hustawka-czarownicy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2005

Na skutek różnych zbiegów okoliczności pomiędzy realem a wirtualnymi inspiracjami mojej przyjaciółki Cota na Towarach Mieszanych i Babci Małgosi w komentarzach tamże, postanowiłam pociągnąć temat czytania.
Mam tak samo jak Babcia Małgosia – czytam nie jedną książkę, a kilka naraz. Mam też tak samo jak Cot – są takie, które natychmiast po przeczytaniu zapominam. Obecnie na mojej podręcznej półce leżą: „Obrona Łużyna” Nabokova, „Nostradamus dziś” Reinharda Mussika (o Nostradamusie i innych przepowiadaczach przyszłości oraz prostych, logicznych zasadach, jakimi się prorokowanie rządziło i rządzi), „Zeszyty don Rigoberta” Vargasa Llosy, „Poślubić Mozarta” Stephanie Cowell (to ta, która jest właśnie przygotowywana do druku, o Mozarcie i siostrach Weber) i niemiecki kryminał (tytułu ani nazwiska autorki – choć mogę teraz sprawdzić i zacytować – nie podam, bo to jedna z tych do zapominania). Od czasu mojego komentarza na Towarach doszły jeszcze „Pozdrowienia dla Czarodzieja” – korespondencja Gałczyńskiego. Którą wyciągnę danego wieczoru, zależy od nastroju, ochoty i poziomu zmęczenia po całym dniu w pracy.
O prasie codziennej to nawet nie wspomnę, bo to tak oczywiste jak to, że się człowiek codziennie kąpie. Chociaż… W ubiegłym tygodniu moja koleżanka Małgosia podesłała mi link do jakiegoś forum, nie powiem, do jakiego, bo nie pamiętam. Dyskutowały tam dziewczyny o dziwnych zachowaniach swoich mężów, o których przed ślubem nie miały pojęcia, ponieważ było to przed nimi skrzętnie ukrywane. A to jeden pierdzi głośno i bez żadnego skrępowania, a to drugi… Oszczędzę Wam innych przykładów, ponieważ – choć nie jestem specjalnie wrażliwa i spokojnie mogę jeść obiad, oglądając film z operacji na otwartym sercu – przy czytaniu tego mało się nie porzygałam. W każdym razie jedna dziewczyna – od dwóch lat mężatka, znają się cztery – napisała, że jej mąż kąpie się co drugi dzień i to jest postęp, bo jeszcze do niedawna kąpał się raz na tydzień. Ale to była tylko dygresja i teraz wracam do ad remu.
Z lektury moich zaprzyjaźnionych blogów wynika, że każdy z nas (Was) nie tylko książki i prasę czyta, ale i żyć bez tego nie może, jak nałogowy palacz bez papierosów. Jednakowoż, jak mawiała pewna Cota znajoma, Pan Bóg ma różne dzieci i znam takie domy, w których książek jest pięć na krzyż, ale raz na jakiś czas wypożycza się coś z biblioteki publicznej albo takie, w których książek jest pięć na krzyż, ale starannie dobranych. Znam też takie, w których regałami z książkami zawalone są niemal wszystkie ściany, ale jeśli jego mieszkańcy przeczytali choć jedną z nich, to ja jestem święty turecki i chińska baletnica w jednym, książki te bowiem w sumie są atrapami, ponieważ zasadniczo robią za element wystroju mieszkania.
A teraz nastąpi inspiracja ostatnia i bezpośrednia tej notki. Byłam ci ja kilka dni temu w domu (wykształconego skądinąd człowieka), w którym było mnóstwo płyt. Z muzyką popową wprawdzie, ale po pierwsze, o gustach się nie dyskutuje, a po drugie, z klasyką gatunku: Pink Floyd, Queen, The Doors, Deep Purple, Eric Clapton, Elton John, Simon & Garfunkel (pełne dyskografie), więc nawet rozumiem. Trzy regały plus jeszcze jeden filmów na DVD – niestety, tytułom nie zdążyłam się przyjrzeć. Pozostała pokaźna reszta półek zastawiona była wazonikami, bibelocikami, zdjątkami, suszonymi bukiecikami, wszystko bez śladu kurzu, ustawione bardzo starannie, symetrycznie i w ogóle, co znaczy, że nie znalazło się tam przypadkowo. I wśród tej muzyczno-graciarsko-pamiątkowej wystawy – książki. Trzytomowa encyklopedia PWN wydanie z lat 80. albo wczesnych 90. oraz dwie telefoniczne. Amen.

