hustawka-czarownicy blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2004

ZAPISKI NA SERWETCE

8 komentarzy

Fragment rozmowy z moją córką na temat wyboru kierunku studiów.
– Mamo, a co właściwie robi specjalista od PR?
– Dba o wizerunek klienta.
– To znaczy konkretnie?
– Przedstawia go w jak najlepszym świetle.
– E, to nawet studiów nie muszę kończyć. Nakłamać każdy potrafi.

Nie musisz się martwić, że:
1. Ktoś zadzwoni do drzwi, gdy akurat malujesz paznokcie.
2. Nie będziesz miała siły przesunąć regału, gdy wpadniesz na pomysł przemeblowania salonu.
3. W sobotę o północy zabraknie ci chleba, bo nie ty będziesz lecieć do nocnego sklepu.
4. Spędzisz kolejny samotny wieczór, słuchając „Stabat mater” Vivaldiego i czytając „Wielki testament” Villona.
5. Między dziewiątą a dwunastą ma przyjść fachowiec do sprawdzenia instalacji gazowej, a ty na jedenastą masz zamówioną wizytę u dentysty.
6. Będziesz sama z butelką wina świętować swoje urodziny.
7. Marnuje się twoja umiejętność wiązania much i krawatów.
8. Zostawisz mieszkanie bez opieki, gdy wyjedziesz z przyjaciółką na weekend.
9. Będziesz musiała sama po nocy wracać do domu.
10. Nie umiesz wymienić w samochodzie koła i oleju.
11. Gdy stracisz przytomność, będziesz musiała sama sobie wezwać pogotowie.
Za to możesz spokojnie:
1. Gdy wywali korki, krzyknąć bezradnie: „Misiaczku, coś się stało ze światłem!”.
2. Nie wiedzieć, gdzie jest najbliższy sklep z gwoździami i warsztat samochodowy.
3. Wiedzieć, gdzie jest najbliższy salon Gucciego, Bulgariego i Estee Lauder.
4. Mieć świadomość, że masz dla kogo albo na złość komu żyć.
5. Bać się burzy, żab i pająków.
6. Siedzieć godzinami u kosmetyczki, bo przecież on lubi, gdy ładnie wyglądasz.
7. Nie wpadać w panikę, gdy na zaproszeniu na bankiet jest napisane: „Ważne dla dwóch osób”.
8. Zrzędzić ile wlezie i nikt nie powie, że to z powodu staropanieństwa.
9. Siedzieć w knajpie bez obawy, że zacznie cię zaczepiać jakiś nachał.
10. Nie odróżniać klucza francuskiego od śrubokrętu.
11. Nie bać się posądzenia o wpadanie w paranoję, gdy gadasz sama do siebie, bo możliwe, że jednak ktoś cię słucha.
Istnieje także prawdopodobieństwo, że:
1. Gdy wrócisz od fryzjera, usłyszysz: „Kochanie, jak ślicznie wyglądasz!”.
2. Będziesz miała z kim śpiewać swoją ulubioną Habanerę „Miłość to cygańskie dziecię”.
3. Nie będziesz musiała sama ukatrupić karpia.
4. Nie zmarzniesz, śpiąc zimą przy otwartym oknie.
5. Będzie cię miał kto przytulić, gdy na jakimś zakręcie życia popadniesz w depresję.
6. Raz na pół roku w niedzielę zjesz w łóżku śniadanie, którego nie musiałaś własnoręcznie wykonać.
7. Pod choinkę dostaniesz swój wymarzony zegarek Maurice’a Lacroix.
Albowiem, jak powiedział kiedyś Tadeusz Konwicki, „każdej kobiecie należy się mężczyzna”. Tyle że dodał: „Ba, ale skąd wziąć mężczyzn?”.

PRZYSZŁO POCZTĄ

3 komentarzy

Czego nauczyła mnie mama

Moja mama nauczyła mnie wiele. Od wczesnej młodości sączyła we mnie wiedzę, jaka się nie śniła filozofom. Nauczyła mnie:
Doceniać dobrze wykonaną pracę:
Jeżeli zamierzacie się pozabijać, zróbcie to na zewnątrz – przed chwilą skończyłam sprzątanie!
Religii:
Lepiej się módl, żeby na dywanie nie było śladu.
Podróży w czasie:
Jeśli się nie wyprostujesz, strzelę cię tak, że się znajdziesz w przyszłym tygodniu.
Logiki:
Dlaczego? Bo ja tak powiedziałam!
Przewidywania:
Tylko załóż czystą bieliznę, na wy
padek, gdyby miał wypadek.
Ironii:
Śmiej się, a zaraz dam ci powód do płaczu.
Tajemniczego zjawiska osmozy:
Zamknij się i jedz kolację!
Meteorologii:
Wygląda, jakby tornado przeszło przez twój pokój.
Hipokryzji:
Powtarzałam ci milion razy – nie wyolbrzymiaj.
O kręgu życia:
Wydałam cię na ten świat, to mogę i na tamten.
Zazdrości:
Są miliony dzieci, które mają mniej szczęścia i nie mają takich wspaniałych rodziców jak ty.

