hustawka-czarownicy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2005

Z dużą dozą prawdopodobieństwa można powiedzieć, że Hatszepsut była pierwszą kobietą świata, która upomniała się o równe prawa dla swojej płci. Została żoną króla, mając około 12 lat, w wieku 15 lat była już wdową i rządziła Egiptem jako regentka w imieniu nieletniego następcy tronu Totmesa III, syna jej męża i jednej z mniej ważnych żon (wtedy faraonowie uprawiali wielożeństwo). Jednak po 7 latach sama sięgnęła po tron i koronowała się na faraona, łamiąc w ten sposób wszelkie normy obyczajowe i prawne starożytnego Egiptu zabraniające kobiecie dziedziczenia i sprawowania władzy. By nie drażnić nadmiernie swoich licznych przeciwników oburzonych jej zuchwalstwem, nosiła sztuczną brodę, kazała o sobie mówić i pisać w rodzaju męskim: „król rozkazał”, „król zrobił”, oficjalnie występowała jako Pan Północy i Południa, na wszelkich posągach i malowidłach była przedstawiana bez piersi i z brodą. Panowała 15 lat i były to lata pokoju – w przeciwieństwie do niemal wszystkich swoich poprzedników i następców na tronie Egiptu, Hatszepsut nie prowadziła żadnych wojen – oraz rozkwitu kulturalnego, gospodarczego i religijnego kraju.
Do dziś nie wiadomo, w jaki sposób skończyło się panowanie królowej, wiadomo natomiast, że na kolejnych 3000 lat jej imię zostało kompletnie zapomniane, ale nie wskutek przypadku, lecz celowego działania – dwadzieścia lat po odejściu Hatszepsut zniszczono wszystkie jej posągi, a imię usunięto z list królów Egiptu i oficjalnych dokumentów. Dlaczego? Istnieje hipoteza, że celem była chęć wymazania z historii precedensu, który mógłby innej kobiecie podsunąć pomysł sięgnięcia po tron Egiptu. Jeśli taki był zamysł tych działań, powiódł się całkowicie – następną królową Egiptu była dopiero około tysiąc lat później Kleopatra. O istnieniu Hatszepsut świat dowiedział się na początku XX w., wraz z odkryciem pod piaskami pustyni dwóch dolnych tarasów kompletnie zniszczonej, jak się okazało, świątyni królowej w Luksorze, nieopodal Doliny Królów. (Świątynia Hatszepsut, którą dziś można podziwiać, została w 80 procentach zrekonstruowana i odbudowana).
Wprawdzie ani ja, ani żadna z moich przyjaciółek i znajomych nie zamierzamy zostać królową Egiptu, ale wiele z nas zajmuje się w życiu rzeczami, które przez tysiące lat mogli robić wyłącznie mężczyźni. Nie łamiemy w ten sposób prawa ani nie musimy ukrywać się w męskim przebraniu. I całe szczęście, bo trochę głupio byśmy wyglądały z brodami.

Wielkanoc to akurat takie święta, które nawet lubię. Wprawdzie nie mają dla mnie chrześcijańskiego wymiaru zmartwychwstania, ale jest w nich coś metafizycznego – odradza się życie we wszystkich swoich wymiarach, a to naprawdę jest powód do radości i świętowania.
Wszystkim moim Przyjaciołom i Gościom życzę radosnych, słonecznych świąt, wiele ciepła, miłości i prawdziwego serca od wszystkich, których kochacie.

