszego wysiłku zrobić wszystko: pracować, zastanawiać się nad sobą i nad światem, pisać, prowadzić życie rodzinne oraz towarzyskie…
Znam wprawdzie parę osób, które również funkcjonują inaczej… Tu mi się przypomniało, jak kilka tygodni temu na skutek międzynarodowej delegacji z naszego międzynarodowego wydawnictwa, która akurat u nas urządziła sobie kilkudniowe szkolenie, nasza redakcja, znana z tego, że przed południem mało kto w niej jest, za to wieczorem – prawie wszyscy, dostała polecenie służbowe od prezesa, żeby w pracy być najpóźniej o wpół do dziesiątej, a jednego dnia wręcz o dziewiątej, żeby obciachu przed obcymi nie było, że oni przyjdą, a u nas pusto. Ach, przyszliśmy, bo nie było innego wyjścia, ale przysięgam, że tak musi wyglądać smętna parada duchów błąkających się po czyśćcu, jak my wyglądaliśmy w te dni rano.
Tak czy inaczej, jest nas nocnych marków trochę na tym świecie, ale jesteśmy w bardzo małej mniejszości i to jest okoliczność, przez którą postanowiłam w ubiegłym tygodniu zacząć normalnie żyć. No bo – pomyślałam sobie – skoro cały świat zaczyna dzień o ósmej, to ja też mogę. Trzeba tylko wcześniej iść spać.
W poniedziałek położyłam się do łóżka o wpół do jedenastej. I na położeniu się skończyło, bo zasnęłam – jak zawsze – około wpół do drugiej. We wtorek takoż. „To pewnie przez to – pomyślałam rozsądnie – że wstaję o wpół do dziewiątej. Jeśli bym wstała o wpół do siódmej, to wieczorem byłabym już tak zmęczona, że padłabym i zasnęła w sekundę.” Więc wstałam w środę o wpół do siódmej, choć do dziś nie wiem, jak to zrobiłam. Za to o dziesiątej wieczorem rzeczywiście byłam nieżywa. Wskoczyłam do łóżka, przytuliłam się do poduszki i zasnęłam o… wpół do drugiej. W czwartek postanowiłam się jeszcze nie poddawać i nie rozbiłam budzików, gdy zaczęły wyć o siódmej. W piątek, po zaledwie pięciu godzinach snu, zwlokłam się o zadanej wczesnej porze z łóżka tylko dlatego, że jak mantrę powtarzałam sobie: „Jutro jest weekend, jutro jest weekend, jutro jest weekend i nie trzeba wstawać”. A z pracy wracałam z Czarkiem, który mieszka niedaleko mnie i przez te dwadzieścia pięć minut, co się jedzie, zaczęłam mu prawie przysypiać w samochodzie.
I to był ten moment, kiedy stwierdziłam, że czas zakończyć eksperyment. Przez cały tydzień byłam, a jakoby mnie nie było – straszliwie niewyspana, zestresowana martwieniem się, czy będę mogła zasnąć (i wkurzona, gdy nie mogłam), czy uda mi się usłyszeć budziki i wstać, dzień w dzień nieprzytomna tak samo rano, jak i wieczorem. A normalnie może rzeczywiście rano świat nie ma ze mnie wielkiego pożytku, ale za to wieczorem jestem do całkowitej dyspozycji.


  • RSS