hustawka-czarownicy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2004

BEZ TYTUŁU

4 komentarzy

– Mamo? – zapytałam moją mamę w niedzielę, gdy przyjechała do mnie na obiad. – Kamila to już urodziła?
Kamila to córka jednej z moich licznych sióstr ciotecznych.
– Tak – powiedziała moja mama. – Córkę. Ciotka A. mi mówiła, że jest taka za-do-wo-lo-na i szczę-śli-wa – dodała z przekąsem, przeciągając sylaby.
– To dobrze, że jest szczęśliwa – postanowiłam zignorować jej ton i nie wdawać się w dyskusję.
– A z czego tu się tak cieszyć? – powiedziała moja mama.
Może by nie było, gdyby Kamila miała 14 czy 15 lat. (Chociaż?) Ale ma 23 lata, jest dorosłą, samodzielną kobietą.
– Jak to z czego? – do rozmowy wtrąciła się moja córka. – Ma dziecko, którego bardzo chciała, całe, zdrowe.
– Tak, tak… – mama pokiwała głową i to był ten przypadek podwójnego twierdzenia, które jest przeczeniem.
– A ty się nie cieszyłaś, jak ci się urodziła córka? – zapytała moja córka moją mamę, mając na myśli mnie.
– No – powiedziała moja mama. – Skoro już się urodziła, to i była.

Menu na styczeń
Zupa grzybowa
Rydzyki w sosie
Legumina z trufli
Menu na luty
Grzybki drobno krajane
Omlet z grzybkami
Krem grzybowy
Menu na marzec
Siekane grzybki
Marynowane grzybki
Duszone grzybki
Menu na kwiecień
Paszteciki z grzybkami
Grzybek w maśle
Konfitury grzybowe
Menu na maj
Rosół na grzybkach
Grzybki a la admirał Nelson
Kompocik grzybowy
Menu na czerwiec
Rydze solone
Bedłki po francusku
Galaretka grzybowa
Menu na lipiec
Grzyb pokojowy na szaro
Sałatka z grzybów
Pudding z pieczarek
Menu na sierpień
Muchomorki, sos provancal
Grzybki a la Lina Cavallieri
Lody grzybowe
Menu na wrzesień
Majonez z maślaczy
Trufle, sos grzybowy
Racuszki z grzybami
Menu na październik
Kurki pieczone
Koźlaki zawijane
Budyń z prawdziwców
Menu na listopad
Krupnik grzybowy
Grzybek po węgiersku
Naleśniki z trufelkami
Menu na grudzień
Grzyby grzane z grzebieniem
Duży gorący grzyb

Antoni Słonimski i Julian Tuwim, „W oparach absurdu”: „Pracowita pszczółka – Kalendarzyk Encyklopedyczno-Informacyjny na rok 1921”

Facet za kierownicą

Takie oto męskie zwierzenia przysłali mi przedwczoraj ludzie mailem:
„Dzisiaj rano jechałem jak zwykle do pracy Trasą Toruńską. Przede mną lewym pasem nowiusieńkim BMW jechała blondynka. Przy prędkości 130 km/h siedziała z twarzą tuż przy lusterku i… malowała sobie rzęsy. Ledwie na moment odwróciłem głowę, a kiedy spojrzałem znowu na BMW, oczywiście okazało się, że blondynka (wciąż zajęta makijażem!) już jest połową auta na moim pasie!
I chociaż jestem naprawdę twardym facetem, to tak się przestraszyłem, że golarka i kanapka wypadły mi z rąk. Kiedy próbowałem kolanami opanować kierownicę tak, aby wrócić na swój pas ruchu, komórka wyleciała akurat prosto do kubka z gorącą kawą, który trzymałem między nogami. Kawa naturalnie się wylała, poparzyła moją męskość, zrujnowała mój telefon i przerwała bardzo ważną rozmowę!
Jak ja nienawidzę kobiet za kierownicą…”

