hustawka-czarownicy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2005

Wczorajsze Boże Ciało, a konkretnie procesję, która jak co roku przechodzi pod samym moim oknem, przeżyłam wyłącznie dzięki temu, że moja świeżo naprawiona wieża rozkręcona na prawie cały regulator jest w stanie zagłuszyć nawet syreny okrętowe i alarm przeciwatomowy. Dlaczego wszystkie pieśni kościelne (no, może z wyjątkiem kolęd, ale to też zależy, kto je śpiewa) mają melodię marsza żałobnego, tempo kanonu Pachelbela, a ludzie zawodzą je głosami zawodowych płaczek pogrzebowych?

Minął kolejny dzień mojego życia. Ani dobry, ani zły, ani lepszy od innych, ani gorszy. Nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Po prostu minął kolejny dzień mojego życia.
Któregoś dnia oglądaliśmy z moimi dziećmi na DVD „Zabić drozda”, a potem nagrane wiele lat po nakręceniu filmu bonusowe wywiady z producentami, reżyserem i aktorami, między innymi z Gregorym Peckiem, siwym jak gołąb, pomarszczonym staruszkiem, co robiło wrażenie tym większe, że chwilę wcześniej widzieliśmy go w filmie jako młodego, superprzystojnego faceta.
– Boże, jaki on stary! – zdziwił się Synalek.
– Ty też kiedyś będziesz stary – próbowałam postawić go do pionu.
– To prawda. Ale ty zawsze będziesz starsza ode mnie – odpowiedział z pewnym smutkiem, ale jednak dość okrutnie, takim nieprzemyślanym okrucieństwem typowym dla butnej młodości.
Niestety miał rację.

Kiedy Kate miała 3 lata, zachorowała na ostrą i wyjątkowo wredną odmianę białaczki, która nie poddawała się żadnym konwencjonalnym formom i metodom leczenia. Ani rodzice, ani brat z powodu niezgodności białkowej nie mogli zostać dawcami nawet krwi dla Kate. Rodzice podjęli decyzję o urodzeniu trzeciego dziecka, którego przedtem wcale nie planowali. Starannie wyselekcjonowano pod względem genetycznym jajeczka matki i plemniki ojca i dokonano zapłodnienia in vitro. Spośród powstałych w ten sposób kilku zarodków genetycy wybrali jeden, gwarantujący idealną zgodność komórkową i białkową przyszłego dziecka i Kate. Umieszczono go w macicy matki. Tak przyszła na świat Anna.
Tymczasem Kate była coraz bardziej chora. Gdy tylko odkryto jakąkolwiek nową metodę leczenia białaczki – choćby nawet była eksperymentalna – stosowano ją u Kate. Niektóre z nich wymagały pobierania od Anny wciąż nowych narządów i organów. Nikt nigdy nie pytał jej o zgodę na te zabiegi. Nie miała własnego życia. Często miała poczucie, że w swojej własnej rodzinie jest, jak to określała, niewidzialna, a jej istnienie jest uprawnione tylko o tyle, o ile jej ciało może służyć siostrze.
Kiedy Anna miała 13 lat, stan Kate pogorszył się beznadziejnie. Doszło do niewydolności nerek – jedyną szansą na przedłużenie jej życia (bo nawet nie na całkowite wyleczenie) był przeszczep nerki, a jedynym możliwym dawcą była oczywiście Anna. Rodzice bez najmniejszych wątpliwości postanowili, że Anna odda nerkę siostrze. Ale Anna miała już dość traktowania jej jak magazynu części zamiennych i złożyła w sądzie pozew o pozbawienie rodziców prawa do podejmowania wobec niej decyzji w sprawach medycznych, w tym do przeprowadzania u niej jakichkolwiek zabiegów i operacji oraz o ustanowienie jej jedyną osobą mogącą podejmować takie decyzje.
