hustawka-czarownicy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2005

Jestem raczej domatorem i nigdy nie miałam wielkiej ciekawości do podróżowania, także z tego powodu, że boję się latać samolotem. Tymczasem po raz trzeci w ciągu ostatniego półrocza znów wyjeżdżam w siną dal. Tym razem do Egiptu. W porównaniu z innymi moimi wyprawami, to nawet blisko.
Tak czy inaczej, jutro o tej porze już od kilku ładnych godzin będę w Kairze. Pomijając wszystkie atrakcje, jakie mnie tam czekają – będzie ciepło, a momentami (np. w Dolinie Królów) nawet upalnie. Wprawdzie tylko cztery dni i muszę jutro wstać o czwartej, bo o wpół do siódmej mam samolot, ale nie będę zachowywać się jak Bond, który, rozpinając sukienkę agentce obcego wywiadu w wiadomym celu, powiedział wznosząc oczy do nieba: „Czego to ja nie robię dla Anglii”.
Idę się pakować.

Jeden budzik zadzwonił o wpół do ósmej, drugi za dwadzieścia ósma, trzeci za piętnaście. Otworzyłam oczy. Zamknęłam oczy i natychmiast z powrotem zasnęłam. Gdy się obudziłam, było piętnaście po, co oznaczało, że zrobiło się trochę późno. Ale zanim przypomniałam sobie, jak się nazywam, jaki jest dzień tygodnia i że ponieważ ani nie sobota, ani nie niedziela, to trzeba iść do pracy, upłynęło kolejne dwadzieścia minut.
Zwlokłam się z łóżka, doczołgałam do cholernie zimnej łazienki i to mnie trochę otrzeźwiło. Niestety, w wannie z gorącą wodą znów zaczęłam przysypiać. A potem to już był horror. Najpierw przy zdejmowaniu ręcznika pękł sznurek i całe suche już pranie wpadło do wanny, w której jeszcze była woda. Gdy sięgałam po perfumy, strąciłam na podłogę półkę wraz ze wszystkimi kosmetykami, jakie na niej stały. Następnie nastawiłam ekspres na kawę, ale zapomniałam nalać do niego wody. (Cot kiedyś wykonał podobny numer i wtedy mało nie pękłam ze śmiechu. Teraz się jakoś nie śmiałam.) O tym, że ze trzy razy nadepnęłam na ciągnący się za mną po podłodze pasek od szlafroka, to już nawet nie wspomnę. Komedie slapstickowe wysiadają. Najsłynniejsza przeróbka przysłowia „Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje” brzmi, jak wszyscy pamiętamy: „Kto rano wstaje, ten się nie wyśpi”. Powinno być: „Człowiek nie powinien wstawać, póki się sam nie obudzi”.
Najbardziej na świecie lubię poranki w weekend, kiedy można po pierwsze bez stresu wstać o jedenastej, a po drugie potem jeszcze z godzinę włóczyć się po domu w szlafroku, popijając kawę i spokojnie odzyskując przytomność.

Poprosiłam w piątek człowieka, który odpowiada za budowę i funkcjonowanie strony internetowej pisma, w którym pracuję, żeby mi sprawdził, jakie w tej stronie wpisane są słowa kluczowe, czyli takie jakby hasła, dzięki którym wyszukiwarki mogłyby ją łatwiej identyfikować. Oto co mi odpisał:
„Idea działania HTML Meta Tags działa u nas w oparciu o dynamiczne generowanie danych w oparciu o strukturę CMS. Zależnie od kategorii, w jakiej znajduje się artykuł oraz pól CMS’owych, które zostały wypełnione – generowany jest header odczytywany przez spidery sieciowe. Ale i tak warto pamiętać, że nowe rozwiązania nie zwracają uwagi na Meta Tags, tylko na page rank i w oparciu o to indeksują strony”.

Tylko dla dorosłych oraz dla Cota

Specjalnie dla Cota (niezorientowanym wyjaśniam, że w związku z jej notką „Ojejusiu” u Zamorskich) wygrzebałam taki oto kawałek, który krążył swojego czasu po Internecie. Wszystkie wrażliwe uszy pokornie przepraszam.