– Wszystko słyszałem! – miał podobno wykrzyknąć Beethoven, gdy ktoś wypowiedział niezbyt pochlebną opinię na jego temat. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że Mistrz był już wtedy kompletnie głuchy, co zresztą skrzętnie ukrywał przed towarzystwem, a udawało mu się, ponieważ miał do perfekcji opanowaną sztukę czytania z ust. „Patrz mi na usta” – mawia moja naczelna, zwłaszcza do naszego art directora, gdy chce, by pojął, co ma mu do powiedzenia. Z kolei moja przyjaciółka z niemieckim mężem swojej przyjaciółki, gdy była u nich w Dojczlandii z wizytą, porozumiewała się za pomocą obrazków. On nie umiał słowa po polsku, więc gdy przypadała jej kolej pichcenia obiadu, wykonywała akcję pod tytułem kartofelen machen: na kartce, którą zostawiała na kuchennym stole, rysowała garnek i zegar ze znakiem zapytania. (Dobrze to zapamiętałam, Stara?) A pewien mój bardzo daleki znajomy sam o sobie opowiadał taką anegdotę, że gdy w jednej knajpie w Berlinie chciał zamówić trochę glassu, powiedział do kelnera: „Cwaj porcjonen loden”. Wprawdzie nie wiem, czy musiał jednak te lody narysować na serwetce, grunt, że je dostał. Może na przykład pomógł sobie jakoś rękami? To też jest świetny sposób na przekazanie pewnych komunikatów, a niektóre gesty mają wręcz zasięg międzynarodowy. Trzeba tylko pamiętać, jak się jedzie do Bułgarii, że u nich wszystko jest na odwrót: gdy moją koleżankę kelner zapytał, czy życzy sobie jeszcze wina, a ona potakująco kiwnęła głową, to wina nie dostała. Powinna była pokręcić przecząco. Dogadać się można nawet w Azji, gdzie wszyscy tubylcy, którzy mówią po angielsku, uważają, że bardzo dobrze mówią po angielsku, ale jak człowiek ma odrobinę oleju w głowie, to się domyśli, że gdy mówią „szek”, mają na myśli „check”.
Jak widać, mimo różnic językowych, kulturowych oraz wszelakich innych, ludzie – gdy im naprawdę na tym zależy – potrafią jakoś dojść do porozumienia. Tyle że stosunki międzynarodowe są znacznie mniej skomplikowane niż stosunki międzyludzkie. No, tu dopiero zaburzenia komunikacji kwitną.
Mówisz do swojego faceta, mówisz i mówisz, i masz wrażenie, jakbyś mówiła po chińsku albo starocerkiewnosłowiańsku. Ty mówisz „tak”, on słyszy „nie”. Ty mówisz „białe”, on słyszy „czarne”. Ty mówisz „chcę”, on słyszy „nie chcę” i na odwrót. Ty mówisz „proszę”, a on udaje, że nie słyszy. I tak dobrze, gdy się tylko na niesłyszeniu kończy. Bo może być też tak jak miała moja siostra. Poprosiła swojego faceta (a właściwie – żeby było bardziej perwersyjnie – gościa, który się o to miano dopiero ubiegał), żeby ją podwiózł do pracy, a pracowali w jednej firmie. On oczywiście nie mógł, więc się zabrała z pewnym swoim znajomym, który wypadkiem jechał w tym kierunku. Pech chciał, że zajechali na parking w tym samym momencie. I wtedy ten pretendent powiedział: „To już autobusy z Tarchomina na Mokotów nie jeżdżą?”. Oczywiście, nie muszę dodawać, że facet jest już byłym starantem.
Życie naturalnie pisze jeszcze inne ciekawe scenariusze, a co związek, to inna historia. Przytoczę kilka z mojego najbliższego otoczenia. On jest alkoholikiem albo abnegatem. Albo związkofobem. Albo notorycznym zdradzaczem. Ma gorszą pracę i mniej zarabia. Ma lepszą pracę i więcej zarabia. Ma pracę i nigdy go nie ma w domu. Nie ma pracy i ona go utrzymuje. Zakochał się w ślicznej kelnerce, ale w nadziei, że mu niedługo przejdzie, prosi żonę o cierpliwość. (Na ewentualną kontrę, że są to przypadki ekstremalne, od razu odpowiadam: guzik prawda. Były jeszcze parę lat temu. Teraz to one są nagminne, ale to była tylko dygresja). Ona się stara i stara, mówi do niego głośno i wyraźnie jak do cudzoziemca, ale i tak sytuacja przypomina dowcip o dwóch głuchych wróbelkach siedzących na gałęzi. Jeden mówi do drugiego: „A teraz to ty mnie pocałuj w dupę”. Na to drugi: „A ty mnie w dupę”.
I co robić, gdy mamy do czynienia z takimi przypadkami nieoperacyjnymi, jak lekarze elegancko określają stany beznadziejne? Można się oczywiście męczyć dalej, ale i można, wzorem wielu mądrych kobiet, które posłuchały rady Theodore’a Roosevelta: „Mów łagodnie i miej przy sobie gruby kij, a zajdziesz daleko”, wyżej wzmiankowanemu niekumatemu osobnikowi powiedzieć: „Klamoten paken und weg”. Nawet jeśli nie zrozumie słów, to tym razem wyjątkowo zrozumie zdanie. Zwłaszcza gdy zostanie wypowiedziane odpowiednim tonem.
Moja babcia mawiała: „Tego kwiatu to pół światu”. Wprawdzie istnieje 99-procentowe prawdopodobieństwo, że znowu trafimy na jakiegoś głuchola, ale może z czasem okaże się choć w jednej dziesiątej tak genialny jak Beethoven? A nawet jeśli nie, to życie i tak jest klawe. Któż cię tak kocha i któż cię tak uważnie słucha i doskonale rozumie jak ty sama siebie?