Książka, o której napisałam wyżej, to wprawdzie tylko fikcja literacka, ale czy przy dzisiejszych możliwościach medycyny takie wydarzenia nie są jak najbardziej prawdopodobne? Chwilami byłam wręcz przerażona jasnością przekazu, jaki ze sobą niesie ta opowieść o niewyobrażalnie trudnym życiu rodziny dotkniętej śmiertelną chorobą: że tak daleko posunięte ingerowanie w naturę stawia ludzkość przed pytaniami, na które nie ma odpowiedzi i problemami, które żadną miarą nie dadzą się rozwiązać. Czy etyczne jest powołanie do życia człowieka „na zamówienie”, o określonym materiale genetycznym, tylko po to, by ratować życie innego człowieka? By był inkubatorem i rezerwuarem organów, gotowym do oddania ich w każdej chwili, w której zajdzie taka potrzeba? Co z jego uczuciami, prawem do realizowania własnych planów, marzeń i pragnień, do swojego własnego życia? Do czego zdolna jest matka, by ratować swoje dziecko? Co ja bym zrobiła w takiej sytuacji? Czy można poświęcić jedno dziecko dla podtrzymania przy życiu drugiego? Czy Anna ma prawo zbuntować się przeciwko roli, do jakiej rodzice powołali ją do życia? Czy powinna oddać siostrze nerkę, czy nie? Czy słusznie przypuszcza, że – ponieważ gdyby nie choroba siostry, nigdy nie przyszłaby na świat – rodzice kochają ją mniej niż pozostałe swoje dzieci?
Ta książka jest napisana tak bezstronnie i tak oszczędnym językiem jak niemal zapis dokumentalny, dzięki czemu po pierwsze ma większą siłę przekazu niż najbardziej kwiecista powieść, a po drugie racje obu stron zachowują idealną równowagę. Człowiekowi już już wydaje się, że wie, po czyjej stronie jest słuszność, a w kolejnym rozdziale okazuje się, że taka sama słuszność jest po drugiej stronie i w efekcie nie potrafi odpowiedzieć na żadne z pytań, do których postawienia prowokuje niemal każde słowo tej książki.
Wczoraj podano do publicznej wiadomości, że, cytuję: „brytyjscy naukowcy sklonowali zarodek ludzki, wykorzystując do tego eksperymentu komórki jajowe pozostałe po leczeniu niepłodności. Zwolennicy klonowania liczą, że dzięki wykorzystaniu tej metody w przyszłości będzie możliwe leczenie wielu chorób, wobec których współczesna medycyna jest bezsilna”.
Żyjemy w naprawdę trudnych czasach.

Prawo w naszym kraju, jak wszyscy wiemy, ma więcej dziur niż ser szwajcarski. Prawo prasowe nie odbiega od tego standardu, ale przynajmniej w jednej sprawie przepisy są jasne i mimo najlepszych chęci, nie dają się interpretować na kilka sposobów, a tylko na jeden – w kwestii autoryzacji wypowiedzi.
I tak, dziennikarz nie ma obowiązku przedstawić do autoryzacji przygotowanego do druku wywiadu, chyba że wywiadowana osoba sobie tego zażyczy – wtedy dziennikarz „nie może odmówić osobie udzielającej informacji autoryzacji dosłownie cytowanej wypowiedzi”. Co oznacza, że każdy, kto udziela do prasy jakiejkolwiek wypowiedzi, choćby nawet była ona jednozdaniowa, ma prawo do jej autoryzacji.
