hustawka-czarownicy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2005

Wyjeżdżamy z Córcią na kawałek długiego weekendu, o dziesiątej rano mamy pociąg. Będziemy chodzić na spacery, basen oraz kąpiele perełkowe i ogólnie robić nic. Synalek zostaje sam (to znaczy z kotami), mam nadzieję, że poznam moje mieszkanie po powrocie. Jedyna nadzieja w tym, że na te parę dni przeniesie się do nas jego dziewczyna, to może jakoś powstrzyma go od destrukcji. Chociaż z drugiej strony – gdy kiedyś po sylwestrze wróciłam koło południa, mój dom, w którym progenitura urządziła sobie bal, błyszczał jakby go wypucowała profesjonalna ekipa sprzątająca… Co będzie, to będzie, ja się jadę lenić.

W domu moich rodziców przedmioty były otoczone nabożną czcią. „Rzeczy trzeba szanować” – powtarzała mama po parę razy dziennie niemal w charakterze pacierza. Kiedy na przykład kupowała jakiś nowy ciuch (mnie, sobie, komukolwiek), to on najpierw musiał ze trzy miesiące odleżeć w szafie, żeby nabrał mocy urzędowej, dopiero potem wolno go było założyć, ale tylko na specjalne okazje. Nad stłuczonym wazonem czy szklanką potrafiła płakać dwa tygodnie, że nie wspomnę o ochrzanie, jaki za takie przestępstwo dostawałam. W domu piętrzyły się stosy talerzy, filiżanek i Bóg wie jakiej jeszcze zastawy, nigdy nie używanej, bo nas było czworo, a garów na trzydzieści osób. Obrusy, ręczniki, pościel i inne takie nie mieściły się w szafach. Rzeczy zniszczonych, takich, które się już w zasadzie do niczego nie nadawały, nie wyrzucało się, tylko trzymało „na wszelki wypadek, bo nigdy nie wiadomo, do czego to się jeszcze może przydać”. My, ludzie, ginęliśmy w tym składzie przedmiotów potrzebnych i niepotrzebnych, które moja mama tak pieczołowicie gromadziła i o które dbała ze stukrotnie większą starannością niż o członków własnej rodziny. Do dziś pamiętam, że gdy mając ze trzy albo cztery lata wyrżnęłam na podwórku, a miałam na sobie takie białe futerko ze sztucznego misia (chyba wszystkie dzieci w tamtych czasach miały takie ohydztwa), i wybiłam sobie dwa wprawdzie mleczne, ale jednak zęby, to problemem było futerko ubrudzone śniegiem i błotem. Nienawidziłam rzeczy jak nieszczęście, za to, że są ważniejsze ode mnie.
Kiedy stałam się samodzielnym człowiekiem i ranga przedmiotów zaczęła zależeć ode mnie, rzeczy znalazły się na swoim – moim zdaniem – miejscu. Były – świetnie, nie było – tyż piknie. Wprawdzie potrafiłam wydać ostatnie pieniądze na taki śliczny i z wielkim trudem upolowany (bo to była połowa lat 80. i nic wtedy nie było) komplet filiżanek do herbaty z czeskiego szkła. Wprawdzie i dziś potrafię wydać niemoralnie duże pieniądze na wyjątkowo śliczną filiżankę do kawy albo na ostatni krzyk techniki aparat cyfrowy, choć takich „wyjątkowo ślicznych” filiżanek mam już kilka i każda kosztowała majątek, a jeśli chodzi o aparat, to używałam do tej pory taki normalny na kliszę i też było świetnie, bo swojego czasu (i to wcale nie tak strasznie dawno) też był ostatnim krzykiem techniki, na który wydałam ostatnie pieniądze. Ale po pierwsze – to wszystko dlatego, że jestem gadżeciarzem i lubię ładne przedmioty – jeśli coś mam mieć, niech to będzie sensowne i miłe dla oka. Po drugie – nie płaczę, jeśli nie mam pieniędzy i nie mogę sobie czegoś kupić. A po trzecie – nie rozpaczam, gdy stłucze się moja ulubiona filiżanka, przy przesuwaniu mebli zarysuje się podłoga, na niedawno pomalowanej ścianie wracające w podwórka dziecko zostawi ślad brudnej ręki, w nowym swetrze wyciągnie się nitka, koty w charakterze drapaka używają nogi od łóżka Synalka albo urwie się kieszeń w kurtce. Nie robię Córci awantury o to, że złodziej w tramwaju wyrwał jej telefon z ręki ani Synalkowi o to, że pękło mu opakowanie od płyty przy otwieraniu. Kiedy miał wypadek w szkole, dziękowałam Bogu za to, że nie rozwaliły mu się okulary, ale nie dlatego, że okularom nic się nie stało, tylko dlatego, że pękając, mogły mu poharatać twarz i oczy.
Mam kilka rzeczy, które darzę olbrzymim sentymentem. Malutki miś-wędrowniczek, którego, będąc trzynasto- czy czternastolatką, dostałam od pewnej kolonijnej przyjaciółki i którego do dziś zabieram ze sobą we wszystkie moje podróże bliższe i dalsze. Srebrna papierośnica po ojcu. Kolczyki w kształcie kotów i drugie – z kawałkami przedpotopowego węgla drzewnego, które dostałam od mojej przyjaciółki L. Przepiękna, srebrna bransoleta, którą pewien niezwykle uzdolniony mój przyjaciel zrobił specjalnie dla mnie. Zdjęcia – bardzo stare, stare, nowe i najnowsze. Budda przywieziony z Tajlandii, murzyńska grzechotka i hebanowy nożyk do otwierania listów z RPA oraz ohydna (naprawdę jest strasznie brzydka, ale ją uwielbiam) maska wenecka przywieziona z jednej z najwspanialszych podróży mojego życia, w którą wybrałyśmy się razem z moją przyjaciółką L. Rysunki moich dzieci, gdy były jeszcze małymi dziećmi. Szpitalna opaska, którą założyli Córci na rączkę, gdy się urodziła. Listy od mojego pierwszego męża, który był moją wielką miłością. Kubek typu Churchill, który kupiłam sobie na nową drogę życia i w którym piję herbatę od dziewięciu lat. Rozwalające się „Baśnie i legendy” Sienkiewicza, które należały do mojej babci.
Wszystkie inne przedmioty można odtworzyć albo odkupić.