FACET MIMO WOLI

8 komentarzy

Kiedy miałam się urodzić, moja mama bardzo chciała mieć syna. Już nawet Stwórca zaczęła przypalać białko, ale chyba mama musiała coś nagrzeszyć i za karę Stwórca w ostatniej chwili zestawiła garnek z gazu. Swoje rozczarowanie moją płcią mama wylała – wprawdzie na inny temat, ale to tylko taka zmyłka – w liściku, który napisała ze szpitala do mojego ojca: „Ona jest taka brzydka, że chyba nikomu jej nie pokażemy”. Z brzydoty wyrosłam, płeć zaś stała się faktem nieodwołalnym. Tyle że to lekko przypalone białko nie tylko zostało, ale się i w pewnym momencie ujawniło.
Chyba specjalnie dla mnie Amerykanie wymyślili dowcip (zresztą jeden z moich ulubionych) o facecie, który przeżył śmierć kliniczną. Kiedy kumple odpytywali go na tę okoliczność, odpowiadał im niechętnie i bez cienia entuzjazmu, dopiero gdy padło pytanie: „A Bóg?”, ożywił się i wykrzyknął: „She is black!”. Ja bowiem na pewnym etapie mojego życia zostałam mężczyzną. Prawdę mówiąc, nie miałam innego wyjścia, ponieważ mój mężczyzna utonął w oparach alkoholu (życie go tak złomotało, biedaka, problemy i odpowiedzialność za rodzinę, jak twierdził w czasach, gdy był jeszcze w stanie wydusić z siebie w miarę zborną wypowiedź) i tyle go widziałam. Zostałam więc matką i ojcem, gospodarzem i gospodynią, westalką i wojownikiem w jednym. Oczywiście na początku czułam się jak tramwaj, który wypadł z szyn i trudno mi było ruszyć do przodu, ale potem poszło znacznie lepiej i tak zostało do dziś.
Przyznaję, rola jedynego żywiciela rodziny bardzo mi odpowiadała (i odpowiada nadal), ponieważ ja bardzo lubię pracować. A już na pewno jest to zajęcie nieporównywalnie ciekawsze niż pranie panamężowskich koszul i czekanie przy domowym ognisku. Wprawdzie sprzątam, bo nie znoszę, jak jest syf, i gotuję, bo muszę coś jeść, ale prawda jest taka, że nie dostaję wysypki w kuchni tylko wtedy, gdy wchodzę tam zrobić sobie kawę, a najlepiej mi się wymyśla, co będzie na obiad, gdy mam przed oczami kartę podaną przez kelnera. Wracając do pracy: ponieważ od mojej pozycji zawodowej zależy los mojej rodziny, musiałam ją zdobyć. Nie obyło się bez strat w postaci czasu, którego nie spędziłam z moimi dziećmi i który już bezpowrotnie przepadł, wrzodów na żołądku, nieustannego stresu, nerwów, niedosypiania i pracowania po dwanaście godzin dziennie. Ale opłacało się – jestem w pracy lepsza niż niejeden facet.
Rozwijałam się również jako mężczyzna w innych dziedzinach. W efekcie zostałam mistrzem świata w montowaniu mebli wszelakiego autoramentu i gabarytów. Umiem podłączyć żyrandol i pralkę, naprawić żelazko, kontakt, domofon, cieknący kran, wymienić w nim nie tylko uszczelki, ale i głowice, o założeniu wylewki to już nawet nie wspomnę. Sama pomalowałam sobie mieszkanie, położyłam tapetę w przedpokoju i powiesiłam szafki kuchenne. Naprawianie zabawek, rowerów i tym podobnych akcesoriów to dla mnie bułka z masłem. Na szczęście moje dzieci już się nie bawią zabawkami. A propos. Kocham moje dzieci nad życie, a im są starsze, tym bardziej, bo nareszcie zaczęły się robić podobne do ludzi i można z nimi normalnie porozmawiać, ale co do pozostałych podzielam zdanie Słonimskiego, że są zakałą ludzkości, a król Herod to był bardzo mądry król.
Przez lata bycia samotną matką coś się porobiło z moimi uczuciami wyższymi. Moje współczucie na przykład nie obejmuje przypadków złamanego paznokcia (moja rada: obciąć w cholerę i cześć, paznokcie to nie noga i odrastają), źle położonej farby na włosach (idzie się do fryzjera na poprawkę), zgadywania: „popatrzył czy nie popatrzył” (popatrzył, to dobrze, nie – to niech spada na drzewo, nie wie, co traci) oraz rozpaczy po odejściu kolejnego ukochanego „i co ja mam teraz zrobić?” (moja rada: powiesić się). Toteż o problemach rozmawiam z moją przyjaciółką nie po, żeby pobić pianę, tylko żeby znaleźć sposób na ich rozwiązanie. W questii zaś rozwiązań zdecydowanie preferuję radykalne środki. Jeśli mam do wyboru długotrwałe leczenie lub skalpel, wybieram skalpel. A jeśli chodzi o wygląd, podzielam zdanie angielsko-amerykańskich dżentelmenów, że ważniejsze niż ubranie są buty i zegarek. Na marginesie: nie cierpię robić zakupów. Łażenie od jednego sklepu do drugiego śmiertelnie mnie nudzi, nie widzę również nic zabawnego w oglądaniu wystaw i wieszaków z łachami. Potrzebuję płaszcz, to idę do sklepu, w którym sprzedają płaszcze, potrzebuję buty – idę po buty.
Poza tym znam swoją wartość, świetnie umiem podejmować decyzje, nie tylko doskonale wiem, czego chcę, ale jeszcze potrafię o to walczyć. I zwyciężać.
Tak mniej więcej wygląda mężczyzna w społecznym odbiorze, nieprawdaż?
Więc niech mi pan nie mówi, proszę pana, że jestem piękna, mam śliczne ręce i świetne nogi. Albo niech pan mówi, bo to bardzo miłe. Ale jeśli pan myśli, że wystarczy parę ciepłych słówek i już mnie pan ma, to się pan głęboko myli. Musiałby mi pan czymś naprawdę zaimponować. Czym? No, sama nie wiem. W sumie to już niewiele rzeczy robi na mnie wrażenie.
A teraz, pozwoli pan, że się z nim pożegnam. Muszę jeszcze podjechać do warsztatu, bo mi dziś rano na parkingu jakiś debil stłukł obudowę od świateł. Słucham? Nie, nie debilka. Tak się składa, że akurat wsiadałam do samochodu i doskonale widziałam, kto mi wjechał w bagażnik. Poza tym muszę jeszcze zajrzeć dziecku do komputera, bo płakało mi dziś przez telefon, że coś mu w poczcie szwankuje. Pomalować sobie paznokietki i wyprasować ubrania, przejrzeć dokumenty, które taszczę do domu, ponieważ jutro mam dwa ważne spotkania i jedną konferencję (choć Bóg jeden wie, co jeszcze asystentka mi wpisała do kalendarza). Poza tym powinnam zacząć się pakować, pojutrze rano wyjeżdżam służbowo do Kopenhagi. Oczywiście, bardzo chętnie spotkam się z panem na kawę po powrocie. Zatem do widzenia. Hej, proszę poczekać! Zapomniałam panu powiedzieć… Ma pan całkiem niezły tyłeczek…