I tu się zaczyna polka galopka. Wariacji na temat autoryzacji jest tyle, ile osób, z którymi wszyscy dziennikarze w tym kraju robili kiedykolwiek jakiekolwiek wywiady. Niemal na porządku dziennym są sytuacje, że podczas rozmowy (zazwyczaj nagrywanej) wywiadowany mówi chętnie, długo i namiętnie, bez najmniejszych oporów i ze szczegółami, a potem, gdy spisany tekst wywiadu dostaje do autoryzacji, okazuje się, że nie powiedział tego, co powiedział, że powiedział to, czego nie powiedział, a to, co powiedział, powiedział inaczej. Wychodzi na to, że w momencie rozmowy z dziennikarzem był w stanie jakiejś pomroczności jasnej i dopiero po kilku dniach jest na tyle przytomny, by udzielić wywiadu właściwego. Znane są przypadki, że do dziennikarza po autoryzacji wrócił tekst, w którym nie było ani jednego słowa sprzed autoryzacji.
W tym momencie dochodzimy do questii kolejnej. Osoba, która dostaje do autoryzacji wywiad, traktuje to dosłownie i – zapominając, że owszem, ma prawo do autoryzacji, ale tylko swoich wypowiedzi – autoryzuje również pytania dziennikarskie. Przypadek z ostatniej chwili: wywiadowany pan mówił przez telefon: „Pytanie pierwsze… dobre. Drugie pytanie… dobre. Trzecie pytanie… no… w zasadzie też może być…”. A to i tak jest przypadek łagodny, ponieważ zdarzają się żądania usunięcia z wywiadu pytania wraz z odpowiedzią, co jest niezgodne z prawem, ponieważ w czasie autoryzacji usunąć można tylko własną odpowiedź, pytania – nie.
Dalej. Dziennikarz nie może opublikować niczyjej wypowiedzi bez zgody osoby, która tej wypowiedzi udzieliła, ale jednocześnie prawo prasowe mówi też wyraźnie, że „udzielenia informacji nie można uzależniać (…) od sposobu jej skomentowania lub uzgodnienia tekstu wypowiedzi dziennikarskiej”. Tymczasem myśmy mieli niedawno do czynienia z panną, która przy autoryzacji po pierwsze oznajmiła, że nie zgadza się, by w pytaniu – na które zresztą podczas rozmowy odpowiedziała – zawarte było zdanie dziennikarki o filmie z jej (tej panny) udziałem, ponieważ, jak nas pouczyła, dziennikarka nie jest krytykiem filmowym i nie może wyrażać opinii na ten temat. A po drugie stwierdziła, że wywiad przedstawia ją w niekorzystnym świetle i zażądała, byśmy w pytaniu zmienili sformułowanie „jest pani bardzo mało młodzieżowa” na „jest pani raczej mało młodzieżowa”, inaczej nie zgodzi się na publikację. To już nie jest autoryzacja, tylko cenzura. A przecież jeśli tezy, opinie czy sformułowania zawarte w pytaniach komuś się nie podobają, to może w odpowiedzi polemizować, dyskutować, dementować lub ostatecznie w ogóle nie odpowiedzieć – najbardziej znane na świecie angielskie wyrażenie to „no comment”.
Żeby była między nami pełna jasność. Ja rozumiem, że w dobie coraz bardziej agresywnego, brutalnego i bezpardonowego dziennikarstwa każdy, czyje słowa podpisane imieniem i nazwiskiem mają się ukazać w prasie, chce je autoryzować, żeby się potem nie zdziwić, jakiej to fantastycznej wypowiedzi udzielił. (Na marginesie: bardzo mnie ucieszył fakt, że pewna aktorka wytoczyła proces sądowy pewnemu dziennikowi o zamieszczenie zdjęć robionych bez jej zgody w sytuacjach prywatnych i wygrała. O ile dobrze pamiętam, sąd zabronił temu tytułowi publikowania jakichkolwiek jej zdjęć bez jej zgody).