Drogie koleżanki i koledzy
Po wielu skargach od pracowników, zarząd naszej firmy postanowił wprowadzić zakaz używania wulgarnego języka w czasie pracy. Od dzisiaj nie wolno używać w komunikacji wewnątrz firmy słów powszechnie uznawanych za obraźliwe. Aby ułatwić wszystkim przejście na akceptowalny język, zarząd przygotował listę zwrotów zamiennych pod nazwą: LEPIEJ POWIEDZ. Zwroty zostały tak opracowane, że sprawna wymiana informacji będzie możliwa bez straty czasu i wysokiej efektywności komunikacji.
* Lepiej powiedz: Być może mógłbym dzisiaj zostać po godzinach.
Zamiast: Czyś ty ochujał?! Co to ja, kurwa, domu nie mam, czy co?
* Lepiej powiedz: Może powinieneś jeszcze raz to sprawdzić?
Zamiast: No i weź tu, kurwa, tłumacz debilowi…
* Lepiej powiedz: Nie uczestniczę w realizacji tego pomysłu.
Zamiast: A chuj mnie to obchodzi!
* Lepiej powiedz: Hm… To bardzo interesujące…
Zamiast: Co ty pierdolisz?
* Lepiej powiedz: Jestem w tej chwili zawalony robotą.
Zamiast: I co, kurwa, jeszcze mam zrobić?!
* Lepiej powiedz: Nie za bardzo mogę ci w tej chwili pomóc.
Zamiast: Pojebało cię?! Frajera szukasz?!
* Lepiej powiedz: Myślę, że w ten sposób nie da się tego zrobić.
Zamiast: I tak, kurwa, do zajebania! Całe życie z kretynami!
Z góry dziękujemy za zastosowanie się do powyższego zarządzenia i życzymy miłej atmosfery w komunikowaniu się ze współpracownikami.
Departament Kadr

PS Przy sprawdzaniu pisowni Word podkreślił mi następujące słowa:
Cota, Cota, Ojejusiu, Internecie, ochujał, zajebania, Word.

Niedawno po Internecie krążył taki kawałek o dzisiejszych studentach (zacytuję fragmenty): „Nigdy nie grali na Commodore 64, Amidze 500 ani w Pacmana. Nie słuchali czarnych płyt, nie mieli w domu adaptera. Nie pamiętają czasów, gdy telewizja miała tylko dwa programy. Nigdy nie słyszeli o Stawiam na Tolka Banana i Wakacjach z duchami. Nocne audycje Beksińskiego? A kto to był Beksiński? Michael Jackson dla nich zawsze był biały, Tom Hanks zawsze występował w dramatach. Jak Travolta mógł być tancerzem z takim brzuchem? I dlaczego się mówi, że Robert Redford jest przystojny? No i nie mają pojęcia, kto to był Telesfor ani Pankracy!”.
Moją koleżankę Małgosię F. naszło któregoś dnia na wspomnienia. „Moje pierwsze artykuły pisałam na maszynie. Trzeba było tłuc w klawisze, żeby się coś na papierze odbiło. To mi zresztą do dziś zostało i walę w klawiaturę komputerową, jakby to był jakiś singer” – opowiadała. Ja też pamiętam. Kiedy konieczne były poprawki, to żeby nie przepisywać całych tekstów w nieskończoność, wycinało się fragmenty z maszynopisów, dopisywało nowe i sklejało te kawałki klejem, takim zwykłym, biurowym z tubki albo gumą arabską. W jednym moim znajomym wydawnictwie do dziś na dole w holu stoi w charakterze muzealnego eksponatu linotyp. Pomyśleć, że gdy zaczynałam pracę w mojej pierwszej redakcji, linotypy były w normalnym użyciu. Idźmy dalej: kiedy chodziłam do podstawówki, w mojej klasie tylko jeden chłopak (Marcin miał na imię, ale pamięć, co?) był szczęśliwym posiadaczem kalkulatora i to była wielka sensacja. U mojej mamy do dziś stoi maszyna do szycia, taka nożna, pedałowa, z wielkim kołem i pasem transmisyjnym, i ja kiedyś umiałam na niej szyć. A wczoraj opowiadałam moim dzieciom, jak wyglądały liczydła, takie w drewnianej ramce, dziesięć drutów po dziesięć plastikowych paciorków – pięć żółtych i pięć czerwonych. Oraz co to była stalówka i obsadka i że ławki w szkołach miały pośrodku dziury na kałamarze.
Mam wrażenie, jakby w ciągu mojego nie tak znowu strasznie długiego życia minęło kilka wieków.