Kilka lat temu, z sześć chyba, modny był wśród maniaków komputerowych wygaszacz ekranu pod tytułem Mopyfish. Polegał na tym, że w ramach oszczędności prądu i sprzętu na monitorze pojawiała się rybka akwariowa jak żywa, pływała i w ogóle, trzeba ją było codziennie karmić, bawić się z nią itp. i zbierać w ten sposób punkty, dostając w zamian a to roślinkę, a to termometr, a to inne akcesoria, a rybka była szczęśliwa. Jeśli nie dbało się o nią odpowiednio i systematycznie, rybka zdychała. Można ją było oczywiście wgrać od nowa i bawić się we wszystko od początku, ale jeśli kto był bardziej dociekliwy, to w bebechach programu znalazł sobie opcję „bring a fish to life”, dzięki której rybka zmartwychwstawała ze wszystkimi punktami, roślinkami itp. Działała elegancko, sprawdziłam.
Mam za sobą wybitnie parszywe zamykanie i wysyłanie numeru do drukarni, polegające na pracy po piętnaście i spaniu po pięć godzin na dobę, przez pięć dni z rzędu, co oznacza, że na opiekowanie się sobą, nawet niesystematyczne, kompletnie nie miałam czasu. I jeszcze na dodatek gdzieś zapodziała się wiosna… Efekt był taki, że zdechłam i ostatnie dwa dni poświęciłam na włączanie opcji „bring Cotek to life”. Z czwartku na piątek spałam 12 godzin, z piątku na dzisiaj – 14. Jeśli z dzisiaj na jutro pośpię znowu ze 12, to już będę całkiem żywa. Na razie jeszcze nie jestem zupełnie przytomna, ale wykazuję niejakie oznaki życia, a przynajmniej na tyle, żeby zacząć powoli odrabiać blogowe zaległości.
Zaległość pierwsza – zupa bakłażanowa.
3 bakłażany ze skórą i 3 pory kroi się na małe kawałki i podsmaża w sporej ilości oleju (sporej dlatego, że bakłażan wciąga go jak gąbka i co człowiek trochę oleju podleje, to za chwilę już go nie ma). Jak już to nieco przestygnie, dolewa się litr rosołu (jeśli kto woli bulion z samych warzyw, to też może być) i miksuje się na taką rzadką papkę, bo to w zasadzie nie jest zupa, tylko krem. Potem wwala się to do gara, dolewa dużą puszkę mleka kokosowego (jeśli skondensowane, to małą), dodaje przyprawy (tymianek, parę listków rozmarynu oraz co tam kto lubi i uważa, że pasuje, tylko trzeba uważać, bo to jest ten przypadek, kiedy nadmiar przypraw poważnie szkodzi) plus oczywiście trochę świeżo zmielonego pieprzu. Aha, zapomniałam, że soli się to towarzystwo w czasie smażenia (głównie po to, żeby szybciej puściło sok, który trochę rekompensuje ten znikający olej, no ale posolone już jest). No więc mamy ten krem z mlekiem kokosowym i przyprawami w garnku, gotujemy go z pięć minut i zupa gotowa. Kolor ma może lekko niewyjściowy – zielono-fioletowy, ale jest pyszna.
Chyba nakarmię nią jutro moją rodzinę.