Ale… No właśnie. Po pierwsze, istnieje kwestia pewnej odpowiedzialności za to, co się mówi – jeśli jednego dnia coś jest białe, a po kilku dniach staje się czarne, to jest to jakieś nieporozumienie socjalne moim zdaniem. Po drugie, skoro ktoś domaga się respektowania swojego prawa do autoryzacji własnych słów, powołując się na prawo prasowe, niech nie zapomina, że to samo prawo prasowe zabrania mu ingerowania w część dziennikarską i niech respektuje prawo dziennikarza do wolności wypowiedzi (w tym także krytyki, co podkreślam z całą mocą). A po trzecie, żaden dziennikarz, gdy zwraca się do kogoś z prośbą o wywiad, nie występuje jako Tajemniczy Don Pedro z Krainy Deszczowców, tylko z własną twarzą, pod własnym imieniem i nazwiskiem oraz tytułem pisma, dla którego pracuje. Znowu na naszym rynku, jakkolwiek bogatym w formę i treść, nie ma miliarda tytułów, w których człowiek „spoza branży” się gubi – powszechnie jest wiadome, który to brukowiec, a który nie. Jeśli ktoś nie ma zaufania do jakiegoś tytułu, to przecież nikt go do udzielenia wywiadu nie zmusza. Z kolei żadne poważne pismo, które z szacunkiem traktuje swoich czytelników, z osoby, którą przedstawia na swoich łamach, nie zrobi pasztetu ani taniej sensacji.
Oczywiście, zdarzają się też pozytywne przypadki, które do zagadnienia podchodzą tak jak trzeba i przy autoryzacji nie wypierają się swoich własnych słów spisanych z taśmy. Robiłam kiedyś wywiad z taką właśnie osobą, której autoryzacja polegała w zasadzie na poprawieniu kilku przecinków i kropek. Ale z drugiej strony – po co mi taka autoryzacja? Kropki i przecinki każdy redaktor jest w stanie poprawić z zamkniętymi oczami.
Reasumując: jestem wszystkimi rękami, nogami i całą sobą za tym, żeby – tak jak w wielu innych cywilizowanych krajach – autoryzację znieść. Tam słusznie twórcy prawa wychodzą z założenia, że jeśli dziennikarz zwraca się do kogoś o wywiad, to nie po to, żeby sobie towarzysko pogawędzić o pogodzie, i że udzielając wywiadu, jednocześnie wyraża się zgodę na jego publikację. A jeśli dziennikarz nadużyje czy przekręci, to wtedy można i jego, i pismo pozwać do sądu i na ogół wygrać. W końcu zawsze istnieje dowód w postaci taśmy.

Mam dwie kotki. Maksia jest czarno-biała, ma zielone oczy i waży chyba z sześć kilo. Mańka jest czarna, oczy ma zielono-żółte i wygląda, jakby miała góra osiem miesięcy, choć od Maksi jest młodsza zaledwie o pół roku. Mieszkają z nami od pięciu lat z okładem. Są pewnego rodzaju potwierdzeniem wyników badań (wprawdzie przeprowadzonych na ludziach, no ale w końcu kot też stworzenie Boże), że organizmy kobiet, które spędzają ze sobą bardzo dużo czasu, np. dość długo razem pracują, zaczynają funkcjonować w tym samym rytmie biologicznym, np. w tym samym czasie mają miesiączki. Naukowcy tłumaczą to prawami przedłużenia gatunku – że niby w ten sposób biologia eliminuje konkurencję między kobietami w kwestii wybierania przez samców (tzn. mężczyzn) partnerek do prokreacji. Może to i tak jest, nie wnikam, tym bardziej że w wypadku moich kotek te questie nie zachodzą. Ale coś musi być na rzeczy, ponieważ Maksia i Mańka rzeczywiście funkcjonują w tym samym rytmie biologicznym. W tym samym czasie śpią, w tym samym czasie są głodne, w tym samym czasie zasuwają do kuwety, w tym samym czasie się myją, a nawet ziewają.