DLA B.

7 komentarzy

Śmiało przekraczaj falujące morze

Tego dnia morze i niebo, jak dwa wyjątkowo sprawne kameleony, przybrały idealnie taką samą barwę i zlewały się w doskonałą jedność koloru stali. Choćby człowiek nie wiem jak wytężał wzrok, nie dawało się odnaleźć linii horyzontu. Woda była niespotykanie spokojna. Gdyby nie leniwe języki fal rozlewające się powoli na piasku plaży, można by odnieść wrażenie, że morze jest kompletnie nieruchome, że to nie woda, a niebo rozpostarło się u moich stóp. Siedziałam na plaży, na jedynym w promieniu kilometra suchym kamieniu (jak on się uchował?), taki mały przystanek przed powrotem do hotelu, musiałam chwilę odpocząć, ponieważ potwornie bolały mnie nogi. Mój dzisiejszy spacer nieoczekiwanie dla mnie samej przekształcił się w wielokilometrową wędrówkę, gdybym nie opamiętała się w porę, doszłabym chyba do Helu. Jak rasowy perypatetyk, gnałam brzegiem morza przed siebie, nie zwracając uwagi na to, gdzie jestem ani dokąd idę, a miarowy, energiczny marsz pomagał mi zebrać myśli. Minęłam jedno maleńkie molo, potem drugie, linia brzegu to wyginała się w maleńkie zatoczki, to biegła prosto jak narysowana przy linijce, morze szumiało cicho, monotonnie i uspokajająco, plaża z kamienistej zmieniła się w piaszczystą, potem znów musiałam brnąć przez śliskie kamienie, opamiętałam się dopiero, gdy w oddali zobaczyłam zarys kilku wiejskich chałup i maleńkiego portu rybackiego oraz dwa kutry zacumowane przy prowizorycznej kei. (…)
Siedziałam teraz na wielkim kamieniu, opatulona ciężkim, pociemniałym jak przed burzą powietrzem i łapałam oddech przed ostatnim etapem mojej dzisiejszej wędrówki, o całe niebo spokojniejsza niż przed trzema godzinami, gdy wychodziłam z hotelu. (…)
Wtedy zobaczyłam jakieś sto, może sto pięćdziesiąt metrów ode mnie dwoje trzymających się za rękę ludzi idących brzegiem morza. Podsuwając mi akurat teraz ten widok, los okazał się diabelsko złośliwy i przewrotny. W innych okolicznościach pewnie nawet nie zwróciłabym na nich uwagi, ale teraz? Teraz poczułam ukłucie zazdrości, żalu i rozgoryczenia, ogromną, zimną, rozrastającą się ciężką kulę w żołądku, która odebrała mi całą z trudem odzyskaną względną równowagę. Mnie nikt nie trzyma za rękę, nikogo nie obchodzi, że od pół godziny siedzę na zimnym kamieniu, nikt mi nie powie: „Wstańże nareszcie, bo dostaniesz wilka”, dla nikogo poza mną nie ma znaczenia, czy posiedzę tu jeszcze pięć minut, czy pięć godzin.
Strasznie zrobiło mi się żal samej siebie. Nawet Bóg o mnie nie pamięta wobec tylu miliardów ludzkich istnień, o których musi myśleć. Ma na głowie Irak, głodujące dzieci w Afryce i cały naród w Korei Północnej, bomby palestyńskich terrorystów w Izraelu i izraelskie pociski w palestyńskich miastach, walczących o wolność Kurdów, Basków i Czeczenów, czekające na operację rozdzielenia bliźniaczki syjamskie ze wspólną wątrobą, żołądkiem i połową kręgosłupa, pewnie będzie musiał zdecydować, która z nich przeżyje, musi czuwać nad mknącymi gdzieś przez kosmiczne przestworza astronautami i przynajmniej kątem oka spoglądać na szalonych naukowców, żeby ich w porę powstrzymać przed sklonowaniem człowieka. Jakie znaczenie ma to, czy ja, jedno małe istnienie wśród tylu cierpień na tej planecie, jestem szczęśliwa, czy nie? (…)