Całe życie byłam zwolennikiem teorii słuchania organizmu, która polega na tym, że zasadniczo człowiek powinien robić to, na co ma ochotę, a nie robić tego, na co nie ma ochoty. Na przykład nowe buty. Znajoma dla swojej mamy kupiła w Mediolanie takie piękne pantofle od Sergio Rossi. Poezja, nie buty. Na szczęście, okazały się na mamę za małe, za to na moją kopciuszkową stópkę rozmiar 36 w sam raz. Kosztowały 240 euro, znajoma chętnie pozbędzie się ich za 110. Pytanie: „kupić czy nie kupić” nie jest godne miana dylematu. Ono nawet nie jest godne miana wahań, ponieważ organizm wywrzaskuje tylko jedną odpowiedź: kupić! Wprawdzie w portfelu pustki, a do pierwszego jeszcze dwa tygodnie, ale jakoś dożyję, a takie buty za taką cenę drugi raz się nie trafią.
Ale najłatwiej jest słuchać organizmu w dziedzinie żywieniowej. Mówi mi: „Nie jesteś głodna”, to nie jem. Mówi mi: „Jesteś głodna”, to jem. Mówi mi: „Jesteś bardzo głodna”, to bardzo jem. To ostatnie to mi powtarza zwłaszcza wieczorami, przez co zdarza się, że zjadam dwie, a czasem trzy kolacje.
Menu też mi podpowiada. Zadanie ma w zasadzie proste, bo – poza kilkoma fujstwami w postaci przede wszystkim szpinaku i owsianki – lubię wszystko. Tylko nie na wszystko mam zawsze ochotę. No więc słucham bardzo uważnie, czy dziś preferujemy golonkę, czy spaghetti carbonarę, czy naleśniczki z serem, czy makaron sojowy z kurczakiem po chińsku. Czy zdrową zupę bakłażanową, czy rosół. Albo kurczak pieczony z ziołami i zasmażaną kapustą. A w charakterze deseru babeczki serowe, delicje, czekoladę (najlepiej gorzką, ma się rozumieć), czy dla odmiany słone paluszki. A może szarloteczkę?
W mojej rodzinie znana jest historia o pewnej ciotce, która zachorowała na żółtaczkę. Kiedy już niby zdrowa wyszła ze szpitala i wróciła do domu – a były to głębokie lata 50. i w tym domu to ona nie mieszkała sama, tylko z dwiema swoimi siostrami i ich rodzinami – akurat w momencie jej przybycia był gotowany obiad. Bigos. Jego zapach od razu podpowiedział organizmowi ciotki, co ma zrobić. I ciotka, nie bacząc na zalecenia lekarskie w sprawie diety, perswazje rodziny i głos zdrowego rozsądku, zjadła trzy talerze. Oczywiście, wszyscy czekali w napięciu, kiedy trzeba będzie ciotkę z powrotem odtransportować do szpitala i oczywiście, nic podobnego nie nastąpiło, a ciotka od tamtej pory już nigdy w życiu na nic nie chorowała i dziś, mając lat 83, nadal cieszy się dobrym zdrowiem (nie licząc implantu kości udowej po złamaniu, którego doznała kilka lat temu).
Mnie mój organizm ostatnio zrobił coś podobnego, przynajmniej jeśli chodzi o niemożność pohamowania się. Od mniej więcej tygodnia rzucam się na pomarańcze jak lis na kurę. Jest to rewolucja jak stąd do Murmańska, ponieważ ja w zasadzie – z wyjątkiem arbuzów i winogron – nigdy w życiu nie jadłam owoców (za to warzywa tonami). A teraz: na śniadanie pomarańcza, w pracy myślę o pomarańczach, na deser po kolacji zjadam kilka pomarańczy. Co mu się stało? Zapewne mu brakuje jakichś witamin albo czegoś innego, co w nich jest, ale czego?
Cokolwiek w pomarańczach jest, zjadłam już dzisiaj ze trzy, a zaraz zjem jeszcze jedną. A potem idę spać, żeby mojemu organizmowi nie przyszła do głowy kolejna rewolucja w postaci nieusłyszenia budzika jutro rano. Ponieważ teoria słuchania organizmu nie zawsze ma zastosowanie i muszę jutro iść do pracy. To jest ten przypadek, że gdybym go posłuchała i nie poszła, raczej nie wyszłoby mi to na zdrowie. Oraz dzieciom, które mam na utrzymaniu, także.