Przez pięć lat mieszkania pod jednym dachem moje kotki zdążyły się bardzo ze sobą zaprzyjaźnić, co jest zrozumiałe o tyle, że najpierw musiały podzielić między sobą terytorium, ustalić, która miska jest czyja oraz że miska z wodą jest wspólna, a także która śpi na fotelu, a która na pufie, która ma pierwszeństwo w rozwalaniu się na parapecie i wyglądaniu przez okno i tym podobne sprawy, a następnie konsekwentnie, ale z pewnego rodzaju tolerancją przestrzegać tych zasad. Dojście do podobnych porozumień wymaga wiele wzajemnej sympatii i szacunku i rodzi między stworzeniami bardzo silne więzi. No i te więzi się narodziły.
Razem urządzają sobie takie zabawy i takie ganiatyki po całym domu, że telewizor przy nich wysiada, razem tworzą w przedpokoju na szafce na buty, która stoi przy samych drzwiach, komitet powitalny, gdy któreś z nas, ludzi, wraca do domu. Razem – i to jest jedna z ulubionych ich rozrywek – wyglądają przez okno. Razem drą japy przy obcinaniu pazurów i razem czatują rano przy moim łóżku, aż się obudzę, wstanę i dam im jeść. Razem włażą do każdej szuflady, która jest otwarta dłużej niż pół minuty i razem polują na muchy. Bardzo często też do spania układają się jedna obok drugiej w pozach identycznych lub na zasadzie lustrzanego odbicia. (Jak się kiedyś nauczę wrzucać zdjęcia na bloga, to zaprezentuję).
Ponieważ jednak każda z nich jest bytem indywidualnym i niepowtarzalnym, różnią się nieco od siebie. Na przykład Mańka ucieka w najciemniejszy kąt domu, gdy tylko włączę odkurzacz, Maksia wręcz przeciwnie, przygląda mu się ze stoickim spokojem i dużym zainteresowaniem. Mańka jest wariatką i leci przed siebie, na nic nie patrząc, a w efekcie obija się o futryny i inne przeszkody, których po prostu nie zauważa, Maksia jest ostrożna aż do przesady i zanim gdzieś wlezie, to najpierw powoli i starannie prowadzi rozpoznanie terenu i warunków. Mańka preferuje suche żarcie, Maksia woli mięsne kawałki w galarecie, a jeszcze lepiej w sosie. Maksia uwielbia, jak ją się głaszcze po głowie i drapie pod brodą, Mańka z zachwytu mruczy jak traktor, gdy głaszcze się ją po grzbiecie i drapie za uchem oraz po nosie.
Jak na prawdziwe przyjaciółki przystało, nieustannie mają się na oku, czuwając nad sobą i pomagając sobie w kryzysowych sytuacjach. Ponieważ Mańka bez zastanowienia włazi w różne dziwne miejsca, Maksia nieraz uratowała ją przed uwięzieniem na kilka godzin w szafie (Synalek nie zauważył, kiedy tam się wślizgnęła, podczas gdy on wyjmował portki i gdyby nie Maksi jazgot, byłby ją zatrzasnął w tej szafie tuż przed wyjściem do szkoły) albo wręcz przed spędzeniem nocy na balkonie przy 10 celsjuszach. Przemknęła mi pod nogami jak duch, a że to był późny wieczór, a ona jest cała czarna, więc w ciemności nie było widać, że została po drugiej stronie zamkniętych drzwi balkonowych. Moją uwagę zwróciła dopiero Maksia właśnie, która ustawiła się pod tymi drzwiami na warcie i krzyczała najgłośniej jak potrafiła, że kot za burtą.
Jednak nie jest tak, że całymi dniami nie odstępują się nawet na krok i cały czas spędzają razem, o nie. Każda ma jakieś swoje własne przeznaczenia, w których nawzajem sobie nie przeszkadzają ani się nawet nimi niespecjalnie interesują. Jeśli zdarzy się tak, że jedna śpi, a druga akurat wypadkiem nie, to nie leci tamtej budzić i zmuszać jej do dotrzymywania sobie towarzystwa, tylko znajduje sobie inne zajęcie i cierpliwie czeka, w końcu jak kot się wyśpi, to wstanie. Albo gdy Maksia oddaje się jednej ze swoich ulubionych czynności – obserwowaniu rybek w akwarium, to Mańka, która akurat rybki ma w głębokim poważaniu, idzie zająć się swoimi sprawami i szlus.