MATKA

36 komentarzy

Moja matka jest bardzo dziwną matką. W ogóle jest bardzo dziwnym człowiekiem, który od ludzi oczekuje wszystkiego, nie dając w zamian niczego. Przez lata całe bardzo cierpiałam z jej powodu, potem powoli zaczęłam się uczyć, że nie da mi tego, czego sama nie ma i nie mam co oczekiwać, że cokolwiek się zmieni. Nie zmieni się, a ja jedyne, co mogę, to zmienić siebie – pogodzić się z tym, wtedy będzie mi łatwiej. I jest mi łatwiej, ale zawsze gdzieś pod korą będę mieć trochę żalu, poczucia krzywdy i mnóstwo smutku. Zwłaszcza w takich bardzo spektakularnych sytuacjach, jak moja ubiegłoroczna operacja. Każda normalna matka natychmiast zjawiłaby się w szpitalu u dziecka – moja przyjechała do mnie po pięciu dniach, a gdy już wróciłam do domu, gdzie jeszcze przez półtora miesiąca wracałam do siebie i jako takiej sprawności, mało co podnosząc się z łóżka, przyjechała do mnie dopiero po czterech tygodniach.
Nasze codzienne kontakty w zasadzie nie istnieją. Moja matka nie dzwoni do mnie nigdy. Nigdy – dosłownie. (Chyba że czegoś potrzebuje, na przykład, żeby jej moje dzieci wyniosły na śmietnik popsutą lodówkę). Rozmawiamy przez telefon wtedy, kiedy ja do niej zadzwonię, a widzimy się, kiedy ją przymuszę, żeby przyjechała do mnie na obiad. Sama nigdy nie wpada na pomysł, że mogłaby nas (tzn. swoją córkę i swoje wnuki) odwiedzić, ani też że my moglibyśmy odwiedzić ją. Legendarna już jest historia o tym, jak kiedyś mój syn wspomniał jej przez telefon, że może by do niej przyjechał, a w odpowiedzi usłyszał, że ona nie ma czasu na wizyty, bo będzie myć żyrandole. (Wyjątkiem jest Boże Narodzenie, kiedy trzeba udawać, że wszystko jest w porządku i spotykać się w te radosne i rodzinne święta, no ale to też przecież nie jest normalne i w zasadzie pasuje do całości obrazu).
Czasami mam dosyć bycia dobrym dzieckiem i zacinam się. Właśnie ostatnio się tak zacięłam. Nie dzwoniłam do mojej matki przez kilka ładnych tygodni, nie wiem, pięć, sześć, coś koło tego. Trochę z przekory, trochę z ciekawości, czy może ona się do mnie odezwie, trochę w nadziei, że może jednak coś się zmieniło. Oczywiście, mogłabym tak czekać długo i namiętnie. Dziś nie wytrzymałam i wykręciłam jej numer. „O – powiedziała moja matka, gdy mnie usłyszała. – To ty jeszcze umiesz mówić?”. Po czym dodała: „Zadzwoń do mnie za pół godziny”. „Nie ma problemu – odpowiedziałam jej. – A co, coś robisz?” Na to moja matka: „Chciałabym spokojnie obejrzeć film do końca”.

PS dla Ryan: Wprawdzie temperatura wciąż minusowa, ale sama rozumiesz, że wobec powyższych okoliczności jednak się obudziłam.

gdzie jest wiosna?????!!!!!