Po rozwodzie z Nieboszczykiem jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby powtórnie wyjść za mąż. Inna sprawa, że kandydaci nie pchali się drzwiami i oknami (zawsze w pierwszych słowach mojego listu donosiłam, że mam dzieci i tu na ogół następował odwrót, czasem obraźliwie pospieszny, ale niech tam). Wystarczyłby i jeden, za to dobry. Nawet się trafił, ale jak przyszło co do czego, to nie mogłam sobie wyobrazić, że jakiś obcy dla moich dzieci facet miałby im mówić, co mają robić, a czego nie, co – gdy się mieszka pod jednym dachem – nawet przy więcej niż maksimum dobrej woli jest nie do uniknięcia.
Efekt jest taki, że od lat zasuwam sama przez to życie. Jeśli płaczę, to nie z głową wspartą na czyimś pełnym zrozumienia i pomocnym ramieniu, ale z twarzą schowaną albo we własnych dłoniach, albo w poduszce. Jeśli się cieszę, moja ekspresja jest jeszcze bardziej dyskretna, bo człowiek, który się śmieje sam do siebie na całe gardło – albo choćby tylko lekko uśmiecha pod nosem – łatwo może być wzięty za wariata. Jestem zmęczona życiem w pojedynkę.
Nie mam siły walczyć z moją córką, by suszarkę do włosów w łazience kładła z drugiej strony półki, tak by kabel (suszarka jest na stałe włączona do kontaktu) nie plątał się pod nogami. Nie chce mi się iść do lekarza na kontrolę, która ma ustalić, czy mój organizm, podczas ubiegłorocznej operacji pozbawiony tego i owego, na pewno funkcjonuje jak trzeba. Nie mam siły obciąć kotom pazurów, choć Maksia w wyniku wczorajszych kocich zabaw ma podrapane ucho. Nie mam siły sto pięćdziesiąty raz prosić mojego syna, by czas trwania jego „zaraz” z pół godziny zmniejszył się choćby do piętnastu minut. Nie mam siły myśleć o tym, że trzeba wypełnić i wysłać PIT za ubiegły rok. Nie mam siły codziennie półtorej godziny poświęcać na dojazd do pracy i drugie półtorej na powrót (w wyniku remontu skrzyżowania koło Galerii Mokotów i kosmicznych objazdów tyle się jedzie).
Od lat funkcjonuję w dość dziwnym dysonansie: ciało osobno, a dusza osobno, przeplatanym okresami względnej harmonii. Oba te stany – jakkolwiek jest to paradoksalne – pozwalają mi, każdy na swój sposób, nie zwariować.
*
Dziś rano, gdy wychodziłam do pracy, zauważyłam, że żywopłot pod moim blokiem wypuścił maleńkie zielone listki. Mogłabym przysiąc, że jeszcze wczoraj ich nie było. Obetnę kotom pazury, bo naprawdę któregoś razu bawiąc się, mogą się nieźle nawzajem poranić.