Jakby mi jeszcze było mało powodów do płaczu, naszły mnie myśli o wszystkich bezpowrotnie straconych szansach mojego życia, o wszystkich raz na zawsze zaprzepaszczonych okazjach, o rzeczach, których już nigdy nie zrobię, nie dlatego, że nie chcę, ale dlatego, że nie będę mogła, bo czas na nie już minął. Nie będę jak moja znajoma Kora świętować dwudziestopięciolecia małżeństwa, bo nie jestem i raczej nie będę niczyją żoną, a nawet gdyby, to już mi życia nie wystarczy na dotrwanie do dwudziestej piątej rocznicy ślubu. Nigdy nie zatańczę z moim ojcem. On co prawda nie umiał tańczyć, ale mogłabym przynajmniej spróbować go nauczyć. Nie spróbuję, bo ojciec umarł, jedyny człowiek na świecie, który naprawdę mnie kochał tak po prostu, za nic, za to, że byłam. Nie będę miała syna. Nie zostanę lekarzem, o czym marzyłam, będąc nastolatką, ale zabrakło mi, nie wiem, odwagi, siły czy wiary, by walczyć z matką, która na samą myśl o tym, że miałabym iść na medycynę, dostawała trzydniowej migreny. Nie dowiem się, jak to jest, gdy dzwoni się do męża i mówi: „Muszę zostać dłużej w pracy, więc proszę cię, ty idź na tę cholerną wywiadówkę”, a on odpowiada: „No, dobra, w ostateczności mogę pójść”. Tyle rzeczy już mnie ominęło i tyle ominie mnie jeszcze. Mój czas się kurczy i choć z jednej strony mogę jeszcze w życiu wiele zrobić, to z drugiej równie wiele już nie zrobię.
Mimo wszystko postanowiłam, że nie będę płakać. Bo i po co? Czy to mi przyniesie chociaż cień ulgi? Powinnam raczej (…) ruszyć się stąd, nie będę przecież siedziała na tej plaży do końca świata. Wolałabym, żeby nie znaleziono mnie za kilka dni, przymarzniętej do tego kamienia w charakterze posągu. Może dla całego świata moje istnienie nie ma wielkiego znaczenia, ale dla mnie jednak ma. Tym bardziej że w hotelu czeka na mnie umówiony na szesnastą godzinę masażysta i przynajmniej na razie jest to bardzo dobry powód do życia, a potem zobaczymy. Jeszcze tylko wspinaczka po prowizorycznych, drewnianych schodach wrośniętych w wysoką, prawie pionową skarpę, i już będę w domu. Nie wiem wprawdzie, jak ja to zrobię, bo strasznie bolą mnie stopy, ale przecież nikt mnie do hotelu nie zaniesie. Wstałam, zrobiłam najpierw jeden ciężki krok, drugi, potem trzeci, a potem już jakoś poszło. Prosta analogia do całego mojego życia, które powoli i z trudem, ale jednak toczy się do przodu. Gdy dowlokłam się do mojego hotelowego pokoju, niebo ze stalowego zrobiło się czarne i znowu zaczął padać deszcz. Tyle że mnie nie dosięgła ani jedna jego kropla.

ZAPISKI NA SERWETCE

3 komentarzy

U nas nie obchodzi się imienin, wigilii ani śledzików, ale urodziny – jak najbardziej. Właśnie na stojącym na środku redakcji stole konferencyjnym zostało kilka butelek po winie i stos pustych półmisków po ciastach, chipsach, orzeszkach, czekoladzie i ptasim mleczku. Trzeba wracać do roboty, bo zamknięcie numeru. Wlokę się więc do swojego biurka i jęczę:
– Boże, jak mi się nie chce… Te Ani urodziny wybiły mnie dzisiaj z rytmu.
Bartek:
– Mnie z rytmu dzisiaj wybił budzik.