Równo rok temu leżałam w szpitalu po ciężkiej operacji brzusznej. Ze wszystkich możliwych i niemożliwych miejsc wystawały ze mnie rurki – sonda żołądkowa z nosa, cewnik, dren grubości węża ogrodowego w ranie pooperacyjnej oraz trzy kroplówki. Przez kilka pierwszych dni w ramach środka przeciwbólowego dostawałam dolargan. Działał świetnie – byłam średnio przytomna i widział Bóg, że to było dobre, bo przynajmniej nie czułam bólu, wyjąwszy te momenty, kiedy zaczynało mijać ustawowe sześć godzin od poprzedniej dawki. Jednak i to miało swoje dobre strony, ponieważ oznaczało, że niedługo dostanę następną, więc dawało się wytrzymać. Gorzej, kiedy przeszli na lżejsze środki przeciwbólowe… Ale z drugiej strony, to oznaczało, że idzie ku lepszemu. A jak już zaczęli sukcesywnie wyciągać ze mnie te rurki, to w ogóle życie nabrało rumieńców. (Z wyjątkiem kroplówek, którymi do końca raczyli mnie tak intensywnie, że wenflony zużywały się trzy razy szybciej niż normalnie i Cot musiał przyjeżdżać z dostawą, ale o tym chyba już kiedyś pisałam). Długo jeszcze będę pamiętać, jak po raz pierwszy podniosłam się z łoża boleści i sześć metrów dzielących salę, w której leżałam, od kibla pokonałam uwieszona na Cota ramieniu, co notabene musiało dość zabawnie wyglądać, jako że Cot jest nieco niższy ode mnie. Ach, co to była za wyprawa! Jaka byłam szczęśliwa, że się poruszam na własnych nogach i niemal o własnych siłach!
Ale miało być o pani Teresie.
Moje wspomnienia z pierwszych dni po operacji są z powodu dolarganu dość mgliste, ale dobrze pamiętam, że za każdym razem, kiedy zaczynała mi się kończyć kroplówka, natychmiast pojawiała się pielęgniarka, by założyć nową. Ktoś musiał po nią dzwonić, a na pewno nie byłam to ja. Potem się okazało, że dzwoniła leżąca na łóżku pod drugą ścianą, dobrych kilkanaście lat ode mnie starsza, pani Teresa, a to oznacza, że musiała obserwować, co się ze mną dzieje, i to uważnie, bo pierwsze moje kroplówki były tak ustawione, że schodziły z prędkością światła. Jak mi przy SMS-owaniu do moich dzieci komórka wypadła z rąk i zgodnie z prawem Murphy’ego wylądowała pod łóżkiem przy samej ścianie, a ja jeszcze wtedy nie wstawałam, pani Teresa za pomocą kuli innej pacjentki – sama się schylać nie za bardzo mogła – wyciągnęła draństwo. A kiedy po moich pierwszych wojażach Cot poszedł do domu i wyszło na jaw, że sama absolutnie do kibla nie dotrę, mimo że dolarganu już nie dostawałam, pani Teresa spod dyżurki pielęgniarek, znajdującej się – zgodnie ze szpitalną logiką – na drugim końcu korytarza, przytargała mi balkonik.
Kiedy całkowicie odzyskałam przytomność, zaczęłyśmy rozmawiać i były to rozmowy absolutnie zgodne z czasem i miejscem akcji – głównie o zdrowiu. Okazało się, że jest najbardziej schorowaną osobą, jaką spotkałam w swoim życiu. Ona i jej mąż – aż się śmiałyśmy, że dobrali się jak w korcu maku. Ona: zaleczony chłoniak, mastektomia, resekcja żołądka i śledziony, o takim banale jak woreczek żółciowy to nawet nie ma co wspominać, a w szpitalu znalazła się z powodu zapalenia trzustki, która – po intensywnej kuracji antybiotykowej i odczekaniu trzech miesięcy, aż organizm się wzmocni – kwalifikowała się do dalszego leczenia operacyjnego. On: pęknięty kręgosłup, mocno zaawansowany reumatyzm, pół roku wcześniej zawał, a w ogóle to cukrzyca. Ale nawet przy okazji tak ponurych tematów, ze wszystkiego, co pani Teresa mówiła, wylewało się ogromne poczucie humoru, wielkie serce i niezwykła pogoda ducha.
Kiedy już się oswoiłam nieco z wiedzą o jej stanie zdrowia (choć nie przyszło mi to łatwo, bo taka ilość tak ciężkich chorób na dwoje ludzi nie chce pomieścić się w głowie), któregoś dnia nagle:
– Jak miałam kiedyś hemoroidy… – powiedziała pani Teresa, wędrując w tę i z powrotem po sali, ponieważ, jak pamiętamy, nie miała żołądka, tylko taką pętlę zrobioną z jelit, dzięki której mogła trawić, a żeby to trawienie odbywało się sprawniej, po każdym posiłku musiała trochę pospacerować, a właśnie byłyśmy po obiedzie.
– Jezu! To i hemoroidy pani miała?! – wydusiłam z siebie, bo to już przekroczyło granice mojego pojmowania.
– A tak! – zakrzyknęła radośnie spod okna, bo na takim etapie swojej wędrówki się akurat znalazła. – I hemoroidy… I skręt kiszek kiedyś przeżyłam….
Wychodziłyśmy do domu tego samego dnia. Dwa dni wcześniej pani Teresa odebrała wyniki kompleksowych badań, jakie na okoliczność zdewastowanego organizmu jej w szpitalu zrobili. Zasadniczo nie wyglądały niepokojąco, z wyjątkiem powiększonych węzłów chłonnych, co przy zaleczonym chłoniaku mogło oznaczać dosłownie wszystko. W każdym razie dostała skierowanie na dalsze badania do Centrum Onkologii. Przez cały dzień pani Teresa się w ogóle nie odzywała, przemówiła dopiero wieczorem:
– Ciekawe, co powie mój mąż? Przecież umrze ze śmiechu, jak się o tym dowie.
Gdy żegnałyśmy się przed rozejściem się każda ku swoim przeznaczeniom, powiedziała:
– Mam nadzieję, że się już nigdy nie spotkamy.
Oczywiście miała na myśli, że obu nam zdrowie dopisze i szerokim łukiem będziemy omijać Publiczny Zakład Opieki Zdrowotnej Szpital Grochowski, ze szczególnym uwzględnieniem Oddziału Chirurgii Ogólnej i Onkologicznej.
Często myślę o tej kobiecie, którą uważam za jedną z najbardziej niezwykłych osób, z jakimi się w życiu zetknęłam. Ja jestem zdrowa. A ona?