Cały świat żegna wielkiego człowieka, żegnam i ja.
Myślę o tych wielu milionach ludzi, którzy dzisiaj w tym samym czasie i w tym samym celu zgromadzili się przed telebimami i telewizorami na wszystkich kontynentach. Takiego zjednoczenia świat jeszcze nigdy nie przeżywał. Dokonał tego jeden człowiek. Na naszych oczach wydarzyło się coś niezwykle doniosłego. I naturalnego.
Od kilku dni mój syn ze swoją dziewczyną codziennie wieczorem jeżdżą w Aleję Jana Pawła II, by wraz z setkami (a może tysiącami?) innych młodych ludzi zapalić światło. Wrócił właśnie przed chwilą. Pytam go, jak było. Odpowiedział mi:
– A jak miało być? Normalnie.

Dzień, w którym Cię urodziłam, był jednym z najpiękniejszych w moim życiu.
Dziękuję Ci, że jesteś.
Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin, córeczko.

Umarł na oczach całego świata, swoją piękną śmiercią dając nam wszystkim największą i najważniejszą lekcję godności człowieka.
Odniósł jedno ze swoich największych zwycięstw – zjednoczył ludzi różnych narodowości, kultur i ras na całym świecie, wierzących wszelkich religii i wyznań, i niewierzących. Modlili się za niego i modlą katolicy, ewangelicy, protestanci, Żydzi, buddyści, muzułmanie i ateiści; w Azji, Afryce, Ameryce Południowej, na Bliskim Wschodzie; w Australii, Chinach, Rosji, w Stanach i w Iraku. Za Jego nieskończoną dobroć, mądrość i szacunek, jakim darzył wszystkich ludzi, oni odwdzięczyli Mu się modlitwami, myślami i spokojem, z jakim przyjęli Jego odejście. Oby tylko ta chwila zjednoczenia całego świata ponad wszelkimi podziałami potrwała dłużej niż żałoba po tym wielkim człowieku.
Zostawił nam poświadczony całym Jego życiem testament prawd uniwersalnych, ważnych tak samo dla wierzących, jak i niewierzących, i obyśmy wszyscy umieli zgodnie z nimi żyć.
W jednej z dzisiejszych włoskich gazet ukazał się materiał o Janie Pawle II pod chyba najpiękniejszym tytułem, jaki można było wymyślić: „Papieżu nasz, któryś jest w niebie”…
Bardzo chcę wierzyć, że Jego życie nie skończyło się, a tylko zmieniło wymiar, mimo to nie potrafię znaleźć słów, którymi mogłabym wyrazić, jak bardzo jest mi smutno.

Wszystkie moje myśli są przy człowieku, bez którego świat nie byłby dziś taki, jaki jest i bez którego już nigdy nie będzie taki, jaki dziś jest. Jeśli moje prośby o życie dla Niego to jest modlitwa, to się modlę. Gorąco, całym sercem.


  • RSS