hustawka-czarownicy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2004

Niby kalendarz się w tym roku ułożył się wybitnie chusteczkowo, bo i święta, i Nowy Rok wypadły w dni i tak wolne od pracy. Już od paru miesięcy wielu moich znajomych jęczało, że się tym razem za specjalnie nie naodpoczywamy. Ach, gdzie te lata, kiedy Wigilia, a potem sylwester wypadały na przykład w środę! Wystarczyło wziąć ze dwa dni urlopu i dwa tygodnie wolne. Dawało to w sumie całkiem przyzwoite wakacje. W tym roku nic z tego – płakali – trzeba będzie zasuwać jakby nie było żadnego Bożego Narodzenia.
A tymczasem poszłam przedwczoraj do pracy. Poszłam wczoraj do pracy. Poszłam dzisiaj do pracy. Wprawdzie bez specjalnego zapału, bo zmęczona po tych świętach jestem strasznie i nic, ale to nic robić mi się nie chce. No ale skoro już się przywlokłam do tej redakcji – pomyślałam – to niech się na coś przydam. Spróbowałam załatwić to i owo. W telefonach odzywały się sekretarki i poczty głosowe, a w odpowiedzi na maile nawet nie przychodziły informacje z automatu: „Twój mail został odczytany na komputerze odbiorcy dnia tego i tego o godzinie tej i tej”. Nic. Cisza. Pustka. Wszyscy powyjeżdżali. Siedzę więc w redakcji i twarzuję, co polega na tym, że chodzę do bufetu na kawę, gdy zajrzał do nas prezes, uśmiechnęłam się ładnie i odpowiedziałam mu: „Fine, thanks. And you?”, a następnie pokonwersowaliśmy o zwyczajach świątecznych w Polsce, a kiedy zadzwoniła naczelna zaprzyjaźnionego tygodnika, pogadałam z nią o pogodzie.
Powinnam była i ja wziąć urlop, zwłaszcza że za ten rok zostało mi jeszcze 15 dni.

W dzisiejszym serwisie informacyjnym znalazłam taką oto notatkę: Według danych AGB Polska, w święta Bożego Narodzenia statystyczny Polak spędził średnio przed telewizorem 5 godzin i 51 minut. (…) W pierwszej dziesiątce najchętniej oglądanych programów na pierwszym miejscu znalazła się telenowela „M jak miłość” (11,18 mln widzów). Na drugiej pozycji serial „Na dobre i na złe” (7,48 mln widzów).
Nie wiem, co mnie bardziej przeraziło: ilość czy jakość.

Najlepsze na świecie świąteczne ciasto z owocami

Jeśli masz ochotę na Najlepsze-Na-Świecie-Świąteczne-Ciasto-Owocowe – oto składniki:
1 kostka masła
2 szklanki cukru
1 łyżeczka soli
4 jajka
1 szklanka suszonych owoców
1 szklanka orzechów
sok cytrynowy
proszek do pieczenia
3–4 szklanki dobrej whisky.
A teraz sposób przygotowania.
Przed rozpoczęciem mieszania składników sprawdź, czy whisky jest dobrej jakości. Dobra, prawda? Przygotuj teraz dużą miskę, szklankę, itp. utensylia kuchenne. Sprawdź, czy na pewno whisky jest taka, jak trzeba. By być tego pewnym, nalej jedną szklankę i wypij tak szybko, jak to tylko możliwe. Powtórz operację. Przy użyciu miksera elektrycznego ubij kostkę masła na puszystą masę, dodaj łyżeczkę cukru i ubijaj dalej.
W międzyczasie sprawć, czy whisky jest na pewno taka jak czeba. Najlepiej szklaneczke. Otfórz drugą butelke jeśli czeba. Wrzuć do miski dwa jajki, szklanki z owosami i upijaj je mikserem. Sprawć jakoś uyski, żeby potem goście nie mufili, że jest trójąca. Wrzuć do miski wszystką sul jaką masz, czy so tan nasz – szystko jedno so. Fsumje wsale nie ma znacznia so wrzucisz! Wypij sok sytrynowy.
Pomieszaj fszystko z orzechami i sukrem – fszystko jedno – i wrzuć monki, ile tam masz fdomu, osmaruj piecyk masłem i wyklej siasto na blache piecyka, ustaf na oko 350 stopni, zaaaamknij wiszki. Sprawć jakość uyski sostanej ot pieszenia siasta i… spać!