Wyjątkowo chusteczkowy dziś dzień, rozdrażnienie fruwa w powietrzu i tnie jak komary w letni wieczór. Może dlatego, że mój przedłużony weekend (miałam w piątek wolne) spędziłam bardzo spokojnie, miło i leniwie i wybitnie nie chciało mi się wracać do normalnego rytmu. Może dlatego, że tego weekendu było za mało, że bardzo chce mi się iść na urlop, a teraz nie mogę i nie będę mogła przynajmniej przez najbliższy miesiąc. Albo dlatego, że jutro trzeba odebrać nowe okulary dla mojego syna, a ponieważ on ma taką wadę wzroku, że szkła dla niego trzeba specjalnie sprowadzać z Niemiec, to te okulary będą kosztowały nawet nie pytajcie, ile. Niemoralnie dużo. Albo dlatego, że moja wieża, która niedawno wróciła z poprawki po naprawie, nadal się zacina. Może dlatego, że… Och, powodów w moim pokręconym życiu jest od metra i trochę. Zazwyczaj jakoś sobie z nimi radzę, a moja niespotykana łagodność jest wręcz legendarna, ale dziś jestem jak granat zaczepno-obronny bez zawleczki i parę razy tylko nadzwyczajnym wysiłkiem woli powstrzymałam się od wybuchu. Na wszelki wypadek ścianę w redakcji tuż za moimi plecami udekorowałam zdjęciem tabliczki ostrzegawczej z czyjegoś płotu (przysłała mi je kiedyś moja przyjaciółka L.): „Uwaga, dobry pies” wielkimi literami, a pod spodem mniejszymi: „Ale ma słabe nerwy”.

Gorzka czekolada. Wedlowska „Jedyna” ma najpiękniejszy smak na świecie. Cieniutki Lindt z maleńkimi kawałkami skórki pomarańczowej. Całe orzechy laskowe zatopione w grubej tabliczce czekolady. „After Eight” – miękkie miętowe płatki oblane gorzką czekoladą. „Mon Cheri” – wilgotna, nasączona alkoholem wisienka w skorupce z gorzkiej czekolady. Wytrawne wiśniowe delicje całe w czekoladzie. I jeszcze Lindt 99% kakao. Waniliowe ptasie mleczko – lekka pianka w cudownej, słodkiej kruchej czekoladzie. Gorąca czekolada w cieniutkiej filiżance, z odrobiną mleka.

Nie znoszę, jak obcy ludzie na powitanie rzucają mi się na szyję i komentują moje prywatne sprawy. Niby dlaczego miałabym lubić?
„Gdzie byłaś wczoraj wieczorem? – pyta mnie mój kolega. – Bo widziano cię w knajpie z mężczyzną.” Już mu chcę odpowiedzieć, że u pani Malinowskiej, a w ogóle to co w tym dziwnego, w końcu jeszcze nie przerzuciłam się na kobiety, ale widzę, że bierze oddech i będzie kontynuował. Zagryzam więc język do krwi i milczę, bo może ja go tu posądzam o niskie instynkty, a on się mną życzliwie zainteresuje. A on mówi małostkowo: „Pytam, bo chcę sprawdzić, czy mam dobre informacje”.
Panu, którego mi właśnie przed chwilą przedstawiono, podaję rękę na powitanie w celu wykonania standardowego uścisku ręki, żaden śledź przymuszający do tak zwanych kurtuazyjnych zachowań. Tymczasem pan przypiął się do mojej dłoni w taki sposób, że można to uznać za fragment gry wstępnej, i jeszcze mi mamrocze szeptem lędźwiowym: „Mówił mi Jarek, że jest pani bardzo piękną kobietą, ale nie przypuszczałem, że aż tak”. Wyrywam więc gwałtownie dłoń i już mam opinię dzikuski, bo w jego przekonaniu jest to komplement, na który mam obowiązek pozytywnie reagować.
A jak mi przeziębienie obsypało pół twarzy opryszczką, to inny mój kolega bez wahania wziął je za ślady walki i skomentował z nutą podziwu: „No, no, musiało być ostro”.
Może jestem klinicznym przypadkiem, ale aż mi się woda gotuje ze złości. Moja prywatność, jak nazwa wskazuje, jest moja prywatna, więc wara od niej. Słowo daję, człowiek ma ochotę powiesić sobie z przodu i z tyłu plakietkę ze znakiem graficznym, jakie czasem są namalowane na autobusach: jedna strzałka w prawo, druga w lewo, a w środku krótkie, lecz wymowne hasło: „1 m”. Ach, być królową angielską! Ona to ma klawe życie – dystans gwarantuje jej dworska etykieta. Nie można do niej podejść bliżej niż na podwójne wyciągnięcie ręki – jedno jej, a drugie rozmówcy, tak że dłonie w powitalnym uścisku (pod warunkiem wszakże, że to ona pierwsza rękę poda) spotykają się mniej więcej w połowie drogi, i też trzeba uważać, żeby Jej Wysokość nie musiała się za bardzo wychylać. A odezwać się do niej można dopiero wtedy, gdy ona pierwsza zagai.
Albo Amerykanie. Niby tacy bezpośredni i nie ma dla nich żadnych tabu, bez przerwy obnażają się w różnych anonimowych grupach samopomocy psycho, ale jak przychodzi co do czego, to się okazuje, że rozmawiają głównie o pogodzie i baseballu. Uwielbiam takie sceny z amerykańskich filmów: ona i on właśnie wyszli z łóżka, on stoi pod prysznicem, ona półnaga błąka się po pokoju w poszukiwaniu majtek i w takiej scenerii pada kwestia: „Mogę ci zadać osobiste pytanie?”. Aż do przegięcia. Ale wolę przegięcie w tę niż w przeciwną stronę – albo cię prawie obcy człowiek ni stąd ni z owąd walnie między oczy pytaniem o stan twojego konta, albo – co jest bardziej obrzydliwe – używa starego jak świat podstępu polegającego na przymusie handlu wymiennego: najpierw wyleje ci się z osobistymi zwierzeniami, choć go o to nie prosisz, a potem czuje się uprawniony do wypytywania: „No i co, poszłaś z nim nareszcie do łóżka?”.
Najbardziej kuriozalnym przypadkiem gwałciciela była sąsiadka moich rodziców, zmora mojego dzieciństwa i młodości. Rodzice nie mieli zwyczaju zamykać drzwi na zasuwę, zresztą takie były czasy, że człowiek się nie bał, że mu jakiś bandyta wtargnie do mieszkania. Za to nieustannie właziła owa sąsiadka, po prostu bezczelnie otwierała sobie drzwi i pakowała się do cudzej chałupy. Jednakowoż aby nikt jej nie posądzał, że nie wie, jak się zachować, od samego progu szczebiotała: „Idę bez pukania!”.
„Ty jesteś trudnym człowiekiem we współżyciu – mówi moja koleżanka J. – To znaczy nie trudnym – wycofuje się – ale bardzo zamkniętym w sobie.” Tak jest. Zamykam wszystkie zasuwy, jakie tylko mam, na wszelki wypadek, żeby mi się do mojego życia nie pchał każdy, komu na to przyjdzie ochota. A otwieram temu, komu chcę otworzyć. Nawet jak nie zapuka.