Od paru dni włóczę się po tym świecie osowiała, zaspana, kompletnie bez sił do życia i zastanawiam się, o co chodzi. Dziś rano, gdy przez chwilę zaświeciło piękne, jasne słońce, a zaraz potem zniknęło i nastał kolejny ponury i tak pochmurny dzień, że nawet człowiek nie zauważa, kiedy zapada noc, objawiła mi się przyczyna prosta jak drut – cierpię z powodu braku światła. Och, jak mam już dosyć tych wiecznych ciemności! Po ciemku dwa razy wolniej się poruszam, dwa razy dłużej śpię, dwa razy dłużej się budzę, dwa razy szybciej się męczę. Nawet koty albo smętnie snują się z kąta w kąt, albo kładą, gdzie popadnie i zasypiają. Dracena, którą od maleńkości hodowałam przez parę ładnych lat, bez większego zresztą wysiłku, i która wyrosła na dorodne, gęste, wysokie krzaczysko, teraz marnieje. Czy ją podlewam dużo, mało, czy wcale – codziennie zdejmuję z niej kilka martwych, uschniętych liści. Po mojej afrykańskiej opaleniźnie, która mnie łączyła z latem, ślad nawet nie został. Na pocieszenie mam tylko wspomnienia i parę zdjęć z zalanego słońcem Kapsztadu, w tym jedno moje ulubione – z Rutgerem Hauerem, siedzimy na takim pięknym motocyklu, matko, jaka to była maszyna! Tym piękniejsza, że stała w trzydziestostopniowym upale.
Cała nadzieja w tym, że z każdym miesiącem bliżej do końca spłacania kredytu, a z każdym dniem – do wiosny.

O upływie czasu

Po wprowadzeniu nowego systemu numerów kont bankowych poprosiłam moją przyjaciółkę L., żeby mi przysłała nowy numer swojego konta. Dla pełnej jasności dodam, że obie zaposiadamy identyczne modele telefonów komórkowych, które mają same zalety i jedną – jak się z czasem coraz bardziej okazuje – wadę: czcionka wszystkich poleceń i komunikatów jest mikroskopijna, mniejsza niż nonparel (czy ktoś jeszcze wie, co to jest…). Dostałam w SMS-ie rząd dwudziestu sześciu maleńkich cyferek, które zlały mi się w jednego nieczytelnego robaka. Wyjęłam więc silnie powiększającą lupę i z jej pomocą pracowicie przepisałam cyferki do notesu. Po czym raportuję L., że SMS doszedł oraz dzielę się rozpaczą na temat zwiększającego się z wiekiem zużycia organizmu:
– SMS przyszedł. A wiesz, że musiałam sukinsyna przez lupę czytać?
Na to L.:
– Wiem, bo ja sukinsyna musiałam przez lupę pisać.

Nigdy nie miałam ciągot do remanentów, podsumowań, planów i innych takich, a już na pewno nie z okazji cezur czasowych, jak nowy rok, urodziny czy coś w tym guście. Zwłaszcza postanowienia noworoczne zawsze mnie rozśmieszały. Może dlatego, że jestem – jak to określała moja matka – samowolna, choć ja wolę termin niezależna. Nie znoszę ograniczeń, nawet tych, które sama miałabym sobie narzucić. To oczywiście nie oznacza, że robię tylko to, co chcę. Ale uważam, że życie i tak nas ciągle magluje obowiązkami, powinnościami, nakazami i zakazami, po co mamy jeszcze sami ich sobie dokładać?
A tymczasem mnóstwo osób z mojego najbliższego otoczenia poczyniło postanowienia noworoczne. A to ktoś kolejny raz rzuci palenie, ktoś inny wyjedzie w tym roku wreszcie na porządny urlop, jeszcze inny zacznie się zdrowo odżywiać. Jedna moja koleżanka postanowiła, że zrobi prawo jazdy, inna, że schudnie dziesięć kilo. Wszystko pięknie ładnie, skoro to ludziom do czegoś jest potrzebne, to niech sobie postanawiają. Ja się od takich rzeczy trzymam bardzo z daleka.
Ale dzisiaj moja koleżanka Ela, która – podobnie jak ja – spędza w pracy zwykle po jakieś dziesięć godzin dziennie, zakładając kapotę o godzinie 17.15 oznajmiła: „Ja też mam postanowienie noworoczne. Postanowiłam później przychodzić do pracy i wcześniej wychodzić”.
W tym momencie zmieniłam zdanie. Postanowiłam mieć i ja postanowienie. Wprawdzie z wrodzonym wdziękiem zapożyczone, ale stosować je zamierzam jak własne. Albowiem dobre postanowienie noworoczne nie jest złe.


  • RSS