Jest jednak od tej reguły wyjątek – Mańka ma pewien zwyczaj polegający na tym, że jak jej bardzo zależy na tym, żeby mieć trochę świętego spokoju, to włazi do środka do kanapy i zagrzebawszy się w pościeli, dekuje się tam nieraz na dość długo. Czy śpi wtedy, czy sobie po prostu w ciszy i bez przeszkód kontempluje swoje kocie życie – tego nie wiem. Wiem za to, że Maksia z pełnym zrozumieniem odnosi się do tej Mańkowej potrzeby izolacji, ale do czasu. Gdy po kilku godzinach jej zdaniem zaczyna to już za długo trwać, robi się niespokojna, krąży nerwowo po całym domu i szuka tego czarnego półdiablęcia weneckiego we wszystkich możliwych zakamarach, drąc się i miaucząc przy tym tak, że chyba ją słychać na parterze: „Gdzie jesteś? Wyłaź już, bo ja tu tęsknię za tobą!”. I Mańka wyłazi.
I niech mi ktoś powie, że nie miał racji pewien mój kolega z podstawówki jeszcze, jak powiedział, że kot też człowiek.

Od czterech dni, odkąd zrobiło się zimno, pochmurno, deszczowo, a ciśnienie spadło poniżej poziomu morza, jestem nieprzytomna i tylko nadzwyczajnym wysiłkiem woli trzymam otwarte oczy. I to tylko wtedy, kiedy wymaga tego ode mnie poczucie obowiązku, czyli w pracy, ale i tak przez te dni bardziej twarzowałam niż pracowałam, bo nie byłam w stanie zmusić się do nawet najmniejszego wysiłku. Czuję się, jakbym nie miała kości. Wczoraj wracając do domu drzemałam w autobusie. W domu zaś (nawet nie włączając komputera, co jest do mnie kompletnie niepodobne), natychmiast zapadłam w niebyt, z którego wypłynęłam dziś koło dziesiątej rano. Nie mam pojęcia, jak przedryfowałam przez dzisiejszy dzień. Wychodzi na to, że nie jestem nawet meteopatą, tylko jakimś dziwolągiem uzależnionym od zjawisk przyrody jak wilkołaki od faz księżyca. Co – biorąc pod uwagę, że dla odmiany gdy jest pełnia, ja prawie nie śpię przez cztery doby – nie wydaje się takie bardzo nieprawdopodobne…

Ciepło – pogoda jak latem, słońce dogrzewało, ptaszki w pobliskim lesie świergoliły na całego.
Renowacyjnie – pan Mariusz jest mistrzem świata masażystów.
Wypoczynkowo – poza pływaniem w basenie, jedzeniem, spaniem i spacerami, robiłyśmy nic.
Oraz wesoło:
Siedzimy po obiedzie przy kawie, ale czujemy pewien niedosyt.
– Chcemy deser? – pytam Córcię.
– Od deseru się tyje.
– Ale przecież za jakieś pół godziny idziemy na basen – namawiam ją.
– Rzeczywiście! – mówi Córcia radośnie i z ulgą. – Jak się zacznę topić i machać przy tym rękami, to spalę trochę kalorii.
– Ja przy ratowaniu ciebie też, bo ty ciężka jesteś, to się nieźle zmacham.
Rozgrzeszone w ten sposób, zamówiłyśmy szarlotkę na ciepło z lodami. Było pyszne, ale porcja jak dla pułku wojska, więc pytam Córcię:
– Chcesz moją jedną gałkę lodów?
A Córcia mi na to:
– Ile razy mam się topić, twoim zdaniem?!


  • RSS