Nie jestem podatna na zachwiania emocjonalne bardziej niż miliony innych ludzi i zwykle jako tako trzymam się w pionie, a w porywach nawet dostrzegam jasne i radosne strony życia. Ale czasem zdarza mi się bujnąć, a niekiedy wręcz całkowicie upaść na duchu. Popadłam więc pewnego razu w gigantyczną chandrę, i to z rodzaju tych najbardziej beznadziejnych i głupich, bo pod hasłem „nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi” i „widać, taka karma”. Takie stany w moim wypadku nieuchronnie prowadzą do niepokojów egzystencjalnych i dumania nad strukturą bytu. Są to zagadnienia, które i tak mnie męczą na co dzień, tyle że tym razem moja nieumiejętność przystosowania się do świata urosła do rangi nieodwracalnego uszkodzenia na poziomie chromosomalnym, przez które jestem niereformowalnym odmieńcem i dlatego już nic dobrego mnie w życiu nie czeka. A ponieważ mój rozchwiany umysł był w stanie wyraźnie zidentyfikować tylko czarną dziurę, podpowiedział mi jedyne możliwe rozwiązanie: czas umierać.
Obarczyłam tym zagadnieniem L. „Nie wolno ci mnie osierocić!” – odpisała mi rozpaczliwym SMS-em moja przyjaciółka, która ma genotyp uszkodzony dokładnie tak samo jak ja. Nawet ją rozumiałam, bo gdyby ona zostawiła mnie samą na tym świecie, to chyba bym ją zabiła. Postanowiłam więc postawić się do pionu, korzystając z rad pewnej mojej koleżanki, która depresje ma przećwiczone z góry, z boku i z podskoku. Twierdzi ona, że są na to tylko dwa sposoby. Pierwszy: jak już człowiek wpadnie w dół, to powinien dojść do samego dna i obejrzeć swoje zmaltretowane jestestwo od spodu, bo po czymś takim z samego tylko przerażenia na swój własny widok bardzo szybko wydobędzie się na powierzchnię.
Spróbowałam. Przez godzinę słuchałam na zmianę kanonu D-dur Pachelbela i adagio g-mol Albinoniego, muzyki mrocznej i z takim ładunkiem tragizmu, że człowiek fizycznie czuje, jak ugina się pod ciężarem jej dźwięków i własnych emocji. Potem obejrzałam „Stalowe magnolie” i czytałam na chybił trafił kawałki „Naturalnej historii ludzkości” Theodore’a Zeldina, „Księgi zaklęć” Nocoli de Pulford oraz „Małego Księcia”. Pół godziny wpatrywałam się w lusterko w poszukiwaniu nowych zmarszczek i, o zgrozo, znajdowałam je. Jednak do dna mojego dołu nie udało mi się dotrzeć i w ten oto sposób ciekawa skądinąd droga wyjścia z depresji zdechła śmiercią naturalną.
Za to ujrzałam dno w niejednej szklanicy i tu dochodzimy do sposobu drugiego, który mianowicie polega na upaleniu się marihuaną i popadnięciu w euforię. Jednak na podorędziu było tylko piwo, więc wieczorem z L. poszłyśmy do naszego ulubionego pubu. Zaczęłyśmy zastanawiać się nad tym, co właściwie powinnyśmy zrobić z tak pięknie rozpoczętą drugą połową naszego życia. Nasze zauroczone alkoholem umysły poszłyyy po betonie i w wymyślaniu błyskotliwych sposobów na ubarwienie szarych dni przekroczyłyśmy granice absurdu znacznie bardziej niż Tuwim ze Słonimskim. W robocie był wyjazd na bezludną wyspę, a przynajmniej na drugi koniec świata, skumulowana wygrana w totolotka oraz wywołanie jakiegoś spektakularnego skandalu w celu zwrócenia na siebie uwagi społeczeństwa, co, znając polskie warunki, niewątpliwie doprowadziłoby do natychmiastowego polepszenia naszego bytu. Gdy doszłyśmy do znalezienia bogatych mężów, nieskąpych i nie tragicznie głupich, a przynajmniej jednego (bo wiadomo, że w razie czego L. podzieli się ze mną albo ja z nią), ryknęłyśmy śmiechem na całą salę.
Niestety, na świeżym powietrzu okazało się, że nasze genialne pomysły zrealizować się nie dadzą, chyba że na Marsie. I już już bym sobie od nowa wybuchnęła rozdzierającym płaczem, ale przyszło mi do mojej ślicznej główki, że skoro wszystko na tym świecie ma jakieś dobre strony, więc taka depresja też musi.
Można użalać się nad sobą po cichu, a zwłaszcza głośno. Pójść do pracy bez makijażu. Zjeść tabliczkę gorzkiej czekolady, dużą paczkę chipsów paprykowych, dwa pętka kabanosków drobiowych, na deser trzy kawałki sernika z polewą i lody, a całość popić bardzo słodką kawą z mlekiem. Naciągnąć swojego faceta na perfumy od Diora albo Issey Miyake. Wydać ostatnie pieniądze na kieckę. Wyłączyć komórkę i zniknąć na całe popołudnie u kosmetyczki. Płakać na marnym filmie i nikt ci nie powie, że jesteś głupio sentymentalna. Nie odzywać się do ludzi, mimo że wypada. Nie reagować na pytania dzieci o kieszonkowe, a na obiad wykonać zupę z torebki i pierogi z mrożonki. Cały wieczór robić na drutach sweter, którego i tak nigdy nie założysz. Bezkarnie jęczeć, zrzędzić i marudzić. Normalnie wszystkich naokoło doprowadziłabyś do szału. Ale jeśli masz chandrę – dostajesz społeczne przyzwolenie na nieodpowiedzialność.
Zweryfikowanie tej teorii postanowiłam wziąć na siebie (jak już mam tę chandrę, to niech się na coś przyda, no nie?). Rewelacyjne skutki mojego obnoszenia się z żałobną miną dały się zauważyć następnego dnia od samego rana – wśród koleżeństwa w redakcji stanowiłam obiekt powszechnego współczucia i troski. Wszyscy czuli się w obowiązku traktować mnie nadzwyczaj ostrożnie i chronić przed wszelkimi niedogodnościami. Jeden niedoszły narzeczony przysłał mi e-mail pod entuzjastycznym hasłem: „Dobrze, że jesteś!!!”, a drugi – olbrzymi bukiet herbacianych róż. Moja koleżanka Ela wyznała zachwycona: „Jak ty cudownie wyglądasz, gdy jesteś nieszczęśliwa! Powinnaś bez przerwy być w depresji, masz wtedy takie spojrzenie, że każdego normalnego faceta powali na kolana i już jest twój”. Jeśli zaś chodzi o dzieci, to jeden dzień chandry załatwił mi to, co bezskutecznie tłumaczyłam im od lat i tak by było usquam mortem defecatem: że matka też człowiek i ma prawo do swoich snów. Tylko te perfumy będę musiała kupić sobie sama, i to też dopiero po pierwszym, ale jakoś to przeżyję.
– No i jak? – zapytała L. wieczorem przez telefon.
– Cudownie! – zaćwierkałam w słuchawkę. – Stara, funkcjonowanie na prawach nieszkodliwego wariata to jest genialny patent. Nie da się tego oczywiście pociągnąć na dłuższą metę, bo by ludziom spowszedniało i przestało robić wrażenie. Ale jak od czasu do czasu człowiek publicznie wpadnie w depresję, to życie przynajmniej na trochę staje się znośniejsze. Wobec powyższego uprzejmie donoszę, że od dzisiaj chandrę będę miewać średnio raz na dwa tygodnie.