Ostatni tydzień spędziłam w Afryce, a konkretnie w RPA, gdzie temperatura w południe dochodziła do trzydziestu stopni. Chodziłam po Kapsztadzie w japonkach i bluzce na ramiączka. Dzisiaj z okien samolotu nad Okęciem zobaczyłam zaśnieżoną Warszawę, a potem czekając przed lotniskiem na taksówkę w dziesięć minut zmarzłam tak jak jeszcze nigdy w życiu. „Mocz nogi w Atlantyku i ciesz się tym, bo tu rozszalała się zima. A wracając, kup sobie na lotnisku aspirynę i weź od razu ze dwie, bo ta różnica temperatur cię zabije” – radził mi SMS-em trzy dni wcześniej mój bardzo dobry znajomy. Kiedy wieczorem przypinałam sobie na jutro kaptur do zimowego płaszcza, spoglądając jednocześnie na świeżą afrykańską opaleniznę na dłoniach i ramionach, czułam się jak schizofrenik. Tak pewnie będzie jeszcze przez parę dni. Ciekawe, że jakoś z przystosowaniem się do różnicy temperatur w odwrotną stronę nie miałam najmniejszego problemu…

Szkic sytuacyjny:
Ona pracuje od 9 do 17, ja od 10 do 18 (a czasem do 24), każda z nas w innym końcu miasta. Mieszkamy również w odległości dwudziestu kilometrów. Obie mamy dzieci, z którymi w tygodniu widujemy się mniej więcej dwie godzinny dziennie, więc weekendy są dla nich.
Najczęstsze sposoby wymiany myśli:
SMS-em lub przez telefon, ostatnio doszły blogi (co my byśmy zrobiły bez tego postępu?).
Spotykamy się, gdy:
* Pojechałyśmy razem do Wenecji.
* Tydzień przed pierwszym popsuł mi się depilator.
* Ona wyjeżdżała i potrzebna jej była walizka.
* Ja wyjeżdżałam i przyjechała oddać mi walizkę.
* Ona się przeprowadzała i trzeba było zmontować meble kuchenne i w dziecka pokoju, a potem jeszcze szafy biblioteczne w salonie.
* Ja robiłam remont i malowałyśmy moją kuchnię oraz zdzierałyśmy tapetę w przedpokoju.
* Kupiłam meble i trzeba było zmontować szafki kuchenne oraz komodę.
* Ja nie miałam pracy i ona nie miała pracy i próbowałyśmy coś zrobić z naszym życiem.
* Spada jej w łazience w suszarce linka z bloczków.
* Miałam zapalenie płuc i trzeba mi było postawić bańki.
* Ona miała zapalenie oskrzeli i trzeba jej było postawić bańki.
* Przyciągnęłyśmy skądś wirusa do naszych komputerów i trzeba było formatować dyski i wszystko wgrywać od nowa.
* Ona leżała w szpitalu po operacji.
* Kilka miesięcy później ja leżałam w szpitalu po operacji.
* Moja córka urządzała osiemnaste urodziny i potrzebowała wolną chatę na całą noc.
* Wróciła z Buska i przywiozła mi małą futrzastą wiewiórkę z pędzelkami na uszach jak u rysia. My zawsze przywozimy sobie jakieś drobiazgi z naszych podróży, ale tym razem to tak naprawdę jest przypomnienie naszego spaceru w Łazienkach, kiedy pewna dość paskudna wiewiórka wspięła mi się po spodniach najpierw na rękę, a potem na ramię i kazała się karmić chipsami paprykowymi, które pożerałam. Żałowałyśmy, że nie mamy aparatu, a przynajmniej telefonu z aparatem. Ale mamy pamięć.