Ojciec i syn mieli wypadek. Ojciec zginął na miejscu, syn w ciężkim stanie został przewieziony do szpitala. Lekarze podjęli decyzję o natychmiastowej operacji. Wołają chirurga. Ten przyszedł, popatrzył i powiedział: „Nie mogę go operować, bo to mój syn”. Kim jest chirurg?

Piątek i sobotę uwielbiam za to, że kładąc się spać, nie muszę nastawiać budzika.

ERROR

8 komentarzy

Komputery i Internet – poza kołem, maszyną parową, drukiem i odrzutowcami – uważam za jedne z największych wynalazków ludzkości. Wprawdzie przez całe stulecia gatunek nasz radził sobie bez nich i całkiem dobrze to wychodziło, ale jak te wszystkie pokolenia musiały się męczyć! My, którzy jednym kliknięciem myszki załatwiamy sobie korespondencję, zakupy, oglądanie filmów, najświeższe informacje i miliony innych rzeczy potrzebnych (celowo piszę „potrzebnych”, a nie „przydatnych”) w codziennym życiu, nawet nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić siebie skrobiących listy gęsim piórem i posyłających je przez umyślnego albo słuchających na rynku ogłoszeń herolda.
Jednakowoż – choć genialne – komputery to wciąż tylko maszyny i jako takie mają prawo od czasu do czasu zaszwankować. Zawieszenie się komputera to największy banał świata i nawet o nim nie wspomnę. Komunikaty, których przyczyna dla przeciętnego użytkownika jest niewiadoma, a które wyskakują człowiekowi ni stąd ni zowąd panie dzieju na ekran w trakcie, dajmy na to, zwyczajnego pisania tekstu, też nie robią większego wrażenia. „Wystąpił moment krytyczny i nastąpi zamknięcie systemu” – mówi sprzęt i rzeczywiście się zamyka. Więc go włączasz i wszystko jest OK. „Plik xyz spowodował błąd i nastąpi wyłączenie Internet Explorer” – bzzz… i stajesz twarzą w twarz z własnym pulpitem. Wysłane maile pięć razy wracają z krótkim uzasadnieniem: „The following addresses had permanent fatal errors”, a za szóstym już nie wracają. To, że jakaś strona internetowa raz się otwiera, a trzy razy nie, albo wygasła, to normalka – cierpliwie się ją odświeża aż do skutku i po krzyku.
Przyzwyczaiłam się do takich wyskoków, są po prostu stałym fragmentem gry. Ale, jak wiadomo, życie nie znosi próżni, a świat zasuwa naprzód i ciągle musi się pojawić coś nowego. No i się pojawiło – komputerowa niespodzianka, która sprawiła, że osłupiałam, zbaraniałam i zaniemówiłam. Gdy chciałam zajrzeć dziś do księgi gości na moim własnym blogu, komputer wydał najpierw kilka dziwnych warknięć, chrząknięć i bzyknięć, a następnie oczom moim ukazała się biała strona z wielkim, niebieskim napisem: „Error 404 – strona o podanym adresie nie istnieje”.


  • RSS