Ze stereotypu słabszej i silniejszej płci trudno się wyzwolić zarówno jednej, jak i drugiej stronie. Powstaje tylko pytanie, która jest która?
Od zawsze kobieta była – i jest nadal – uważana za istotę słabszą od mężczyzny i jako taka wymagającą opieki. I słusznie, albowiem to mężczyzna dysponuje większą siłą fizyczną. Nie ma powodu, dla którego kobieta miałaby dźwigać swoje bagaże, odkręcać zapieczone koło w samochodzie albo przylać jakiemuś nachałowi po pysku. Zwłaszcza że mogłaby przy tej okazji złamać sobie paznokieć lub zniszczyć sukienkę od Armaniego. Za którą to sukienkę zapłacił jej facet, co jest zrozumiałe, skoro pracując na takim samym stanowisku jak jego pani, zarabia znacznie więcej, ale to była tylko dygresja.
Problem w tym, że zagadnienie opieki nad kobietą nie polega na epizodycznym przesuwaniu mebli czy odkręcaniu słoików, tylko na codziennym dźwiganiu siatek z zakupami, sprzątaniu, praniu etc. W tym oto momencie zmieniamy obiekt zainteresowań, zaczynamy mieć bowiem do czynienia z zagadnieniem opieki nad mężczyzną. Pytanie konkursowe nr 1: ile razy w życiu twój mężczyzna wiercił dziury w betonie, żeby powiesić kuchenne szafki? Pytanie konkursowe nr 2: ile razy w życiu twój mężczyzna robił sobie kanapki najpierw do szkoły, a teraz do pracy? Podpowiadam: prawidłowa odpowiedź nie ma nic wspólnego z jego potencjałem intelektualnym, tzw. zaradnością życiową ani innymi nieocenionymi przymiotami ducha oraz ciała, bo tak w ogóle to on może być świetny i najcudowniejszy na świecie.
A oto kilka standardowych kwestii w wykonaniu twojego mężczyzny, które słyszałaś milion razy: 1) gdzie są moje skarpetki? 2) czy mam jakąś czystą koszulę? 3) nie widziałaś moich kluczy (zegarka, notesu, okularów)? 4) czy mamy w domu piwo? 5) jaki krawat powinienem założyć? 6) głodny jestem, lub bardziej elegancka wersja: może byśmy coś zjedli? 7) gniewasz się na mnie o to, że zapomniałem zakręcić kran? (zalało całą łazienkę i sąsiadów trzy piętra w dół), 8) czy ty w ogóle jesteś w stanie sobie wyobrazić, jak to potwornie boli? (katar na przykład), 9) gdzie mam powiesić ten obraz, tutaj czy bardziej w prawo? 10) nie pamiętasz przypadkiem, na kiedy umówiłem się z Piotrem?
Są jednak sprawy, przy których historia znikających skarpet chwilowo wysiada. Opowiadała mi jedna moja znajoma o wielkim remoncie w mieszkaniu. Ponieważ nie mogła osobiście doglądać fachowców, bo była uwiązana w pracy jak chłop pańszczyźniany do ziemi, robił to jej facet, który, o dziwo, miał więcej czasu. Co pojechał popatrzeć, jak postępują prace, okazywało się, że stoją, bo fachowcy leżą i nic nie jest w stanie podnieść ich do pionu. Prosił, błagał, groził, że nie zobaczą złamanego grosza, nawet przemawiał do nich stanowczo i niegrzecznie – nadaremno. Jedyne, co sprawiało, że natychmiast trzeźwieli i brali się do roboty, to szantaż, że zadzwoni po Marzenę.
Wszystko to sprawia, że teza, która kiedyś przypadkiem obiła mi się o uszy: „Pani kochana, ten Malinowski bez tej Zochy to już by dawno zginął” – wydaje się mieć głębokie uzasadnienie. Dodatkowo na jej poparcie spróbujmy wyobrazić sobie, jak potoczyłyby się losy niejakiego Clintona, gdyby nie Hillary: przepadłby w odmętach zawieruchy polityczno-obyczajowej i tyle byśmy go widzieli.
Kim byłby JFK bez swojej Jackie, Theodore Roosevelt bez Eleonory, a Sobieski bez Marysieńki? Gdyby się nie opiekowały swoimi mężami i nie wspierały w najtrudniejszych momentach, nie pilnowały ich notatek, terminów i skarpetek – nie pamiętalibyśmy dzisiaj o tych panach wcale albo pamiętali bardzo mało. Co jest tym bardziej prawdopodobne, że najświetniejszymi angielskimi królami były królowe.
A teraz przełożę to wszystko na język przyziemnej rozmowy zasłyszanej w autobusie. Jeden pan w średnim wieku opowiadał drugiemu o tym, że jego córka ma zamiar wynająć mieszkanie i zacząć samodzielne życie. „I ty się na to zgadzasz? – oburzył się ten drugi. – Jak ona da sobie radę? W życiu bym się nie zgodził, żeby moja córka mieszkała sama.” „Ja byłem znacznie młodszy niż ona, gdy się wyprowadziłem od rodziców” – bronił się ten pierwszy, ale zamilkł rażony następującym argumentem: „Ale ty miałeś żonę!”