Test

Słowa, które są trudne do wypowiedzenia, gdy jesteś pijany:
– bezsprzecznie,
– innowacyjny,
– przygotowawczy,
– proletariacki.
Słowa, które są bardzo trudne do wypowiedzenia, gdy jesteś pijany:
– konstytucjonalizm,
– wszystkowiedzący,
– rozszczepienie jaźni,
– szczęśliwe zrządzenie losu.
Słowa, które są absolutnie niemożliwe do wypowiedzenia, kiedy jesteś pijany:
– dziękuję, nie mam ochoty na seks,
– nie, dla mnie już piwa nie zamawiajcie,
– przykro mi, ale nie jesteś w moim typie,
– dobry wieczór, panie władzo, śliczny dzień dzisiaj mamy.

Informacja, czyli refleksja

Po czterech dniach byczenia się w SPA, pływania w basenie, peelingów na twarz i ciało, maseczek nawilżających i zabiegów odżywiających skórę, jestem z powrotem (w razie gdyby ktoś był zainteresowany, służę adresem – jest bardzo ładnie, luksusowo i tanio). Moja przyjaciółka zapytała, czy się zrelaksowałam. Odpowiadam – nie za bardzo, bo odpoczywanie jest bardzo męczące, człowiek nie ma chwili na jakieś poleniuchowanie czy coś w tym guście. A już na pewno nie na oglądanie telewizji. Ja wprawdzie i tak nie oglądam, ale informacje to i owszem, bo lubię wiedzieć, co się dzieje. I tu się zaczyna właściwa część mojej opowieści. Po trzech dniach włączyłam wieczorem „Fakty” i oto jak zostałam poinformowana, cytuję:
„Na koniec podzielę się z państwem refleksją na temat stosunku prezydenta do ustawy o 50% podatku dla najbogatszych. Prezydent najchętniej by ustawę zawetował, ale najpewniej ją podpisze – tak można tłumaczyć dzisiejszy komunikat z Kancelarii Prezydenta”.
Treści komunikatu pani prowadząca nie przeczytała.
Nawet nie będę tego komentować, bo jak mawiają bohaterowie Wiecha, szkoda każde słowo. I to jest fakt.

WYJEŻDŻAM

4 komentarzy

Wprawdzie tylko na cztery dni, ale biorąc pod uwagę, że w tym roku znowu nie miałam urlopu, dobre i to. Mam tylko nadzieję, że w tym całym (cholera, a już pamiętałam, dokąd jadę, i znowu z głowy mi wyszło) będzie jakiś dostęp do Internetu. Bo to blogowanie to nałóg gorszy niż palenie, picie i dragi razem wzięte, no nie?

Zmiana czasu z letniego na zimowy. Jedyna noc w roku, kiedy można pospać godzinę dłużej, ale to korzyść doraźna i przewrotna, bo teraz słońce będzie zachodzić nie o piątej, tylko o czwartej po południu, a ciemności ogarną polską ziemię na najbliższe pół roku. Pogoda parszywa i niezachęcająca – wiecznie będzie zimno, mokro, ślisko. Niedźwiedzie to mają dobrze – zapadają sobie w sen zimowy i mają w nosie, że jest mróz i że się życie spędza przy sztucznym świetle.
Problemy się robią tym dłuższe, im dzień krótszy. Znowu trzeba zapłacić rachunki, z kosza na brudną bieliznę łachy zaczynają już wyłazić na podłogę, zacina się klamka w oknie w moim pokoju, zaczęłam czytać pięć książek i żadnej nie mam czasu skończyć, muszę dać dzieciom na okulistę i fryzjera, do emerytury zostało mi jeszcze prawie dwadzieścia lat… Jakoś latem człowiek się nie przejmuje takimi rzeczami. A w każdym razie nie tak bardzo.
Aż mi się przypomina jeden z moich ulubionych dowcipów. Ten jest akurat ruski, z gatunku: „Jaka jest różnica między pesymistą a optymistą? Na pytanie, czy może być gorzej, pesymista odpowiada – nie, a optymista – tak”. Uwielbiam tę wschodnią zadumę. Więc ten jest o samobójcy, który wyskoczył z dziesiątego piętra, zostawiwszy list pożegnalny: „Mnie nadojeło odiewatsja i rozdiewatsja”.
Na pocieszenie włożyłam do słoików te powidła, co od tygodnia stały na kuchence. Przynajmniej w długie zimowe wieczory będę miała do wyżerania coś, co smakuje latem, ciepłym wiatrem i słońcem.


  • RSS