Przymuszona koniecznością – bo dzieci wprawdzie dorosłe, ale prezentu pod choinką i tak się spodziewają – wyruszyłam dzisiaj na zakupy. W jedynie możliwym miejscu i czasie, to jest wyrwałam się na godzinę z roboty tam, gdzie mam najbliżej, czyli do Galerii Mokotów. Zanim doszłam od przystanku tramwajowego do wejścia Galerii, pewna pani zapytała mnie, którędy do salonu Plusa, a pan, gdzie jest ulica Rzymowskiego. To były te łagodniejsze przypadki. Z ławeczki pod Galerią podniosła się bowiem starowinka i nim zdążyłam czmychnąć, uczepiła się mojego rękawa z przemową pod hasłem, że z 500 złotymi emerytury nie ma za co nawet śledzia na Wigilię kupić. W samej Galerii zaś dopadła mnie na oko trzydziestoletnia kobieta z tym samym motywem przewodnim śledzi na Wigilię, tylko że dla dzieci. Kiedy już wracałam, znów zostałam uprzejmie zapytana, czy „dziesiątka” to dobry tramwaj, żeby dojechać do centrum.
Tak mam ciągle. Choćbym szła w godzinach szczytu Marszałkowską, co, jak wiadomo, oznacza, że ludzie tłoczą się jak sardynki w puszce, zawsze jakiś spragniony informacji albo wsparcia człowiek dopada właśnie mnie. A jeden ciężko sfatygowany kiedyś to mnie nawet poprosił o błogosławieństwo, „bo pani to wygląda jak ta święta, ta święta… kurwa, zapomniałem, co to była za święta”. O kilku wypadkach, kiedy w tramwaju staruszki opowiadały mi historię swojego życia, to już nawet nie wspomnę.
Nawet w Wenecji na Rialto, gdzie tłok jeszcze większy niż na Marszałkowskiej, akurat mnie jeden Niemiec musiał zapytać, którędy na San Marco. Nawet w Bangkoku – 14 tysięcy kilometrów od domu – jeden Japończyk mnie pytał, gdzie jest stacja kolejki Skytrain, a w świątyni Szmaragdowego Buddy trzy razy mnie zaczepiano z prośbą o zrobienie zdjęcia, choć wokół kręcił się tłum zawsze chętnych do wyświadczania podobnych przysług Amerykanów.
Nawet w Kapsztadzie – 11 tysięcy kilometrów od domu – trzy razy ludzie na ulicy zaczepiali mnie, by zapytać o drogę, dwa razy o godzinę, raz, by dowiedzieć się, gdzie znajduje się najbliższe biuro turystyczne. Trzy razy bezdomne samotne matki z małymi dziećmi prosiły mnie o wsparcie, przy czym dwa razy ta sama, raz, gdy wchodziłam na Waterfront (to takie miejsce, gdzie złażą się wszyscy turyści z całego Kapsztadu, co oznacza, że dziennie przewijają się tam tysiące ludzi), a drugi, gdy po kilku godzinach wychodziłam, z radosnym uśmiechem na mój widok: „Och, znowu się spotykamy”. Oraz raz młody bułgarski turysta, ale on akurat nic nie chciał, tylko pogadać.
Oznajmiam, że nie jestem podobna do Matki Teresy ani do księżnej Diany, nie noszę na szyi tabliczki z napisem „mam za dużo kasy”, nie wyglądam również jak plan miasta ani jak telefon zaufania. Minę zazwyczaj mam ponurą, nie uśmiecham się do obcych, nie nawiązuję kontaktu wzrokowego. Dlaczego więc te wszystkie mniejsze i większe ludzkie nieszczęścia przylepiają się akurat do mnie?

Najbardziej w ciągu dnia lubię te wieczorne godziny, kiedy dom już śpi. Dzieci w pokoju za ścianą przewracają się na drugi bok z lekkim trzeszczeniem łóżek, moje dwie kotki zwinięte w kłębek na swoim ulubionym miejscu na kanapie pomrukują przez sen, wtulone w siebie czarno-białe kłębuszki. Nikt nic do mnie nie mówi, nawet szeptem. Nie zgrzyta winda, nie trzaskają żadne drzwi, nie słychać przez ścianę, jak sąsiadka nalewa wodę do wanny, moją i tak niezbyt ruchliwą ulicą nie jeżdżą samochody. Jestem pół żywa ze zmęczenia, ale nie kładę się spać. Bardzo często wieczorami po prostu siedzę i słucham ciszy.
Dzisiaj w tej ciszy oglądam jeden z moich ulubionych filmów – „Lisbon Story” Wima Wendersa, patrzę na ekranie na miasto, które bardzo chcę zobaczyć kiedyś na własne oczy, cicho śpiewa „Madredeus”.
Czy ktoś może widział „Lisbon Story” na DVD?