ZAPISKI NA SERWETCE

2 komentarzy

Dostałyśmy tekst do zdrowia do następnego numeru. Siedzę na kanapie w gabinecie wicenaczelnej i czytam o starzeniu się i wiotczeniu tkanek. „W tym wieku skóra staje się coraz cieńsza, traci jędrność i elastyczność, o czym mogą świadczyć odgniecione na twarzy ślady po poduszce rano po przebudzeniu.”
– Matko Boska! – wykrzykuję ze zgrozą. – Ja tak mam! Rano cała gęba we wzorki!
– E tam – mówi Ela. – Musisz po prostu kupić nową poduszkę.

UWAGA, KONKURS!

Brak komentarzy

Materiał wyjściowy:

On: Byłaś cudowna! To był seks mojego życia! Zobaczysz, będę cię nosił na rękach! Dam ci wszystko, czego zapragniesz! Będę z taką samą rozkoszą całował każdy centymetr twojego ciała do końca życia. Najdroższa, zostaniesz moją żoną?
Ona: Tak bardzo chciałam to usłyszeć! Oczywiście!
*
On: Kochanie, nie pomyśl, że cię krytykuję, ale jak moja mama robiła pyzy, to posypywała je po wierzchu niewielką ilością pokruszonego białego sera. A po drugie, podawała ojcu obiad od razu, gdy wrócił z pracy, a nie dopiero po godzinie.
Ona: Weszłam do domu dosłownie pięć minut przed tobą
*
On: Ty jesteś wprost stworzona do rodzenia dzieci. Ledwo weszłaś do szpitala i proszę bardzo, sześć godzin i po całym wielkim porodzie.
Ona: Czy mógłbyś przewinąć małą i podać mi ją do karmienia? Strasznie mnie jeszcze wszystko ciągnie i boli mnie brzuch, z piersi mi się leje…
On: Nie zdążę, moja droga, przecież za pół godziny wychodzę do pracy.
*
On: Jak tak bardzo chcesz wrócić do pracy, to proszę bardzo, wracaj! Nie wiem tylko, kto cię zatrudni? Jak się dowiedzą, że masz małe dziecko, to pomyślą, że będziesz często chodzić na zwolnienia, a na co im taki pracownik? No ale skoro już się tak uparłaś… Pogadam z Markiem, ostatnio coś wspominał, że u niego w firmie szukają asystentki czy kogoś takiego.
Ona: Prawdę mówiąc, już dostałam propozycję z pewnego kobiecego pisma, w przyszłym tygodniu idę na rozmowę.
On: To dlaczego mi nic nie mówisz? Dopiero bym wyszedł na idiotę, jakbym z nim porozmawiał, a potem by się okazało, że niepotrzebnie zawracałem mu… Gdzie?!
Ona: W magazynie kobiecym.
On: I co niby miałabyś tam robić?
*
On: Jestem z ciebie taki dumny! Twój pierwszy własny wydrukowany artykuł! No widzisz, i opłacało się siedzieć po nocach.
*
On: Dior?! Droższych szminek w tym mieście nie było?!
Ona: Pewnie nie, ale dostałam dziś premię i postanowiłam kupić nareszcie coś dla siebie.
On: No dobrze, ale dlaczego takie drogie! Przecież mówiłem, że oszczędzamy na samochód. Co ty myślisz, że ja będę do końca życia tramwajami jeździł?
Ona: To są moje ekstra pieniądze i zrobię z nimi, co będę chciała.
On: Moje pieniądze, moje pieniądze… Jak ci tak bardzo zależy, żeby mieć swoje, to możemy w każdej chwili podpisać rozdzielność majątkową.
Ona: Możemy.
On: Ty nie bądź taki kozak, jak byś wtedy utrzymała siebie i dziecko? A swoją drogą, ciekawe, za co właściwie ci tę premię dali.
*
On: Przykro mi, moja droga, ale nie możesz pojechać na to szkolenie. Moja mama w tym czasie dostała sanatorium i nie będzie się kto miał zająć dzieckiem. Żeby to był dzień, no, powiedzmy dwa, to może jeszcze jakoś bym dał radę, ale tydzień? Przecież ja pracuję!