Nie mam w życiu zbyt wielkiego szczęścia do mężczyzn. Jeden mąż mi umarł, drugi okazał się alkoholikiem. Jeden narzeczony myślał tylko o sobie, drugi tylko o seksie, kolejny okazał się żonaty, następny nie mógł się zdecydować, czy mnie kocha, czy nie, ostatni dzwonił jutro, czyli za dwa–trzy tygodnie. (A może to ja mam jakieś wygórowane wymagania? Ale to temat na oddzielną notkę.) W każdym razie mimo pasma niepowodzeń nigdy nie przestałam wierzyć, że przyjdzie taki dzień, kiedy i do mnie jakiś mężczyzna powie: „ukochana moja”, „skarbie”, „kochanie” etc. (repertuar miłosnych określeń jest nieskończony), i powie to z uczuciem, przekonaniem i szczerze.
No i stało się… Wczoraj dostałam SMS od spóźniającego się z tekstem autora, którego notabene bardzo, bardzo lubię, bo inteligentny z niego facet, błyskotliwy, mądry i na ogół niezawodny jak kolej warszawsko-wiedeńska. No i bardzo przystojny, ale w wypadku autora jest to wartość dodana, choć nie tak całkiem bez znaczenia – wolę mieć do czynienia z ludźmi, na których miło popatrzeć. SMS brzmiał mniej więcej tak, cytuję z pamięci: „Właśnie wróciłem z nagłej delegacji, jestem ze wszystkim do tyłu, zatem tekst będziesz miała na pojutrze rano. Tylko żadnych wyrzutów, błagam”. Gdzie spełnienie marzeń? Oto jest. SMS się bowiem zaczynał: „Najdroższa…”

Polega na tym, że jedna mała awaria w jednym mieście powoduje paraliż życia tysięcy ludzi w innych – często bardzo oddalonych – miejscach na świecie. Wczoraj na lotnisku we Frankfurcie padł system komputerowy sortowni bagażu. Efekt jest taki, że ja od czternastu godzin jestem w domu, a moja walizka wciąż jeszcze w Niemczech (przed chwilą dzwoniłam na Okęcie, żeby się dowiedzieć). Może doleci dziś lotem o szesnastej, może o dwudziestej trzeciej, nie wiadomo, ponieważ oprócz mojego we Frankfurcie zostało ponad sześć tysięcy sztuk bagażu z wczorajszych lotów transferowych z całego świata, więc zapanowanie nad tym bałaganem zajmie trochę czasu. Ja jestem w o tyle dobrej sytuacji, że wróciłam do domu, gdzie mam zapasową szczoteczkę do zębów i inne takie oraz szafę z ubraniami i bielizną. Gorzej mają ci, którzy wczoraj swoją podróż dopiero zaczęli. Co mają zrobić bez swoich rzeczy w miejscach oddalonych o setki czy tysiące kilometrów od domu?
PS Mam nadzieję, że prędzej czy później będę miała swoją walizkę z powrotem, bo w niej jest osiem klisz ze zdjęciami z Egiptu. I nie tylko piramidy itp. – tym się nie martwię, bo to można zobaczyć w pierwszym lepszym egipskim albumie czy encykopedii albo pojechać jeszcze raz i one tam będą, tylko na przykład z kolacji w świątyni grobowej Ramzesa III, w przepięknej oprawie światło i dźwięk – nie do odtworzenia.


  • RSS