Dziękuję A.K. i tygodnikowi „Przekrój” nr 51/52 z 19 grudnia 2004 r. za rozsławianie mojego bloga.

Moje sny mają to do siebie, że mam je pewnie co noc, ale pamiętam raz na pół roku. Ten zapamiętałam. Śniło mi się, że moja koleżanka Marta wyciągnęła mnie na łyżwy na jakiś wpół zamarznięty staw, który polegał na tym, że w jednym jego końcu stała woda po kostki. „Nie jedź tam, bo przemoczysz nogi!” – ostrzegała mnie w tym śnie Marta. Pojechałam. Nogi przemoczyłam jak cholera. Rano na jawie okazało się, że mam katar jak stąd do Zaleszczyk.
– Jak to jest – zastanowiła się moja przyjaciółka L. – że jak tobie się śni, że przemoczyłaś nogi, to obudziłaś się z katarem, a jak mnie się śni, że mamy pieniądze, to potem się budzę i okazuje się, że nie mamy?

W powszechnym męskim przekonaniu istnieje stereotyp może nawet inteligentnej i wykształconej, ale jednak próżnej kokietki, która jeśli dobrze wygląda, to tylko po to, by pod jej uwodzicielskim spojrzeniem gęsto słał się męski trup. Makijaż, nienaganna fryzura i pomalowane paznokcie mają służyć nadrzędnemu kobiecemu celowi: podobać się mężczyznom w celu ułowienia ich na męża (narzeczonego, kochanka). Wszystkie te pudry, korektory i tusze do rzęs jednemu mają służyć – robieniu wrażenia na facetach. Zupełnie jakby kilka kropel podkładu i cień do powiek stwarzały całkiem inną twarz, a ich zadaniem było obłudne ukrycie prawdziwego oblicza, które au naturel nie zasługiwałoby nawet na przelotne męskie spojrzenie. Z drugiej strony, istnieje wyraźne społeczne zapotrzebowanie na kobietę ładną, elegancką i zadbaną. Jeden nasz wspólny, mój i L., szef przed laty, jak przychodziłyśmy do roboty nieumalowane, bo nam się nie chciało, od razu pytał: „Pani M., dlaczego pani taka blada dzisiaj? Pani L., coś pani wygląda na zmęczoną”.
Natknęłam się kiedyś w prasie na wypowiedź pana, który wyznał był, że ma w pracy taką koleżankę, której – gdyby się zdecydowała na podobny krok – sam osobiście sfinansowałby operację plastyczną. A skąd u niego taki gest? A stąd, że pani ta, daleko odbiegająca od ideału piękna, jest nieznośna, złośliwa i trudno z nią wytrzymać. Jako główny powód jej zrzędliwości pan podaje stres i frustrację spowodowane tym, że mężczyźni nie zwracają na nią uwagi. A jeden mój były narzeczony, gdy rano szykowałam się do pracy, zwykł był pytać: „Dla mnie się tak umalowałaś?”.
Niniejszym obu tym panom, a właściwie to prawie wszystkim panom na świecie, pragnę poradzić, aby kupili sobie kółko i puknęli się w czółko. Może wtedy przyszłoby im do tych pustych główek, że prawie wszystkie panie na świecie osobiście siadają na męską adorację. Tak się bowiem składa, że kobiety przeważnie miewają naturę monogamiczną i zakładanie haremów to nie jest to, co lubią najbardziej. Jak już która „złowi” jednego narzeczonego czy męża, to pozostali przedstawiciele męskiego gatunku przestają dla niej istnieć jako potencjalne obiekty. Poza tym mężczyzna jest ważny, ale nie najważniejszy. Każda z nas ma wiele ciekawszych rzeczy do robienia niż malowanie się dla faceta. Na przykład malowanie się dla siebie. Bo tak naprawdę najważniejsze jest, aby człowiek sam ze sobą czuł się dobrze.
Temu właśnie mają służyć balsamy, maseczki antystresowe, kremy przeciwzmarszczkowe i zabiegi nawilżające na ciało – poprawianiu własnego samopoczucia. Im bardziej człowiek jest zadowolony ze swojego wyglądu, tym większej nabiera pewności siebie, nawet jak się właśnie ugina pod ciężarem problemów nie do udźwignięcia. Wtedy stosowanie zasady: „Bądź odważna. A jak nie jesteś, to udawaj, że jesteś, różnicy i tak nie widać” staje się znacznie łatwiejsze. Głos przestaje drżeć i traci wydźwięk papieru prośbowego. Plecy się prostują, głowa podnosi do góry, a krok nabiera sprężystości. W końcu mężczyźni też robią wszystko, co w ich mocy, aby taki stan osiągnąć, uwielbiają czuć się lepiej, młodziej i bardziej atrakcyjnie. Chodzą w garniturach od Hugo Bossa, noszą wąsy, na łyse czaszki zaczesują specjalnie w tym celu hodowane „pożyczki” znad karku, kupują wciąż większe samochody, próbują mieć wciąż młodsze kochanki. Spośród tych metod kobiecy makijaż doprawdy jest najmniej szkodliwy. Poza tym, największym estetą świata była nie Narcyza, tylko Narcyz.