Ona: Trudno. Poproszę Baśkę, na pewno to dla mnie zrobi.
On: Oszalałaś?! Wykluczone! Nie pozwolę, by moje dziecko spędziło u tej wariatki choćby pół dnia! A w ogóle to o tej twojej „przyjaźni” z Baśką musimy poważnie porozmawiać. Ona ma na ciebie zły wpływ. Żeby przefarbować włosy, to pewnie też ona cię namówiła?
*
Ona: Przepraszam cię, ale moim zdaniem nie masz racji. Amerykańska Komisja Leków wydaje certyfikaty nie tylko na lekarstwa i sprzęt medyczny, ale także na…
On: Zamilknij, kobieto. Kogo obchodzi twoje zdanie? Zresztą, skąd ty niby miałabyś wiedzieć takie rzeczy, skoro ty się na niczym nie znasz.
*
Ona: Dlaczego ja właściwie nie mogę się doprosić, żebyś nareszcie skończył tę szafkę na buty, którą zacząłeś robić pięć lat temu? Czy to doprawdy taki problem zamontować drzwiczki, przykręcić gałki i polakierować drewno?
On: Och, jak jesteś taka mądra, to sama zamontuj, przykręć i polakieruj.
*
On: O której to się wraca z pracy? Już się zacząłem zastanawiać, czy będzie dzisiaj jakaś kolacja w tym domu.
Ona: Mówiłam ci przecież, że mam zamknięcie numeru, a jak jest zamknięcie numeru, to nie ma tak, że się coś zostawi na jutro, tylko wszystko trzeba skończyć dzisiaj, choćby się miało siedzieć do północy.
On: Ta praca cię kiedyś wykończy. Wracasz do domu zmęczona – zauważyłem, zauważyłem – a jeszcze musisz stać przy garach i dziecko położyć spać. Aha, mam nadzieję, że nie zapomniałaś, że jutro z samego rana mam spotkanie z bardzo ważnym klientem i musisz mi wyprasować białą koszulę.
*
On: Proszę cię, daj spokój. Ja jutro rano do pracy wstaję, a tobie się na amory zebrało.
Ona: „Najdroższa, będę z taką samą rozkoszą całował każdy centymetr twojego ciała do końca życia”…
On: Oczywiście, ale po dziesięciu latach małżeństwa to już chyba nie muszę tego robić codziennie.
*
On: I po co ty się tak malujesz, jak i tak ci to nie pomoże?
Ona: Uważaj, co mówisz, bo ja już mam tego wszystkiego serdecznie dosyć. Żebyś nie był zaskoczony, jak się któregoś dnia obudzisz i się okaże, że mnie już w tym domu nie ma.
On: Nie strasz, nie strasz… Kto by cię zechciał? To tylko ja taki głupi jestem…
Ona: Jeszcze możesz się zdziwić.
On: Och, kochanie, żartowałem! Na żartach się nie znasz?
Ona: Na takich nie.
On: Wiesz co, jak się z tobą żeniłem, to była z ciebie taka fajna dziewczyna. I pogadać z tobą można było, i miałaś poczucie humoru. A teraz? Co się z tobą, do cholery, stało?
Ona: „O żesz ty fiutasie! – pomyślała. – Dosyć tego!”

Zadanie konkursowe:
Niedawno po Internecie krążył dowcip o tym, jak pani dzieciom w szkole kazała napisać wypracowanie, w którym zawarte będą cztery zagadnienia: 1. monarchia, 2. seks, 3. religia, 4. tajemnica. Jasio napisał: „Zerżnięto królową! Mój Boże! Kto?”. Napisz podobną frazę, w której zawarte będą cztery zagadnienia: 1. ateizm, 2. feminizm. 3. zemsta. 4. zagadka, której rozwinięciem i wyjaśnieniem mogą być powyższe „Materiały wyjściowe”.

Prawidłowa odpowiedź:

O kurwa! Urwała mu jaja! Dlaczego?


  • RSS