Zdolne dziecko

– Mamusiu! – oznajmił triumfalnie mój syn. – Dostałem czwórkę z klasówki z chemii fizycznej!
– Cieszę się bardzo – ucieszyłam się.
– Nie ciesz się tak, bo wychodzi na to, że to ja miałem rację – dodał podstępnie.
– Z czym niby?
– No jak ci mówiłem, że i tak mi dobrze pójdzie, kiedy krzyczałaś na mnie, że się do tej klasówki nie uczę.

Leżę w szpitalu po ciężkiej operacji. Po trzech dniach używania do kilku kroplówek dziennie wenflon się zatkał i trzeba go wymienić.
– Ma pani wenflony? – pyta pielęgniarka. – Bo myśmy wprawdzie dzisiaj dostali, ale tylko dziesięć, a dzisiaj jest piątek, więc dobrze by było, żeby te dziesięć wystarczyło na weekend na przyjęcia.
– Nie mam, ale mogę mieć – odpowiadam.
– To ja teraz założę nowy, a pani mi potem odda.
Dzwonię do A., który sam o sobie mówi, że jest moim przyjacielem.
A.: – Nie mogę teraz z tobą rozmawiać, mam spotkanie, oddzwonię później – i odłożył słuchawkę.
Wysyłam SMS-a do mojej przyjaciółki: „Kup mi dwa wenflony”.
L. odpisuje: „OK, ale mogę ci je przywieźć dopiero za dwie godziny”.
*
Ten sam szpital, tylko że nazajutrz wychodzę do domu.
Mój brat: – Będzie miał kto po ciebie przyjechać?
Anna J., matka przyjaciela mojego syna: – Wypisy są do jedenastej, to my koło jedenastej po panią przyjedziemy.
*
Operacja była bardzo ciężka, bo miałam zapalenie paru narządów, które mi usunięto, plus zapalenie otrzewnej, którą czyszczono przez ponad cztery godziny.
Mój brat: – Ale chyba jesteś na jakiejś diecie?
Anna J.: mój syn przez dwa tygodnie po moim wyjściu ze szpitala kursował między naszym domem a domem J., w jedną stronę nosząc pełne garnki z kompotem jabłkowym, gotowanym mięsem, marchewką duszoną itp., a w drugą puste.
*
Czwarty miesiąc jestem bez pracy, skończyły mi się oszczędności, a tu wrzesień, podręczniki dzieciom trzeba kupić i te rzeczy.
Mój brat: – No wiesz, w zasadzie mam pieniądze, ale się przecież żenię, więc wyobraź sobie, ile mam w związku z tym wydatków.
Jola K., moja siostra (pielęgniarka, ma trzech synów): – Zostało mi do pierwszego ze czterysta złotych, ale dwieście ci mogę dać.
*
Na skutek wymiany rur w pionie już trzeci dzień wodę nosimy wiadrami z cysterny pod blokiem.
T., wprawdzie nie przyjaciel, ale bardzo dobry znajomy: – To ci współczuję, bo jeszcze jak nie ma tylko zimnej, to jakoś można przeżyć, ale w ogóle bez wody to sobie nie wyobrażam!
L.: – Wracam z roboty o wpół do szóstej, więc przyjeżdżajcie i kąpcie się nawet do rana.
***
Mężczyźni twierdzą, że zjawisko damskiej solidarności nie istnieje, a jeśli już, to jako forma spisku przeciwko nim. Tymczasem, jak widać, my tylko słuchamy instynktu samozachawaczego.


  • RSS